Archiwum tagu: » łóżko «

Schronisko

fot. Shadow7


Przedstawiam Ci Okazję.

Okazja, raczej introwertyczka, woziła ze sobą plik gęsto zapisanych kartek. Za względu na pracę musiała przemieszczać się często po kraju. Dość szybko kartki poszarzały, a ich rogi zmieniły kąty. Wymemłane, w formie szmacianej, trafiły prawie do kosza. Pik kartek zaczęła przepisywać od nowa. Nie potrafiła z nich zrezygnować, były dla niej czymś na kształt drogowskazu życiowego. Połowy maczku nie udało się odczytać, więc zastąpiła go innym, równie poważnym i głębokim.

“Najlepszym sposobem na smutek jest nauczenie się czegoś nowego.”

Przeczytała i pomyślała, że nie jest smutna, a sztuka przepisywania weszła jej na tyle w krew, że ta myśl nie przystaje do jej życia. A może… czas coś zmienić?

“Generalnie, zmieniamy się z jednego z dwóch powodów: inspiracji lub desperacji.”

Nudziły ją i męczyły konferencje i kursy, nudne rauty i puste pokoje. Gdzieś wewnątrz zaczął kiełkować bunt przeciw marazmowi i kierowaniu jej czasem. Zaczęła przepisywać coraz szybciej, dużo więcej niż planowała. Ostatnią maksymą, jaką wcisnęła było:

“Ludzie spieszą się w pracy, dlatego niedbale ją wykonują; spieszą się w używaniu życia, dlatego jego smaku nie odczuwają; spieszą się w odpoczynku, dlatego nie mogą wypocząć.”

Dlaczego więc nie zatrzymać się? Zaczęła zastanawiać się nad zmianą. Odtąd regularnie wyrzucała część kartek i zastępowała świeżymi zapiskami.

Nie odróżniała od siebie pokoi hotelowych – mających przyciągnąć klientów pozornym wymuskaniem i sterylnością. Bił od nich chłód, ale wiedziała jak odczytać ich historię. Hotele, o wysokim standardzie, rzadko nosiły ślady bytności gości, czy pokojówek, ona wybierała bardziej kameralne, w starych kamienicach albo zapomniane, na uboczach dróg. Zamykała drzwi na klucz, odsuwała łóżka i szafki. Spod nich wychodzili ludzie. Różni – tacy, którzy chcieli przeżyć miłosną przygodę albo początkujący rockmani. Kawałki prezerwatyw i ubrań tarzały się z kotami na podłodze, pęknięte lusterko noszące oznaki wściekłości, drobne, włosy i podarte papiery, z których można było odczytać zadziwiające chimery. Większość znalezisk niosła do recepcji, gdzie zaskoczona pani zaklinała się, że wcześniej nic takiego nie miało miejsca.
W starych budynkach zawsze odnajdywała pluskwy. W drewnianych łóżkach konserwowały się dość dobrze, i musiała odrywać część tapicerki, by upewnić się, że żaden owad nie wbije jej w nocy kłów. Tylko klienci widzieli rano świeżą krew na bieluśkich ręcznikach, właściciele przepraszali i nic nie robili.
Nie biegła z wrzaskiem o zmianę pokoju; co by dała przeprowadzka skoro pluskwy czają się pod podłogą całego budynku? Odsuwała mebel, wyrywała cześć obicia i, nałożywszy maseczkę, spryskiwała obficie podłogę i drewniane deski łóżka. Potem otwierała okna i wychodziła na umówioną kolację. Niewygodni goście tracili na kilka dni zainteresowanie jakąkolwiek krwią.
Wtedy to, z jednej z szafek, wylatywała dziwna rzecz, niepasująca do pluskiew, obrazów udających autentyki, cennika, telefonu, obszczerbionych kubków i włosów w wannie. Biblia. Kiedy zobaczyła ją po raz pierwszy, myślała, że jej poprzednik zostawił książkę nieopatrznie. Recepcjonistka popatrzyła na nią podejrzanie.
- Biblia? Jest w każdym pokoju. Jeśliby jej nie było, mogłaby się pani martwić.

- A po co ludziom w hotelu Biblia? Do poduszki? Nie bierzecie pod uwagę agnostyków, dla nimfomanów też jakieś gazetki w tym zimnym pokoju się przydadzą. A dzieci, czemu nie ma dla nich książeczek? Starsze babcie lubią kulinaria, kobiety poradniki… Czemu Biblia?

Pani za kontuarem nie była przeszkolona w odpowiedziach na tego typu pytania.

- Bo jest uniwersalna…

Otworzyła Biblię na przypadkowej stronie.

- “To, że widziałeś żelazo zmieszane z mulistą gliną oznacza, że zmieszają się oni przez ludzkie nasienie, ale nie będą się odznaczać spoistością, podobnie jak żelazo nie da pomieszać się z gliną.” (Ks. Daniela 2: 43, Biblia Tysiąclecia)
Do czego przyda mi się ten werset, gdy otworzę go przed kolejną służbową podróżą? Albo ktokolwiek inny? Jak mam go rozumieć?

Recepcjonistka zająknęła się, że niby wyrwane z kontekstu, nie jest znawczynią…

- Tym bardziej większość ludzi…

Okazja pogrzebała w przepastnej torbie i wyciągnęła plik świeżo zapisanych kartek. Wbiła palec na chybił trafił w jeden z cytatów:

- “Mała gimnastyka poranna. Wstaję właściwą nogą, otwieram okno duszy, skłaniam się przed wszystkim, co żyje, zwracam twarz ku słońcu, przeskakuję kilka razy przez swój cień i śmieję się z całego serca.” – Hans Kruppa – przeczytała z pełnym zrozumieniem. – Albo “Głupia stałość jest ulubieńcem ciasnych umysłów” - Ralph Waldo Emerson.
Biblia do celów prognostycznych straciła na aktualności.

Okazja pogadała sobie… z niezrozumieniem i szeroko otwartymi ustami pani recepcjonistki.
Nie było to dla niej nowością, lubiła zadawać proste pytania. Rozanielała ją reakcja rozmówcy, a i odpowiedź, niemniej nieprzemyślana i dość szczera. Czasem nic, niema prośba, by sobie poszła. I opuszczała hotel, pensjonat, niekiedy podrzędny hostel, gdy już nie miała sił szukać czegoś lepszego. Wielu z poznanych przypadkiem ludzi pozostawiało w niej szybko opowiedziany kawałek życia. Wielu błogosławiło jej dar milczenia i zadawania właściwych pytań. A ona, zamykając drzwi, smutniała. Że nie spotka tych ludzi już nigdy, nie zobaczy tego pokoju, nie położy się spać w tym łóżku. Zostawiała marzenia, łzy i słowa. Gdy zdążyła coś polubić musiała odjeżdżać.
Okazji nie spotyka się przypadkiem, trzeba jej szukać – przeczytała słowa na jednej z karteluszek, a może to były jej własne?

Siła głuszy

fot. negateven

Kiedyś wyszłam za mąż, kiedyś miałam dzieci i kiedyś dostałam jeden z najdziwniejszych prezentów. Kiedyś, bo to ostatnie było niespełnionym marzeniem. Nie moim. Kartką, którą wyjęłam z zardzewiałej skrzynki na listy. Czarno-białą fotografią jakiegoś pokoju. Obietnicą.

Ładny pokój – pomyślałam.

Był podniszczony. Mała szafa, toaletka, która służyła również za stolik nocny, na niej lampka i ściany z odrapaną tapetą. Wielka miska i dzbanek na wodę wskazywały, że nie było nawet bieżącej wody. Do pokoju wkradał się wiatr, nadymając lekko długą firanę, a słońce zachęcało do wyjrzenia na… Mulin Rouge? Już czułam zapach przegniłego papieru, starych szmat, kurzu, ale rozdźwięk z całością stanowiło łóżko. Gdyby nie ono, reszta byłaby tylko kurewską norą.

Nie rzucało się w oczy, ale było jak tron, na tle żółtawych, zalanych ścian i surowych desek podłogi. Z okuć odleciał prawie cały chrom, rażąc zimnym metalem i rdzą. Dopiero po dłuższym przyjrzeniu nabrałam przekonania, że wnętrze łóżka jest ciepłe. Alchemiczna biel pościeli i gładkość wykrochmalonych prześcieradeł spowita była kolorową kapą. Wywiniętą i zapraszającą.

Zaproszenie do środka było tak sugestywne, że niemal czułam dotyk wiatru i słońca na skórze i kogoś jeszcze. Kogoś, kto kiedyś mnie tam zaprowadzi.

Spod fotografii wypadła niezgrabnie przyklejona kartka.


Widzimy się codziennie, mamy do siebie wgląd.

Czasem ubieram je na szaro, żeby ich nie zidentyfikowano. Niekiedy chodzą w purpurze żądając nierządu, za chwilę w błękicie chłodno patrząc nawzajem na siebie. Pan w czarnym kapeluszu jest nieugięty, pan w pomarańczowym pomysłowy. Myśli – szaleją, gdy jesteś przy mnie. Na paluszkach badam kolor Twoich myśli, liczę na pomyślne wiatry pastelowych kolorów. Wierzchem otwartej dłoni głaszczę Cię po policzku, gdy siedzisz zadumana, a kiedy chcesz mnie zagadać kładę kciuk na Twoich wargach, abyś nie myślała, a czuła. Obejmuję Cię, zawsze odwracasz w żart moje zbytnie mruganie powiek, niepewnie zdejmuję ubranie. Ty nie protestujesz, nie wiesz, co kryje się w głowie siedzącego naprzeciw pajaca, nie możesz poczuć mokrych dotknięć języka na Twoich stopach, rąk ogrzewających nagie, zziębnięte uda. Kulisz się w ciele dziewczynki, ściągającej nieporadnie przykłady z pożądania. Jesteś mistrzynią odwracania uwagi od rzeczy, z którymi nie umiesz sobie poradzić albo ze strachu. Boimy się oboje. Ja pieszczoty Twojego ciała, Ty nienazwanych pragnień. Nie znasz ich jeszcze, ale obudzą się i połkną innego mężczyznę. Nie mnie, ja mam zbyt duże obawy, by dotknąć Twoich myśli zapisanych rumieńcem na policzku. Stoimy na konkretach i żadne nie chce kochać. Tak jawnie.

Dziś złamałem ciszę w maleńkiej części słów, których wtedy nie umiałem wymówić
-Maj 1994

Ilu ich było? Kochali, a ja nie zdawałam sobie z tego sprawy.