
Niedawno przeczytałam u Krisa, że wiara, religijność, wpływa na inne funkcjonowanie i budowę mózgu, intensyfikuje go. Potem jeszcze gdzieś, że ludzie wierzący są szczęśliwsi. Z religii płyną różnego rodzaju korzyści, np. wsparcie społeczne, duchowe, poczucie celu i sensu życia. Człowiek religijny czuje się częścią społeczeństwa. Wiara łagodzi stres w trudnych chwilach, łagodzi lęk związany z chorobą, śmiercią, wszakże jest życie pozagrobowe. Pomaga wyjść poza własne egoistyczne cele i w końcu pozwala odnajdywać w sobie współczucie, a okazując je człowiek czuje się lepszy.
Dla niektórych ludzi ograniczenia narzucane przez religię są ogromną ulgą. Narzucone zasady uwalniają od podejmowania pewnych decyzji, bo mogą postępować zgodnie z nauką Kościoła, np. dotyczących aborcji czy eutanazji, unikając w ten sposób trudnej dyskusji.
Społeczności religijne, miejsca kultu, przyciągają ludzi, bo w nich zawiązują się przyjaźnie, miłości, a ludzie znając rytuały wyznają te same wartości. Może to kontakt z innymi sprawia, że ludzie są szczęśliwsi, a nie samo wyznawanie religii? Wspólna modlitwa zmniejsza wrażenie izolacji (wśród ubogich, starszych, samotnych…), zwiększa poczucie szczęścia dzięki atmosferze wzajemnego wsparcia, pracy charytatywnej, czy wspólnego przeżywania.
Niewierzący muszą rozwinąć cały arsenał swych umiejętności poznawczo-logicznych, by chociażby próbować naruszyć silnie zakorzenioną wiarę. Nie tylko znać źródła, ale i dowody świadczące przeciw sferze sacrum, świętości sfery boskiej.
Jeśli zastanowić się, to wiara daje szczęście, stabilizację w uznanych prawach i prawdach, ale jakby zwalnia od myślenia innymi kategoriami. Różnych sposobów myślenia człowiek nabywa dopiero z wiekiem. Cżesto jest tak, że wtłoczone dziecku zasady są tak mocno wbite w życie, że nie chce mu się pomyśleć inaczej już jako dorosły, bo ma przecież wszystko na tacy.
Bezwyznaniowcy muszą być odważni, by chociaż umieć przeciwstawić się gotowym objawieniom i licznym dowodom wierzących. Znaleźć prawdę w sobie, nauce i mieć siłę nie wierząc w Boga iść w nieznane.
A może wierzący wcale nie są szczęśliwsi od ateistów, tylko czują się zmuszeni tak twierdzić, ponieważ nie chcą, by sądzono, że brakuje im wiary?
