Gdzieś pomiędzy Rzeszowem a Lublinem.
Są takie przełomowe momenty w życiu każdego człowieka, w których świat nagle się zmienia. Obiektywnie nie zmieniło się nic – ten sam dom, autobus na przystanku, koleżanki w pracy, podobne narzekania i obowiązki. Ale w środku nastąpił zgrzyt, niewidzialny, kiedy myśli i słowa wypowiadane z wiarą w ich urzeczywistnienie nabierają siły. Nie dzieje się tak do razu, w sumie nie wiadomo kiedy i kto go zapoczątkował. Miesiąc po miesiącu, rok po roku.
Przypadków jest tyle, ilu ludzi. Np. facet zaczepiony o ogień na dworcu zaczyna opowiadać o problemach ze zdrowiem. Niedługo przestanie chodzić, nie może liczyć na żadną pomoc. A ja tłumię w sobie odruch współczucia, ręce mam zdrowe, wiec o co mi chodzi? Może czerpię siłę z wiedzy, że może być gorzej? Sąsiadka od paru lat prowadzi dobrze prosperującą firmę, dlaczego nie mogę tego robić i ja?
W głowie zapala się światełko, a podsycane nie zgaśnie. Nagle świat zapełnia się przychylnymi ludźmi, miłymi paniami w urzędach, przyjacielskim pracodawcą, nawet dzieci przestają chorować. Normalnie powiedziałbym STOP – coś tu nie gra, zaraz nastąpi katastrofa. Ale nic z tego, świat nadal się uśmiecha. Zaczynam się niepokoić – jest za dobrze, nie chcę spaść z tak wysoka. A skąd ta skłonność do negatywizmu? Z dawien dawna uczyli nas, że to, co w górze w końcu spadnie na dół. To dopiero głupota, bo w życiu dwa i dwa to nie cztery, kobieta wcale nie musi mieć dzieci, a mężczyzna nie musi być zawsze twardy. Czy świat tworzy nas, czy my świat? Trwając moim małym świecie nie wierzę – cud jakiś, czy pomyłka?
Dziś wiem na tyle dużo, by patrząc na znajomych widzieć co im dolega. Od zawsze niosą jakiś krzyż, a wcale nie muszą.
Najgorszymi naszymi wrogami jesteśmy my sami. Będziemy walczyć do upadłego o przeszłość i stałość, by nie musieć nic zmieniać. Rzucone kiedyś przez kogoś gumowce nic nie pomogą stojącemu w gnoju, on brudzi i wciąga.
