Ile trzeba budować zaufanie, żeby swobodnie rozmawiać? Zaufanie może mieć różne rozmiary. Jest dużo zależności… czy to będzie facet czy babka, czy lekarz czy kolega z uczelni, jaki będzie miał rys twarzy, czy nie zdradzi się z niechcianymi zamiarami… A wzajemność? Podejrzewam, że jest jedną z podstaw, o ile opierana jest na szczerości. O wiele prościej zacząć rozmowę, kiedy mamy wspólny temat a potem, kiedy rozmówca odwzajemni i dołoży garść doświadczeń czy swoje wyobrażenia. Zaufanie rodzi się po paru spotkaniach. Powstaje jakaś forma kontaktu, oznaczająca istnienie zrozumienia, harmonii i jedności. Oczywiście zrozumienie nigdy nie będzie całkowite, ale można oczekiwać, że będzie poprawiało się w miarę rozwoju relacji i polepszania kontaktu. Gdy porozumienie jest głębsze rozmówca nie może dotknąć czy urazić. Jeśli powie coś, co może być odebrane, jako obraźliwe, polemista obróci to w żart albo nie potraktuje tego poważnie. Jeśli kontakt jest dobry powstaje nić zaufania i lubienia się, ale tylko wtedy, gdy druga strona jest zaangażowana we wzajemną rozmowę i ma pozytywne oczekiwania.
Przyjaciel. Nieważne, czy to facet czy babka. Ważne, że zainteresował się mną jak człowiekiem, dawał wsparcie i cierpliwie słuchał. Na początku mówił on, ja słuchałam, nie mogąc wydobyć słowa. Nie umiałam wyrażać głośno swojego wewnętrznego świata, o uczuciach nawet nie wspomnę. Umiałam rozmawiać tylko sama ze sobą. Dialog ze światem ograniczał się jedynie do konkretów, oczywistych faktów i niezbędnych ogólników. Nigdy nie byłam kimś, kto mieli ozorem dla samego dźwięku słowa albo żeby nie czuć się samotnym. Jedni włączają telewizor, by wypełnić pomieszczenie, drudzy gadają bezgłośnie do własnych myśli. Bardziej odpowiadało mi to drugie. To on uświadomił mi, że nie umiem być sama ze sobą. Granica między rozmową ze sobą, a byciem ze sobą polega na umiejętności bicia się z niechcianymi sprawami. Nie dopuszczając trudności, nie konfrontując się bezpośrednio z czymś, co mi nie na rękę uciekałam, zagłaskując problem. Ale on był, rósł w siłę głęboko zepchnięty do podświadomości. Teraz uczę się wygrzebywać brudy i robię pranie. To boli, ale o wiele mniej niż, gdybym dawała mu się rozhasać i przejmować kontrolę. Ból jest oznaką choroby, ale uczucia nie bolą, a jednak większość ludzi nie zdaje sobie sprawy, że to one wywołują choroby fizyczne. Są objawy, robi się badania i nic, wszystkie narządy wewnętrzne są zdrowe, a ból pozostaje, jakby był bólem istnienia. Albo wręcz odwrotne – potrafimy wewnętrznymi myślami wywołać chorobę, np. raka. Każdy nosi nowotwór w sobie i wiele zależy od nas – czy i kiedy się uaktywni.
Przyjaciel łagodzi ból, nie musi nic mówić, wystarczy, że jest i słucha. Czasem rzuci drobne pytanie, trafne spostrzeżenie i staje się lekarstwem na większość moich bolączek.



Zapisali…