
abu ali oraby
W pewnym mieście mieszał kamieniarz Ajio. Był pracowitym robotnikiem, spokojny i rzetelnym, ogólnie lubianym i szanowanym. Pewnego dnia Ajio zachorował. Była to choroba zwana garbem. Zebrało się aż czterech lekarzy, bo nie był to zwykły garb, a garb dziwoląg, garb kryptogenny (jest to pewna właściwość garbu, polegająca na tym, że lekarze nie wiedzą skąd się wziął). Lekarze chętnie oglądają niespotykane rzeczy, a takiej przypadłości nie widziano w miasteczku od 108 lat.
Zaczęli radzić.
Młody lekarz mówi: „Musimy coś zrobić, pomimo naszej bezsilności, bo uznają nas za nieuków”.
Starszy na to: „Będziemy leczyć go, czym mamy”.
Trzeci: „Ale jaki sens jest leczyć skoro nie na żadnych widoków na uzdrowienie?”
Czwarty: „Główną zasadą sztuki lekarskiej jest leczenie, podobnież jak celem śpiewania jest śpiewać, grania – grać. Leczenie nie ma nic wspólnego z widokami na uzdrowienie.”
Starszy wyrokuje: „Możemy wyleczyć chorego częściowo, np. włożyć garb w gips i zapobiec jego dalszemu rozrastaniu.”
Trzeci woła: „Jeśli nie umiemy całkowicie wyleczyć Aijo, to nie powinniśmy w ogóle go leczyć!”
Młody: „Całkiem nie można, ale można częściowo.”
Lekarze obradowali w podobny sposób bardzo długo. A garb na plecach Aijo rósł w zastraszającym tempie. Z małego pęczka zaczął obrastać w dziwaczne odrośle, które po krótkim czasie upodobniły się do części ciała – nóg, rąk, głowy… Wkrótce z garbu zrobiła się pełna postać, taka sama jak prawdziwy Ajio; natychmiast też zaczęła mówić. Podobieństwo Ajio i sobowtóra było tylko fizyczne. Ten drugi krzyczał i irytował się, że musi iść do tyłu a chciał zawsze do przodu (w końcu był gabrem), nie chciał pracować, wszystkich obrażał i pomstował na Ajio. Zrazu zaczął deklarować, że jest tym prawdziwym człowiekiem, a tamten pasożytem.
Zaskoczeni znajomi pytali garbu czy rzeczywiście jest tym prawdziwym Ajio, a on krzyczał na cały głos: „Oczywiście, że jestem prawdziwy! Czy wy oczu nie macie, znacie mnie przecież od lat?! A tamten to garb, który mi wyrósł!” Prawdziwy Ajio był człowiekiem skromnym i nieśmiałym, zagadnięty przez znajomych cicho westchnął: „Ja jestem Ajio”. Prawdziwy garb od razu wkraczał akcji: „Patrzcie go, garb chce być człowiekiem! Co za bezczelność! Utnijcie mi ten skórzany worek, bo sam uciszę tego potwora. Milcz, ty garbie parszywy!” Na każde nieśmiałe tłumaczenie Ajio, sobowtór wybuchł stekiem obelg, tyle razy klął i przysięgał, że ludzie uwierzyli, iż garb to prawdziwy człowiek. Nawet lekarze, przyjaciele i żona Ajio. Zrozpaczony człowiek zamilkł zupełnie.
Niedługo lekarze wymyślili lekarstwo na garb. Po wielu doświadczeniach z innymi garbami postanowili podać proszki Ajio. Kiedy przyszli do niego z dobrymi wieściami natychmiast garb zaczął uskarżać się nad swoją dolą i krzyczeć, by go wyleczyli. Prawdziwy Ajio cicho płakał, tłumacząc, że on jest człowiekiem, a tamten chorobą. Jakoż, że garb był mocniejszy w gębie wynegocjował od lekarzy kilkudniową kurację, która miała usunąć chorobę na zawsze.
Niemal od razu prawdziwy Ajio zaczął się zmniejszać, potem stał się zwykłym garbem na plecach garbu, aż znikł zupełnie. Sobowtór stanął wyprostowany, wolny od „ciemiężcy”. Wszyscy odetchnęli z ulgą, rozpierzchły się wątpliwości, bo skoro tamten znikł, był na pewno garbem. Ajio stał się sławnym człowiekiem, ale ludzie go nie lubili, ponieważ był złośliwy i szkodził, komu mógł.
Ajio źle się jednak czuł ze swoją wygraną. Brnął dalej. Kiedy spotykał znajomych zadawał im dziwne pytania: „Kiedy pozbędziesz się swojego garbu? Teraz są takie doskonałe lekarstwa!” Ludzie odpowiadali, że nie są garbaci, a na to on: „Wszyscy są garbaci, tylko ja jeden – nie! Ludzie z głupoty nie chcą się leczyć!” Wszyscy zaczęli się bać, że są rzeczywiście garbaci i codziennie przeglądali się w lustrach.
Niedługo Ajio zmienił taktykę, bo wmawianie ludziom, że są ślepi dość mozolnie szło. Oświadczył, że wszyscy są po prostu garbami, które wyrosły na plecach ich sobowtór, wiec samego garbu nie uda im się dostrzec w lustrze, widzi je tylko on, który przeszedł tą ciężką chorobę. „Ludzie, pozbywajcie się garbów za pomocą cudownych proszków!” – krzyczał, i zaraz do każdego– „Jesteś garbem, udajesz człowieka, a tak naprawdę zjadłeś człowieka i sam zostałeś, by mnie oszukiwać!”
Zaczepiał tak coraz częściej i więcej ludzi. Wszystkich zaczęły nachodzić wątpliwości. Aż w końcu ludzie uwierzyli, że są garbami. Zrobiło im się bardzo przykro, że popełnili taką niesprawiedliwość. Zaczęli kupować proszki i masowo je łykać. Nawet ci, którzy niedawno byli garbaci i pozbyli się garbów dzięki medykamentom.
Nikt z tych ludzi nie miał jednak garbu, wiec nie mógł go faktycznie stracić. Po pieszym okresie zażywania wszyscy z niepokojem stwierdzili, że coś im rośnie na plecach. Garby rosły i zmieniały się w różne części ciała. W końcu stały się kubek w kubek podobne do ludzi noszących je na plecach. Okazało się, że te same proszki, które likwidują garby chorym, powodują wyrastanie garbów u prostych. Ludzie za późno spostrzegli, o co chodzi. Na ich plecach wiły się wrzeczące o człowieczeństwo sobowtóry.
Ajio był wniebowzięty, miał teraz sporo koleżków, z którymi uknuł kolejną intrygę. Garby krzyczały, pomstowały i szydziły bezlitośnie z ludzi aż w końcu oświadczyły, że maja dość. Zaczęły zażywać cudowne proszki. W ten sposób powstało miasto garbów, którym nie było ani jednego garbatego.
Skrócona wersja bajki Garby Leszka Kołakowskiego.
Zastanawiam się, jak te garby mogły wytrzymać ze sobą i swymi paskudnymi charakterami. Nie, one nie mogły mieszkać w jednym miejscu, na pewno zapragnęły wolności poza murami miasta.


Zapisali…