• Donkiszoteria Cz, 9 czerwca 2011 Komentarzy: 14

    Ostatnio wszystko, co napiszę nie ma końca, nawet do środka nie mogę dobrnąć. Jest wiec wielka dziura i cisza, bo formułując zdania od razu wskazuje je na niedające się do niczego. Wyrzucam je do kosza.

    Jest ich dużo, różnego kalibru, organiczne, bądź nie. Odrzuty cywilizacyjnego świata, zużyte podzespoły pralek, komputerów, samochodów, zbędne opakowania i niechciane zabawki, puste słowa i niepotrzebne myśli, nawet cisza będąca komuś nie na rękę, którą ktoś tu ulokował i jeszcze zmarnowany czas.

    I gwoździe i nieprzetworzone butelki. I buty, które widziały niejeden kraj. Zjeździły Peru i Rosję, Nepal i Japonię. W końcówce swej drogi znalazły dom w Afryce, na nogach małego chłopca.

     

    sandał

     

    I drut spinający blachę na dachu sprzedawany, jako gratis z narzędziami rolniczymi. Dostał go ktoś, kto ma nadzieję na lepszą przyszłość i zrealizuje swoje marzenia za 10, 20 lat, a może nigdy. Na razie ma mały, ale własny rower, motor.

     

    rower z drutu

     

    motor

    fot. własne, Noc Kultury

     

    Ze śmieci można robić cuda, cuda potrzebne do zachowania zdrowia, do przeżycia. Gdyby ci z Afryki mieli dostęp do naszych odpadów Afryka byłaby bogatsza o bardzo pomysłowe wynalazki.

    Zawsze miałam żyłkę do zbieractwa, a potem wyrzucałam te rzeczy, bo nigdzie mi się nie mieściły. Ostatnio to zacięcie obudziło się ponownie. W wielu rzeczach widzę jakiś potencjał, w rzeczach zużytych coś do ponownego użycia. W starych notatkach pomysł na zajęcia; z połamanego parasola wyjmuję druty i robię podstawki na zdjęcia; ze starych listów odklejam znaczki doskonałe do ozdobienia notesu… Jeśli sobie przypomnę ile rzeczy wyrzuciłam, a mogłabym zrobić coś z pozornie niczego.                                                

  • Moje podwórko Pn, 20 grudnia 2010 Komentarzy: 17
    bombki

    fot. własna

    Czasem, a niejednokrotnie często, dążymy do czegoś, marzymy, wyobrażamy sobie jakby było wspaniale gdyby… Kiedy dosięgniemy celu, a marzenia stają się realne, w ciągłej pogoni niknie zadowolenie z wygranej.
    Dziś mnie rozczarowało, za bardzo je idealizowałam, i mam je już w dłoni. Od dzisiaj czeka mnie nauka i praca. Zadaje sobie tylko pytanie – jaka siła gna mnie wciąż na przód, żeby tak męczyć się życiem?

    Dziś już znaczna część bombek jest plastikowa. Robią konkurencję szklanym, które tłuką się wprost proporcjonalnie do delikatności ich właścicieli.
    Szczęściem jest podniesienie choinki bez ubytków.
    Plastikowe bombki nie dają jednak szansy na zmianę wystroju choinki, czy stroika. Szklane nie dają szansy na sklejenie. Coś za coś – czy to spełnione marzenia w rozbitej bombce, czy widok na najwyższą gałązkę z najpiękniejszą, wieczną bombką.

  • Wata słowna Pn, 4 stycznia 2010 Komentarzy: 12

    Nowy jest czas, ale nie sposób zamknąć go w dłoni. Nawet zegarom wymyka się spod wskazówek…

    Dziś jest dzień kapciucha. Jak tydzień, miesiąc temu. Siedzę przed komputerem i czytam (tudzież usłyszę) jak inni robią bilans niedawno śmigniętego roku. I wiem, że niewiele się zmieni, u nich, u mnie, tylko dlatego, że z racji nowego kalendarza postanowimy zrealizować kilka rzeczy na raz albo zamarzymy o niewykonalnym. Wielu ludzi twierdzi, że świat poukładany, z jasnymi celami do wykonania jest lepszy. Jest przede wszystkim bardziej przewidywalny. Poukładanie kojarzy mi z księgowością i segregatorami. Niewiele jest cyfr, które potrafią zaskoczyć skrupulatną osobę. Albo z białymi ścianami. Jasne, jednolite tło łatwo jest zagospodarować. Powieszać na nim kolorowe obrazy, ozdobić własnymi marzeniami, bez sugestii. Tak prościej, niż gdybyśmy np. wytapetowali ściany w różnobarwne esy-floresy. Ja jednak tak bym nie mogła, u mnie przynajmniej pół domu musi mieć charakter nieładu, artystycznego. Jak zwał, tak zwał, choć kotów na panelach nie hoduję. Nie lubię planować, zarzekać się, że zrobię coś za tydzień, obiecywać poprawę, a potem puszczać mimo uszu utyskiwania w stylu: „znów mnie zawiodłaś”. Możesz wziąć mnie taką jaką jestem, a że człek w rozwoju nie stoi w miejscu (w tym uwzględniam wstecznictwo), nie mogę zagwarantować swojej przewidywalności, szuflady po prawej od góry, do której włożysz segregator z moimi literami, białej ściany, na której powiesisz swój odcisk palca, łóżka z niezmiennie wykrochmaloną pościelą o fiołkowym zapachu.

    Mój nieład ma woń przypalonego karczku, świątecznego zakalca w cieście, przepieprzonego barszczu i rozmazanego w pośpiechu oka, a nawet połamanych gałęzi choinki, którą ciągnęłam po śniegu. Mój bałagan rozłazi się po domu przez całe trzy świąteczne dni. Goście uciekają, bałagan nie. A szkoda, bo nagle, po jednym dniu opamiętania i chwilowego ogarnięcia z lenistwa wyrasta mi (właściwie nam, ale pewnych spraw i osób ten blog nie ujmuje wprost i na razie tak zostanie) oto myśl – a może malowanie? Nie wyszedłszy z jednego nieładu pakuję się w następny, a dlaczego nie? Zostawić to na dwa sprzątania – nigdy w życiu! Jest coś magicznego w robieniu niespodziewanych, nowych rzeczy. I strasznie przyjemnego w upajaniu się odmiennością i świeżością. Zagłaskałabym ściany ma śmierć, gdyby mi pozwolono. Pomalowałabym i trzeci raz! I tu plany biorą w łeb, bo w konceptach malowanie miało trwać dzień, a rozpierzchło się na trzy. Nie wynikało to jednak z moich umizgów do białych ścian (prosiłam o esy-floresy, ale ktoś inny nastawał stanowczo na biel), a z dodatkowych przypadkowych posunięć w ulepszaniu kuchni. W nieplanowany segregator włożyłam nową lodówkę, okap i toster. Potem nowe ustawienie, parokrotnie zmieniane, i przybicie paru drobiazgów. I wuala, w Sylwestra z konieczności nawiedził mnie hydraulik i nie zdążyłam pomalować kaloryfera. Z naprędce pokrojoną sałatką wyszłam na naprędce zorganizowany bal, nie chciałam patrzeć na poplamioną podłogę. Niewiele planowanych rzeczy zakończyło się w dniu ostatniego dnia roku 2009. Za mało niepalowanych szaleństw rozpoczęło 2010 rok, ale za młodość można wybaczyć.

    Nie planuję, wiem natomiast nie co muszę, ale co chcę i czemu ważnemu postaram się podołać. Wiem, co lubię czytać i wiem, jakie pisanie mi nie pasuje. Bez egocentryzmu, instrumentalizmu i przede wszystkim bez teoretyzowania, z uczuciem, wewnętrzne. Nic nie zależy od daty czy wieku, a od zrozumienia pewnych spraw. Żeby w grudniu, robiąc bilans, nie załamać roku nawałem niezrealizowanych nadziei i marzeń.

  • Wata słowna N, 17 maja 2009 Komentarzy: 12

    Pojechałbym gdzieś daleko, z dala od zgiełku i ciągłego biegu. Wyciągnęłabym się na leżaku, popalała sziszę, poszperała na pchlim targu, albo w ciepłym morzu… Darowałabym nawet natrętnym handlarzom tanich podróbek. Niech mają satysfakcję, że powiedzą kilka słów po polsku. Jeśli to ich jedyna szansa na koedukację? Zawsze reaguję na tego typu przypodobania uśmiechem, milczeniem lub stanowczym ‘dziękuję!’. Dobijanie targu mija się z celem, skoro handlarz zna tylko po mojemu parę zdań, a ja wiem, że nie zejdzie bliżej realnej ceny prezentowanego gniota. Bawi mnie jego upór, ale skoro wybrał taki zawód, niech pokaże na co go stać! Śmieję się z niego, ale nie szyderczo, może z bezsilności, że nie mogę mu wytłumaczyć, że ta rzecz nie jest mi potrzebna nawet, jako ozdoba ubikacji. Nie posiadam też komórki z gratami, którą mogłaby owa rzeczą zasilić. Śmieję się, bo mnie nie przekona, już dawno stałam się odporna na niezrozumiałe oszustwa. Inna sprawa, kiedy ktoś stara się zrozumiale argumentować, zdarza mi się nabierać i kupić, np. zepsuty zegarek. Kupię, jeśli coś mnie zainteresuje, ale, pewniej, jeśli sama wybiorę gadżet.

    Ale szczęśliwi czasu nie mierzą; ale co z nieszczęśliwymi? Mają dwa razy więcej nieszczęścia, przez czas i prywatne kłopoty? Pomimo kłopotów czas pokazuje niechybnie zbliżające się wakacje. Czas spełnienia marzeń i odkrywania obcych lądów. Dokąd tym razem? Kiedyś bawiłam się wirującym globusem. Zakręcałam raz, a gdy kula zatrzymywała się, palec wskazywał odkrywczy ląd. Uczyłam się o tym lądzie suchych faktów, geografii, wierząc, że kiedyś postawię nogę w tajdze, na Grenlandii, czy w lesie równikowym.

    Najwyższy czas (nie wiem czy nie za późno) rozpocząć poszukiwania szczęśliwych wakacji. Urlop tamtego roku udał się nadzwyczaj dobrze. Obyło się bez globusa, ba! nawet bez śledztwa biur podróży. Ostatnio jednak czytam opinie byłych urlopowiczów i włos zjeżył nie się na głowie. Trafiam na samych niezadowolonych i narzekających. Nadto prześladują mnie medialne informacje o parodniowych koczowaniach w salach odlotów, o awariach autokarów, gdzieś w wioskach bez cywilizacji. Nikt jednak głośnio nie mówi o bardziej banalnych a wstydliwych sprawach. Najbardziej boli brak szacunku do Polaków, na drugi ogień idzie – brak podstawowych zasad higieny i brud w pokojach. Brud przyrośnięty silikonem do fug prysznica albo waląca się kabina (muszle klozetowe były całe…). Z „niepolecanych” trafiło mnie pięścią ubogie jedzenie. Chyba każdy chce spróbować regionalnej kuchni, a jednostajne, czy „kontynentalne” śniadania, mijają się z celem. Monotonia, mimo, że wykupiono all inclusive. Sporo było różnych ostrzeżeń. Nie chce tego już czytać. Po takiej lekturze, wypróbowanym sposobem, chcę spakować plecak z namiotem i co się da unieść, i wybrać się stopem nad nasze zimne Morze. A tak marzył mi się gorący piasek na nieznanym lądzie.

    I kto twierdzi, że człowiek świadomy jest szczęśliwszy? O niektórych rzeczach z pewnością nie powinniśmy wiedzieć. Zapobiegliwość zostawiłabym opiece losu… Takie wakacyjne szaleństwo!

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

luty 2012
P W Ś C P S N
« stycznia    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  

Kategorie

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u