Archiwum tagu: » nieład «

Nowe a bardziej stare

Nowy jest czas, ale nie sposób zamknąć go w dłoni. Nawet zegarom wymyka się spod wskazówek…

Dziś jest dzień kapciucha. Jak tydzień, miesiąc temu. Siedzę przed komputerem i czytam (tudzież usłyszę) jak inni robią bilans niedawno śmigniętego roku. I wiem, że niewiele się zmieni, u nich, u mnie, tylko dlatego, że z racji nowego kalendarza postanowimy zrealizować kilka rzeczy na raz albo zamarzymy o niewykonalnym. Wielu ludzi twierdzi, że świat poukładany, z jasnymi celami do wykonania jest lepszy. Jest przede wszystkim bardziej przewidywalny. Poukładanie kojarzy mi z księgowością i segregatorami. Niewiele jest cyfr, które potrafią zaskoczyć skrupulatną osobę. Albo z białymi ścianami. Jasne, jednolite tło łatwo jest zagospodarować. Powieszać na nim kolorowe obrazy, ozdobić własnymi marzeniami, bez sugestii. Tak prościej, niż gdybyśmy np. wytapetowali ściany w różnobarwne esy-floresy. Ja jednak tak bym nie mogła, u mnie przynajmniej pół domu musi mieć charakter nieładu, artystycznego. Jak zwał, tak zwał, choć kotów na panelach nie hoduję. Nie lubię planować, zarzekać się, że zrobię coś za tydzień, obiecywać poprawę, a potem puszczać mimo uszu utyskiwania w stylu: „znów mnie zawiodłaś”. Możesz wziąć mnie taką jaką jestem, a że człek w rozwoju nie stoi w miejscu (w tym uwzględniam wstecznictwo), nie mogę zagwarantować swojej przewidywalności, szuflady po prawej od góry, do której włożysz segregator z moimi literami, białej ściany, na której powiesisz swój odcisk palca, łóżka z niezmiennie wykrochmaloną pościelą o fiołkowym zapachu.

Mój nieład ma woń przypalonego karczku, świątecznego zakalca w cieście, przepieprzonego barszczu i rozmazanego w pośpiechu oka, a nawet połamanych gałęzi choinki, którą ciągnęłam po śniegu. Mój bałagan rozłazi się po domu przez całe trzy świąteczne dni. Goście uciekają, bałagan nie. A szkoda, bo nagle, po jednym dniu opamiętania i chwilowego ogarnięcia z lenistwa wyrasta mi (właściwie nam, ale pewnych spraw i osób ten blog nie ujmuje wprost i na razie tak zostanie) oto myśl – a może malowanie? Nie wyszedłszy z jednego nieładu pakuję się w następny, a dlaczego nie? Zostawić to na dwa sprzątania – nigdy w życiu! Jest coś magicznego w robieniu niespodziewanych, nowych rzeczy. I strasznie przyjemnego w upajaniu się odmiennością i świeżością. Zagłaskałabym ściany ma śmierć, gdyby mi pozwolono. Pomalowałabym i trzeci raz! I tu plany biorą w łeb, bo w konceptach malowanie miało trwać dzień, a rozpierzchło się na trzy. Nie wynikało to jednak z moich umizgów do białych ścian (prosiłam o esy-floresy, ale ktoś inny nastawał stanowczo na biel), a z dodatkowych przypadkowych posunięć w ulepszaniu kuchni. W nieplanowany segregator włożyłam nową lodówkę, okap i toster. Potem nowe ustawienie, parokrotnie zmieniane, i przybicie paru drobiazgów. I wuala, w Sylwestra z konieczności nawiedził mnie hydraulik i nie zdążyłam pomalować kaloryfera. Z naprędce pokrojoną sałatką wyszłam na naprędce zorganizowany bal, nie chciałam patrzeć na poplamioną podłogę. Niewiele planowanych rzeczy zakończyło się w dniu ostatniego dnia roku 2009. Za mało niepalowanych szaleństw rozpoczęło 2010 rok, ale za młodość można wybaczyć.

Nie planuję, wiem natomiast nie co muszę, ale co chcę i czemu ważnemu postaram się podołać. Wiem, co lubię czytać i wiem, jakie pisanie mi nie pasuje. Bez egocentryzmu, instrumentalizmu i przede wszystkim bez teoretyzowania, z uczuciem, wewnętrzne. Nic nie zależy od daty czy wieku, a od zrozumienia pewnych spraw. Żeby w grudniu, robiąc bilans, nie załamać roku nawałem niezrealizowanych nadziei i marzeń.