Zeszłam do piwnicy. Chciałam znaleźć książki do historii z podstawówki. Jeszcze ten ośmioletniej. Historyczka mówiła, że podręczniki z tamtych czasów były dość dobrze opracowane (głównie historia powszechna). Może nauczę się jeszcze czegoś, przy okazji?
Przebiłam się przez blaszany kocioł, zardzewiałe rowerowe szczątki, drewniane pozostałości paneli, ale z książkami, wśród kilogramów makulatury znalazł się tylko kłopot. Miast druku wszędzie walały się ręczne zapiski – pamiętniki, wypracowania, zeszyty do niestandardowych przedmiotów (te zakładane nas mus znikły z powodu nudziarstwa) i oczywiście ściągawki. W werwie poszukiwacza zrobiłam taki bajzel, że nie mogłam wrócić do drzwi. No i po co to wszystko kolekcjonujesz? Dla historii, dla potomnych swojej młodzieńczej niedojrzałej osobowości? Jedynie śmiech dał mi siłę bym wygrzebała się spod góry śmieci. W czarny worek zaczęłam pakować przeszłość. Nie ma co do niej wracać, rozpamiętywać, wstydzić się jeszcze raz niedouczenia, kompromitacji i zapisanych gdzieś na skrawku zeszytu wierszy, opowiadań. Wszystko do kosza! Jak chcesz coś jeszcze napisać do weź się za to porządnie, a nie jak neptek z półprzymkniętymi zmysłami!
Znalazłam się w tym momencie, w którym zegar zatrzymuje się, a w rzeczywistości rwie za dwoje. Małe broszurki utkwiły mi w dłoniach, wzbraniając się przed workiem.
Drukowane na zielonym papierze, z bezgraficzną okładką – zatrzymały kawał czasu. To było nasze pisma, drukowane w prymitywnej drukarni, przepisywane na szybko, z masą literówek. Niedouczone dzieciaki bawiły się w dorosłych. Myśleliśmy że uda nam się scementować nasz mały mieszczański światek, zaczynając od małych form literackich, zrzeszających młodych, obiecujących, związanych ze środowiskiem artystycznym. Historia i tym razem wystawiła rachunek godny swojej wielkości. Rozproszyła nas po świecie, jak trójwymiarowe puzzle pasujące do konturów innej układanki. Tłum ludzi – świetnie śpiewających i grających, wierszokletci, ci, piszący artykuły i opowiadania, które umiały wbić czytelnika we własne myśli i Jakub kontestujący penetrator (doczytałam na końcu ksiażeczki)i urodzony polemista (oj, miał wielu wrogów). I reszta outsiderów, których nie potrafię bliżej określać.
Tu natknęłam się na własne bazgroły. Słowo „donkiszoteria”. Jak to człowiek nieświadomie teraz pisze o czymś, co kiedyś celebrował, kiedy jeszcze był „inny”, „tamten”.
Widniał w odręcznym rysunku i podpisie: Chudy rycerz na swoje rasowej chabecie, z obliczem tak smętnym, że aż komicznym, wdający się w najbardziej nieprawdopodobne awantury. Maniak, który stracił poczucie rzeczywistości.
„Donkiszoteria to niekiedy pogardliwe epitety, jakimi ci, co nigdy nie odczuwali potrzeby „walki z wiatrakami”, sen życia widząc w jak najlepszym urządzeniu się – obdarzają tych, którzy kiedy trzeba mierzyć siły wg zamiarów, a nie zamiary wg sił, służą idei, choć wydaje się, że jej realizacja nie jest możliwa – tu i teraz”.
Może tak było – kiedyś. Z ludźmi zaangażowanymi, aktywnymi, walczącymi o ważkie i słuszne sprawy, lecz nie ulizanych, a „kanciastych”, i w związku z tym niebezpiecznych, dla tych wszystkich, który chcą mieć pod różnymi postaciami i w różnych formach.
Odgrzebałam kawałek osobistej historii. Czy ona musi tak bałaganić w życiu? Trzeba w końcu posprzątać.
Jestem dopiero w połowie….


Zapisali…