
fot. Marquito
Ciepła, mała rączka wcisnęła się w moją, dorosłą. Wpatrywaliśmy się uważnie w rozświetlone jezioro. Obok kąpały się dzieci, dalej grupa grająca w piłkę i, już całkiem daleko, dwóch mężczyzn.
- Mama… – malutki pokazał palcem na jeszcze całkiem wyraźną, płynącą głowę.
- Mama zaraz wróci, płynie po pieska.
- Mama… – w oczach miał łzy.
Targnął mną jakiś nieznany nerw. Nie potrafiłam go przytulić, głaskałam tylko po głowie. Może się uspokoi? Obok, w piasku, okopywało się dwoje trochę większych brzdąców.
- Proszę pani, mama zaraz przypłynie, prawda? – drugi chłopiec oderwał mnie od natrętnego oceniania odległości.
Oszalała – pomyślałam.
Jezioro było szerokie. Duży, dmuchany pies zmienił się w kieszonkową, kruchą piłeczkę, do której uporczywie dążył jeszcze mniejszy i mniej ruchliwy punkcik. Człowiek płynął uparcie wciąż naprzód, ale wiatr dął zajadle jeszcze szybciej. Filigranowa postać człowieka jakby zmieniła pozycję i kręciła nad wodą młynka maleńkimi wiosłami. Pies obrał kierunek na ośrodek wypoczynkowy. Coraz bliżej nurkujących. Obok przepłynął czerwony kajak. Nic, zero reakcji. A przecież widzieli samotny materac, a za nim człowieka ślepo dążącego do jedynego celu. Wiatr znów zmienił kierunek, zabierając żółty punkcik na środek jeziora, a może już w sitowie? Nie, to nie mógł być drugi brzeg! Słońce wyszło zza chmur i oślepiało, gubiąc rozsądek wzroku. Sięgnęłam po aparat. Zzumowana odległość na matrycy nie oddawała prawdy. Punkty znikły!
Boże, ile to trwa!
- Gdzie jest wasz tatuś? – zapytałam siedmiolatki.
- Jesteśmy tu sami, w domu też.
- Masz numer telefonu do kogoś z rodziny?
Dziewczynka podała telefon wraz z przyczepionym pękiem kluczy.
- Ten do tatusia, a babcia wyjechała do Włoch – wskazała kolejną pozycję na małym wyświetlaczu.
Wielość cyfr i obcy numer kierunkowy.
Nabrałam powietrza, gdy dzieci błagalnie wpatrywały się we mnie, szukając odpowiedzi na niezadane pytania.
- Mama… – malutki rozpłakał się, a dziewczynka zaczęła do niego łagodnie przemawiać, jak matka.
- Mama zaraz przypłynie, pokażcie, jaką fortecę zrobiliście!
Ten sprzedany dzieciom uśmiech był tak sztuczny i ciężki, że ani jedno z nich nie poruszyło się. Trzymając się za ręce wpatrywaliśmy się na wdechu w kołyszącą dal wody. Nic, cisza i dalekie, radosne wrzaski wczasowiczów.
Nie wiem ile trwaliśmy, ale gdy udało nam się dostrzec, już całkiem blisko, znajomą głowę, niemal słyszałam serce ich matki. Może to moje biło jak oszalałe, z powodu zupełnie nieznanej osoby? Pokonać zmęczenie. Wdech i wydech, jeszcze jedno machniecie, poruszenie nogą. Jeszcze pięćdziesiąt, dziesięć, jeszcze metr.
Coś ty głupia zrobiła, przecież one mają tylko ciebie, a ty masz tylko je! Musisz chronić dzieci, ale też siebie! Zamilkłam, widząc jej wyczerpanie
- Wiatr był silniejszy. Nie martwcie się, widocznie piesek potrzebny był komuś innemu. Po drugiej stronie jeziora – wyszeptała zdyszana, biorąc na ręce najmłodszego.
Jakby nigdy nic.


Zapisali…