Archiwum tagu: » tułacz «

Wieczny wędrowiec

rases patel

rases patel

Kiedy robi się już całkiem cicho a zmęczenie nie daje zasnąć, z najdziwniejszych kątów wychodzą one. Myśli. Tłoczą się w prowizorycznej kolejce, która pierwsza ma dojść do głosu i wskazać niepewne drogi. Są jak zwierzęta umiejące z wiatru odczytać trop, a i pod wiatr to im nie obce. Zwierzęta, potrafiące formować ideały i dążyć do nich, ale są one nieco inne niż cele, które osiąga się za pomocą instynktu zwierzęcego. Paradoksalnie, cel nigdy nie jest dostępny, ani nie da się go w pełni sformułować. To nie nagroda, którą można wygrać. Z chwilą, kiedy wygrana zostaje zdobyta, czy nakreślony plan wykonany, tracą one charakter celu. Stają się celem poznawczym. A ten najważniejszy – egzystencjalny, stale się oddala; można go od czasu do czasu osiągnąć częściowo, nigdy zupełnie. Zadowolenie z sukcesu jest znikome i nietrwałe w porównaniu z nieustannym pragnieniem czegoś więcej.

Myśli wędrują po krzyżówkach życia. Nie tułają się a wędrują. Bo wędrowiec tym zasadniczo różni się od tułacza, że ma pewność, w jakim kierunku podąża, tamten nie ma. Co jest u kresu? To pewność, co do kierunku stanowi jądro, którą jest nadzieja. Mam nadzieję.

Kiedyś pewien wiersz nasunął mi podobne myśli:

Życie boli. Usłyszałam będąc dzieckiem i nie wierzyłam. Szczęśliwe dzieciństwo splamione beztroską zobaczyło nagiego człowieka, który leży w rowie, rynsztoku życia i pyta wyciągając ręce: Przygarniesz mnie do siebie?

Pies z przetrąconą noga, skomlący na przetartej linie, zbyt słaby, aby przerwać ostatnią nić powrozu łączącą go z drzewem nazywanym istnieniem. Nie był stary, ten wędrowny Prometeusz turlający brzemię życia, oddając mi smycz krzyczał: Bierz, wyprowadź mnie na drogę, pragnę słońca!

Jego ciężar przytłoczył mnie, wielki, czarny widok, przesadnego tchnienia odurzał potęgą człowieka. Nie mogę – powiedziałam – nie uniosę.

Szukałem – jęknął modlitwą wieczorną – w zmysłowej egzystencji, zaspakajałem tylko potrzeby zewnętrzne, miast stawać się sobą. Kochałem nadaremnie Pandorę, niemal siostrę, co kufer nieostrożnie uchyliła i zgryzotą większą nas zespoliła. Potem, w świadomym przeskoku podchodziłem do siebie krytyczniej i dobrowolnie przyjmowałem drogowskaz dobra i zła. Teraz zwierzam się Bogom.I paradoksalnie odnajduję siebie tylko wtedy, gdy uznaję swoją od nich zależność.

Poluzowałam mu powróz. Połamałam część gałęzi nad jego głową. Opadły liście, odsłaniając południowy nieboskłon. Tam musisz iść, do ognia, tam do nadziei w modlitwach zaklętych – wyszeptałam. Ciągnąc zardzewiały łańcuch obróciłam się na rozstajach dróg. Człowiek wstał, zarzucił na ramiona brzemię i wbijając się w ziemię, ruszył na swoją codzienną wędrówkę pod górę. Pękł powróz, drzewo zatrzęsło się zdziwione, pogubiło liście, jesienią widocznie.

Kamieniste drogi, połamane gałęzie, ciemność w lesie, ciszę… przerwał zaskakujący rozbłysk. To Prometeusz doszedł do otchłani, góry, z której świtem zepchną go Bogowie.

Podał mi pochodnię.

Na linii pobladłego horyzontu czaiła się ona, wabiąca każdego wędrowca, na dnie każdego kufra – nadzieja.