• Moje podwórko Śr, 10 sierpnia 2011 Komentarzy: 6

    Zachód słońca nad morzem

    fot. własna

     

    Uwielbiam odkrywać nowe światy. Nie tylko takie w mojej głowie, te zostawiam sobie na miesiące zimowe. I nie takie książkowe. Te zabieram ze sobą, kiedy trzeba coś ugotować albo odkurzyć (jawnie się wymiguję). Wtedy tak, jest pretekst pod postacią nabycia wiedzy. Bo przecież każda książka niesie ze sobą coś, co zostanie na długo, co z odkurzaniem i gotowaniem ma wiele wspólnego. Jak ze specjalną potrawą, której smak się pamięta i wielokrotnie odkurzonymi przeżyciami, pamiątkami i zdjęciami.

    Czy da się zgłębić wszystkie tajemnice danego miejsca? Chyba nie, nawet, jeśli miejscem tym jest od dzieciństwa znana okolica. Nigdy tego nie próbowałam, bo w sumie jaki ma sens, skoro np. kryjówka z dzieciństwa przestawnie być już miejscem tajemniczym, ukrytym? Albo muzea, miejsca z tłumami ludzi ciągnących za sobą cywilizacyjne śmiecie, czy jest w nich coś odkrywczego?

    Często wracam do tych pięknych miejsc, które nie pozwoliły mi się sobą nacieszyć i czegoś w nich nie zdążyłam zobaczyć.

    Pierwszym z nich jest Hiszpania, drugim Irlandia. Każda kraina inna, inaczej się ją smakuje i czego innego od każdej oczekuję.

  • Donkiszoteria N, 31 lipca 2011 Komentarzy: 11

    Mała, niepozorna książeczka z pożółkłymi, tanimi kartkami. Napisana barwnym i wnikliwym językiem, z dużą wiedzą o sobie i świecie – pamiętnik Elizabeth „W krainie prozaca” Dała mi potężny ładunek wiedzy na temat człowieka w depresji. Nie będę rozwodziła się tu na temat depresji, bo mówi i robi się z nią wiele. Wiele jest na ten temat w sieci, i myślę, że jest wielu ludzi, którzy odczuwają ciągły lęk, zdradzają oznaki depresji. Najczęściej tego nie widać, przechodzimy obok nich niezruszeni, bo są przecież powszedni, radzą sobie. Czy oni w ogóle szukają pomocy? Koleżanka zza biurka, znienawidzona szefowa? Choroba nie bierze się znikąd, zasiana głęboko, może w dzieciństwie, rozwija się w czasie, kiedy człowiek ma dorosnąć do odpowiedzialności. Odpowiedzialność okazuje się zbyt ciężka i … ucieka.. 

    Mówią, że trzeba być silnym, by przetrwać w naszych czasach. Śmieją się z nieudaczników i wrażliwców, którzy nic nie osiągnęli, z tych, którzy się boją finansowanej porażki, wahają się, by zainwestować, obawiają się ludzi, ich krytyki. Znam kilka osób, które dzielnie torują sobie drogę na przekór niechęci otoczenia i dają radę, i wielu, którzy nikną, bo środowisko ich tłamsi, w domu wieczny płacz i choroba, a są tacy zdolni i pracowici.

    Patrzę na moich bliskich i zastanawiam się, czy nie zasiałam (zasiewam) w nich zbyt lękliwego ziarna. A jaki mam wpływ na ich znajomości, nauczycieli?

    Posłużę się kilkoma cytatami z książki, chociażby po to, by zostały w pamięci.

    Miernikiem normalności, kryterium zdrowia psychicznego w naszym społeczeństwie jest poziom wydajności, stosunek do obowiązków, prosta zdolność zdobycia i utrzymania pracy. Jeśli znajdziesz się w stanie, który pozwala na wykonie obowiązków – przychodzenie do roboty, płacenie rachunków – jesteś O.K. albo w marę O.K. Pragnienie zanegowania depresji własnej i cudzej jest w naszym społeczeństwie tak silne, że wielu ludzi uzna, że masz problemu dopiero w chwili, gdy fruniesz z okna dziesiątego piętra. Nikt nie bierze pod uwagę czynnika społeczno-ekonomicznego, istnienia poczucia winy, bezkompromisowego sumienia, a w moim przypadku, zrozumienia delikatnej, niestabilnej natury mojej matki. Tak często wymieniałyśmy się z matką rolami pomagałam jej dobierać facetów po rozwodzie, moczyłam papierosy, żeby nie paliła, a kiedy siedziała w kuchni i ryczała, ponieważ straciła pracę i bała się, że nie dostanie nowej, mówiła, że z pewnością wszystko będzie dobrze – że teraz bałam się porzucić obwiązki rodzicielskie, do jakich się w stosunku do niej poczuwałam. Znałam granice wytrzymałości bliskich mi ludzi i nawet w najgorszej depresji byłam na nie wyczulona. Depresja dała mi niezwykłą przenikliwość.

    Nikt nigdy nie pojmie potęgi moich wspomnień, które są tak niewzruszone i żywe, że nie potrzebuję psychiatry, że doprowadzają mnie do szaleństwa. Zajmuję w moim umyśle poczesne miejsce i ciągle narastają. Mam bardzo brzydkie myśli, kiedy wspominam obozy letnie. Chce zabić rodziców za to, co mi zrobili! Rokowałam nadzieję, a oni wykopali mnie z domu i próbowali zmieć w kogoś zwyczajnego. Wsadzili mnie w gromadę normalnych dzieciaków, które uważały, że jestem dziwna i sprawiły, że czułam się dziwna, aż naprawdę stałam się dziwna.

    Tęsknota za domem jest naturalnym stanem mojego umysłu.

    Twoje pokolenie ma skłonność poszukiwania chemicznego panaceum na wszystko. Byłoby pięknie, gdybyśmy mogli zażyć pigułkę szczęścia i odegnać zło. Żyjemy w kulturze leków, legalnych i nielegalnych.  Ale nie będę ci kłamać, mówiąc, że istnieje tabletka, która ci pomoże, skoro wiem, że jej nie ma. Z tego co mówiłaś o swoich rodzicach zwłaszcza o ojcu, wynika, że wyrosłaś w odebraniu od rzeczywistości, taki mechanizm obronny zastosowałaś. Nie potrzebujesz leków Elizabeth. Potrzebujesz bliskich, trwałych związków z innymi ludźmi. Musisz komuś zaufać. Musisz przekonać się, że ludzie są O.K.

    Czuję się jak alkoholik, który  robi wszystko, by uniknąć pójścia na odwyk, wszystko, by odwlec decyzje o rzuceniu picia. A czego ja nie chcę rzucić? Bycia w depresji?

    Ryczę całymi godzinami. Siedzieć przy komputerze i wystukuję pracę o Przestrzeni, Czasu i Ruchu (są to jedyne zajęcia na jakie się fatyguję) i pochlipuję w przerwach miedzy rozmyślaniami o Kancie i o wiedzy apriori…

    Budzę się rano i nadal płacze i zastanawiam się, czy to możliwe, żebym płakała przez całą noc. Spać mogę tylko po zażyciu halcionu, które podkradam Alden z szuflady biurka…

    Płaczę nad ulotną naturą miłości, niemożnością posiadania kogoś tak bezwzględna, by mógł wypełnić pustkę, w której czai się depresja. Rozumiem dlaczego ludzie chcą czasem zabić swych kochanków, chcą pożreć swoich kochanków, chcą wdychać prochy swoich martwych kochanków. Rozumiem, że jest to jedyny sposób, by posiąść drugiego człowieka, zaspokoić rozpaczliwe pragnienie zamknięcia go w sobie.

     

     



  • Moje podwórko Pn, 25 lipca 2011 Komentarzy: 2

    kapelusz w klatce

    fot. własna

    Nie czekałam na nie. Wolę wir pracy, czuć, że coś się dzieje, zmienia i przekształca. Na moich oczach przeobraża się rzeczywistość. Nie wieje nudą. Wakacje niby nic takiego nie niosą: nowe miejsca, nowi ludzie, bez napędzania samej siebie – bez obowiązków. Ale mnie brakuje znajomych ludzi, a przy tym ich nieprzewidywalności. I tu mam precedens, jeśli miałabym od czegoś odpoczywać, to od rozmowy z nimi. A ludzie z mojego otoczenia są absorbujący!

    Nie pogadam sobie tam, dokąd jadę. Może i źle – nie usłyszę wielu ciekawych historii, porad sklepowych, po przekazy ustne kroniki zawalonego domu. Może i nie poznam nikogo, kto mógłby napędzać mój świat, ale jadę tam, by odpocząć od rozmowy. Cieszyć się możliwością obserwacji żywej i martwej przyrody, i czegoś tak pośredniego jak performance, i wiecznej niewiadomej, jaki kolor będzie miała góra za zakrętem.

    Swoją historię opowiedzą mi stare mury, z których wyjmę ręcznie ugniataną cegłę jeszcze z czasów nadmorskich zesłańców. Będę światkiem balkonowej gry wstępnej nad ślimakami i szparagami. Dostanę dwadzieścia cztery czerwone róże, które będę musiała zostawić za zamkniętymi drzwiami… Rzadko notuję coś, co jest warte zapamiętania i przez to znika. Mogłabym zabrać na plaże notes i notować, bo… ale po co?

    Jadę tam, bo w końcu wystawię maź stawą na promieniowanie słoneczne w dawce wystarczającej na parę miesięcy!

     

    PS. Miałam jakiś czas kłopoty z blogiem, powyższy wpis miał ukazać się dwa tygodnie temu. Już wróciłam i naprawiłam..

  • Anioł cień

    fot. własna

     

    Kiedy o pierwszej w nocy zadzwoni telefon, a wy przed paroma minutami położyliście głowę na poduszce, nie denerwujcie się, że nawet we własnym łóżku nie macie świętego spokoju. Nerwy to najgorszy składnik, jaki możecie użyć tej nocy.

    Zanim zdążycie zakląć w słuchawkę do stu diabłów po drugiej stronie odezwie się małe (!) dziecko – NIE MOGĘ ZASNAĆ… I wtedy zacznie się przyzywanie anielskich zastępów i odganiania złego.

    Pierwsza noc daleko od domu rodzinnego bywa niebezpieczna; obce łóżko wkuwa w ciało wszystkie sprężyny, a z szafy wychodzi jakieś licho. Niepotrzebne bezsenna. Chyba nie ma takiego człowieka, który miałby łatwość spania w takich warunkach. To wtedy atakują głowę wszystkie odrzucane za dna zmory.

    Odsuwam natychmiastową chęć pojechania 150 km gdzieś w nieznane. Z autopsji wiem, że ranek będzie pachniał przygodą, a następna noc powali kamieniem. A w słuchawce chlipanie: NIE MOGĘ SPAĆ…

    Automatycznie wiem coś, czego i mi kiedyś zabrakło, i opowiadam odruchowo (jak dobrze, że są telefony komórkowe!):

    Zamknij oczy i wyobraź sobie zaczarowaną krainę, po której można przemieszczać się tylko dywanem… Z jednej strony otaczają ją góry, z innych las i morze z malusieńką wysepką pośrodku. Czarodziejski dywan jest puszysty, w kolorach, jakich lubisz najbardziej, i czaka na ciebie na leśnej polanie, aby pokazać ci jeszcze nieodkryty kraj… Jest bezpiecznie, nie boisz się czekających przygód…

    Gdyby każde dziecko miało szansę usłyszenia podobnej bajki z ust bliskiej osoby w podobnych okolicznościach nie byłoby tylu nieprzespanych nocy. A ile z nich, będąc dorosłymi już ludźmi, pamięta o koszmarach pierwszej nocy w obcym miejscu? Ja niestety nie pamiętam, a jeździłam często na obozy i kolonie. Najczęściej nikogo tam nie znałam. Nie przypominam sobie tych nocy, bo jak większość nieprzyjemnych zdarzeń zepchnęłam je w najciemniejszy kąt niepamięci. A z nich rodzą się późniejsze lęki przed ludźmi, depresje i fobie.

    Z dala od domu, od znajomych, znanych przedmiotów i ulic dobrze mieć kogoś, kto zapewni namiastkę poczucia bezpieczeństwa. Dlaczego nie mógł nim być anioł stróż? Dzieci bezkrytycznie wierzą w anioły, bo zajmują one przestrzeń między światem wewnętrznym a zewnętrznym. Ta przestrzeń jest lalką, klockami, z których można zbudować zamek i mur, kołdrą naciągniętą na głowę albo jamą ze słomy lub siana. Czasem przytulają się do psa opowiadając o tym, co leży im na sercu. Dla dziecka przestrzeń między rzeczywistością a własnym ja, które jest jeszcze w fazie dojrzewania, stanowi zabawa – iluzje i fantazje. Co ciekawe, człowiek dorosły też posiada terytorium, w którym wyraża się, jako dziecko i jest ono jak najbardziej dorosłe. Bo czym jest religia i sztuka?

    W dzieciństwie nie przytaczano mi opowiadań biblijnych, ale tej nocy przypomniała mi się, czytana parę lat temu, opowieść o Hagar, Sarze i Abrahamie. Hagar, służącego Abrahama, zaszła z nim w ciążę, za co Sara potwornie ją traktowała. Hagar nie mogła znieść przemocy i uciekła na pustynię, skąd usłyszała głos anioła, by wracała z powrotem. Anioł coś jej obiecał.

    Można odnieść to do dzieci bitych i maltretowanych, wydanych na pastwę cudzej woli, opuszczonych, choć samotność i lęk jest krótkotrwała, ale przeradza się w niebotyczny problem. Są dzieci, które wcześniej, czy później uciekają albo wypierają uczucia i funkcjonują mechanicznie. Od razu stają mi przed oczyma dzieci milczące, snujące się pod ścianami sal rekreacyjnych, odmawiające udziału w zabawach i wycieczkach. A przecież chciały jechać, a może zostały wrzucone na głęboką wodę nauki dorosłości? Bądź co bądź potrzebny im jest azyl. Tak jak w historii z Hagar, w obcym miejscu dziecku jest źle. Nie ma ulubionego posiłku, nikogo nie zna, wszystko jest obce, i co oni od niego chcą – nie umie pływać! Anioł Hagar może miał białe skrzydła i nimb, anioł naszego dziecka ma postać pani sprzątaczki, kota – przybłędy, czy przywiezionego misia. I oni obiecują mu coś (szybki powrót do domu, ale nie natychmiastowy!), po czym uspakaja się dostrzegając istnienie innego świata, w którym jest ważne i kreatywne, i możne nawet przeleżeć tę straszną noc z otwartymi oczyma

     

    Tej nocy obawiałam się czy dorosła już wyobraźnia nie zwiedzie mnie na manowce. Za godzinę dziecko usnęło, ja dopiero, gdy zrobiło się całkiem jasno.

     

  • Donkiszoteria Cz, 9 czerwca 2011 Komentarzy: 14

    Ostatnio wszystko, co napiszę nie ma końca, nawet do środka nie mogę dobrnąć. Jest wiec wielka dziura i cisza, bo formułując zdania od razu wskazuje je na niedające się do niczego. Wyrzucam je do kosza.

    Jest ich dużo, różnego kalibru, organiczne, bądź nie. Odrzuty cywilizacyjnego świata, zużyte podzespoły pralek, komputerów, samochodów, zbędne opakowania i niechciane zabawki, puste słowa i niepotrzebne myśli, nawet cisza będąca komuś nie na rękę, którą ktoś tu ulokował i jeszcze zmarnowany czas.

    I gwoździe i nieprzetworzone butelki. I buty, które widziały niejeden kraj. Zjeździły Peru i Rosję, Nepal i Japonię. W końcówce swej drogi znalazły dom w Afryce, na nogach małego chłopca.

     

    sandał

     

    I drut spinający blachę na dachu sprzedawany, jako gratis z narzędziami rolniczymi. Dostał go ktoś, kto ma nadzieję na lepszą przyszłość i zrealizuje swoje marzenia za 10, 20 lat, a może nigdy. Na razie ma mały, ale własny rower, motor.

     

    rower z drutu

     

    motor

    fot. własne, Noc Kultury

     

    Ze śmieci można robić cuda, cuda potrzebne do zachowania zdrowia, do przeżycia. Gdyby ci z Afryki mieli dostęp do naszych odpadów Afryka byłaby bogatsza o bardzo pomysłowe wynalazki.

    Zawsze miałam żyłkę do zbieractwa, a potem wyrzucałam te rzeczy, bo nigdzie mi się nie mieściły. Ostatnio to zacięcie obudziło się ponownie. W wielu rzeczach widzę jakiś potencjał, w rzeczach zużytych coś do ponownego użycia. W starych notatkach pomysł na zajęcia; z połamanego parasola wyjmuję druty i robię podstawki na zdjęcia; ze starych listów odklejam znaczki doskonałe do ozdobienia notesu… Jeśli sobie przypomnę ile rzeczy wyrzuciłam, a mogłabym zrobić coś z pozornie niczego.                                                

  • Moje podwórko N, 22 maja 2011 Komentarzy: 17

    myśliciele

    fot. własna

     

    Grzmi i błyska, zaraz znowu lunie.

    Który to raz zalewa mieszkańców naprzeciwległego bloku?

    Parking, to jezioro, z którego w pośpiechu wyjeżdżały samochody pod groźbą zalania silnika. Wodne boisko pochłonęło siatkę z bramek. Przed klatką nie widać ławki, na której koczowały dziś dewotki, a w wodzie po uda płynie kontener na śmiecie. Grupka gapiów próbuje sforsować wodę, brodzą w „japonkach”, pstrykają zdjęcia i omawiają umiejętności architektoniczne i postanowienia urzędnicze dotyczące punktowca. On tonie już po raz enty, niestety, nikt nie zostawi go w spokoju, po raz enty.

    Biegnie jak do pożaru straż ogniowa.  Przeskakują w drzwiach bloku worki z piaskiem, podają kable i rury. Zaskakuje silnik, pompa wypompowuje wodę.

    Przybywa niemających na czym zaczepić oka ludzi. Odłączyli prąd. Nieważne lodówki, namoczone w pralce pranie, radia bez baterii. Najokropniejszą rzeczą, jaka może zdarzyć się w naszej małomiasteczkowej cywilizacji, to brak prądu. Brak telewizji, komputera i działających komórek.

    To wtedy ludzie wychodzą do ludzi i stają się na chwilkę ludźmi. Zainteresują się rozmową, zdrowiem, nierównym chodnikiem, powiększeniem rodziny sąsiada, tyko wtedy, gdy zabraknie im codziennego bodźca. Na chwilkę przestają być maszynami na prąd odbierającymi tylko trajkot obcego głosu albo muzykę, z której nic nie wynika, karmionymi papką gotowych rozwiązań i zabaw.

    Wyłącz im prąd, a będą znów czuć, słyszeć, widzieć. Choć zmysły nieco osłabione, jest nadzieja, że wrócą do dawnej świetności. Następnym razem, kiedy wyłączą prąd.

                                                                                       

  • Mniszki

    fot. własna

    Jestem tam, gdzie powinnam być.
    - Karen Blixen

     

    …mam taką nadzieję. Na blogu spory przestój i co siądę przed komputerem znajduję tysiąc pilniejszych spraw do zrobienia. Kiedyś, kiedy byłam opierzoną kurą, siedzącą w domu, gotującą nienawistne potrawy i piorącą po stokroć każdą plamkę, nieprzytomnie gderliwą, miałam czas na myślenie i pisanie, dziś myślę i działam, nie starcza czasu na ubieranie pomysłów w słowa. Dzisiaj, budząc się o tak nieprzyzwoitej późnej porze jaką jest 9 rano, obleciał mnie strach – znów zaspałam. Przespałam sporo lat swojego życia, zupełnie nieświadomie, bezkrytycznie wykonywałam czynności, a nawet myślałam „tak jak trzeba”.

    Było paru ludzi, którzy mnie budzili, ale mieli mały dar przekonywania, a reszta życzliwych usypiała troskliwie. Nie każde budzenie odnosi skutek, nie każdy człowiek i czas, w którym następuje pobudka jest właściwy. Jest tyle zmiennych…

    Z ostatniego półtora roku powstałaby dość zajmująco-okazała książka. Musiałaby się jednak skończyć, a ja dopiero zaczynam. Może napiszę ją jako stara kobieta. Siądę na werandzie, na skrzypiącym drewnianym fotelu gdzieś na zabitej dechami wiosce. Zmęczona, schorowana, z lekkim żalem braku sił, że koniec jest bliski. Wrócę pamięcią do lat młodości, do pożółkłych kartek, które z rzadka zapisuję. Napiszę, i może ktoś odnajdzie w nich przestrogę, ukojenie, namiastkę prawdy i ciągłego poszukiwania, niczym kundel przy krawężniku suchego chleba, drugiego człowieka, podobnego jemu. Nie znajdzie w jednym, bo w każdym, którego spotyka jest tylko mała cząstka tego, czego pragnie.

    Wracam na ziemię. Do teatru, zdjęć, stron internetowych, scenariusza i dekoracji Miasta Poezji, arteteterapii, Nocy Kultury, warsztatów, rozwiązywania problemów z depresją i chorobami psychicznymi…

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

luty 2012
P W Ś C P S N
« stycznia    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  

Kategorie

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u