Klasyka nie wychodzi z mody

wiosna

fot. własna


Parę dni temu próbowałam dostać się do domu z odległego miasta. Kierowca odesłał mnie z kwitkiem – nie ma miejsc. Poszłam na Stare Miasto, a tu jak nie lunie gradem! Norma. Katar i reszta choróbska gotowa. W sumie klasyka.
Da się odczuć przednówek.. ptaszki śpiewają, czuć coś w powietrzu. Moda niby się zmienia, ale w sumie każdy dąży do poprawy samopoczucia i widoku za oknem. Wiosną najcenniejsza jest jak zwykle zieleń liści i trawy, słodki (!) ćwierk wróbli, muskający wiaterek. Banalne? Klasyka nie wychodzi z mody ;) .
Przez przypadek nie zmieniło się też moje nastawienie do dnia wagarowicza. Dziś odpuściłam zajęcia licząc, że konsekwencji nie będzie.

Dyktatorzy wymyślają coraz to inne cuda na kiju, ale wiosna nigdy nie wyjdzie z mody. Nie mam pojęcia, co zaplanowali dla mnie na tę porę roku. Moja klasyka wiosenna ma zielono-trawiaste rajstopy, żółtą spódniczkę i niebieską bluzkę, a w uszach czerwone filcowe kolczyki. Banale? Po szarzyźnie błota i ogólnej pluchy pozwolę sobie na wszystkie kolory naraz.

Punkt

Wyobraźmy sobie (powiedział pewien pan, którego szacownego imienia nie wymienię), że poszukujemy wybranki/wybranka swojego życia. Hipotetycznie, nasz aktualny stan posiadania lub nie posiadania połowicy nie jest ważny. Tak się składa, czy z niepowodzenia, czy szukając rozrywki, iż zmuszeni jesteśmy skorzystać z ogłoszenia zamieszczanego w prasie. To jest, my ogłaszamy chęć zapoznania takiego a takiego kandydata, ale najlepiej jeśli byłby to artysta. Kryterium wyboru ma być nie jego zdjęcie, zachwalanie swego ego, a jedna, najlepsza praca. Trochę trudna sytuacja, bo prawdziwych artystów jak na lekarstwo albo jesteśmy nimi w większości. Nie wszyscy zainteresowani chcą jednak wysyłać swojej prace. Zakładam, że trochę odpowiedzi dostajemy. Niektórzy się oburzają, fukają, śmieją, w końcu z malutkiego stosiku zostają nam dwie prace. Takie:

Na podstawie tych obrazów, z którym z artystów umówilibyście się na pierwsze spotkanie i dlaczego?

I tak na marginesie, nie sugerujcie się faktycznymi autorami powyższych prac (pierwszym jest Picasso, drugim – Malewicz), ich życiorysy, czy fizjonomie nie mają z pytaniem wiele wspólnego.
Brzmi to trochę ankietowo, ale ciekawi mnie pewien założony przeze mnie punkt widzenia :) .

Długa odpowiedź

Kiedyś Pani Zen (interesująca blogerka) zadała mi kilka pytań. Pytania wynikały z pewnej łańcuszkowej zabawy, której nie będę kontynuować. Nie będę wskazywać palcem na nikogo, kto odpowiedziałby na moje pytania na własnym blogu. Zen podsunęła mi natomiast pomysł do obserwacji i badań własnych, które zamierzam wykorzystać w kolejnym wpisie (Zen, mam nadzieję, że się poddasz bez oporów). Do nie tak dawna miałam ciągoty do różnego rodzaju testów, uwielbiałam czytać wymyśloną przez kogoś interpretację. Dziś zdaję sobie sprawę jak są one mało miarodajne i wiarygodne, zwłaszcza te drukowane w popularnych czasopismach i portalach społecznościowych. Tym, co traktują ogólnodostępne testy i ankiety jako zabawę, gratuluję, gorzej z tymi, którzy poważnie odnoszą się do rad i próby zmiany ich sposobu myślenia. Ale zabawy przyciągają, zwłaszcza kiedy nad drukowanymi kropkami można pofolgować swojemu niezadowoleniu albo napisać parę zdań o sobie.

Zen, to pytanie mi się nie podoba:

Której książki z kanonu lektur nigdy jeszcze nie przeczytałaś, choć wiesz, że powinnaś ;) ? A możesz podać powód :) ?

Jakby nie rozpatrywać słowo „lektura” ogólnie oznacza czytanie, mnie kojarzy się z przymusem szkolnych książek. Dołożyć do tego „kanon”, to już wyjdzie stonoga, czyli spis książek polecanych. Co to oznacza? Że ktoś odgórnie (tudzież znajomy) stwierdził, że książka jest wartościowa i tą mądrością zarazi i mnie. Polecanie jest o tyle dobre (jeśli nie dotyczy lektur szkolnych, i przypomniał mi się „Lord Jim”, za którego dostałam pałę, bo polonistka usłyszała ode mnie, że tego w ogóle nie da się ugryźć; dumnie do tej pory go nie powąchałam), że ma się wybór, że jeżeli ktoś mi tę książkę wciśnie w dłonie, to mogę po 20 morderczych stronach cisnąć nią w kąt, bez wyrzutów – bo należy przeczytać dzieła noblistów, czy laureatów Nike.

Podaje przykłady, żeby nie być gołosłowną.

Pani O. Tokarczuk „Dom dzienny, dom nocny”. Dla przyzwoitości dobrnęłam do setnej strony (przymusowość lektury wisi nade mną od czasów szkolnych :( ). I nic, nie znalazłam w książce nic dla siebie. Chaos i znudzenie, doszukiwanie się ukrytego (in plus), bo może autorka tak pokrętnie wodzi akcją (której nie ma), że dopiero na 102 stronie wszystko zaczyna się układać? Ogólnie miałam wrażenie, że Tokarczuk chcę mi pokazać jak zagniatać kluski leniwe metodą leniwą (właśnie, dlaczego one się nazywają „leniwe”? Bo kluski dla leniwych, na szybko, czego autorka absolutnie nie robi :) ). Chociaż świetnie operuje zdaniami i ma ciekawe słownictwo, jej skoki z kwiatka na kwiatek o dokładaniu to tu, to tam po kawałku sera i wahaniu się czy aby jedno jajko nie dwa, zamiast od razu walnąć ile czego trzeba, jakoś zachęcić do zagniecenia tego ciasta, to akcja rozwarstwia się na 20 różnych nienawiązujących podtytułów. Połączenie może i jest możliwe, ale dla bardzo cierpliwych ugniataczy. Zastanawiam się, czy z tego aby zakalec nie wyjdzie, jeśli autorka poleci wstawić ciasto do piekarnika. Ja podziękuję, mam inny przypis na leniwe :) .

Żeby nie okazać się buńczuczną sięgnęłam po książkę „Bieguni” tejże pani. Chciałam przekonać się, że popełniłam błąd w ocenie jej literek. Niestety, trafiła mnie tym samym obuchem. Nudą i ogólnym niezrozumieniem. Nie szukam winy w sobie, raczej szukam odpowiedzi na pytania, na które Tokarczuk nie jest w stanie mi odpowiedzieć, dodatkowo wszystko kładzie jej nowatorski (?) styl, którego nie jestem w stanie przyjąć, jako formę ciekawej lektury.

Bywają sytuacje odwrotne, tj., że trafiam na fantastyczną książkę i kiedy zabieram się za kolejne pozycje tego autora mina coraz bardziej mi rzednie. Ostatnio wybieram książki, o których nie mam pojęcia. Niech mnie któraś zaskoczy, bo na pewniaków nie liczę ;) .

Nie lubię słowa „powinnam” albo muszę, bo czytanie dla mnie jest przyjemnością a nie koniecznością przedświątecznego mycia okien, bo inni tak robią albo tak wypada. Książka może mi pomóc w zarwaniu nocy, ale nie rozhisteryzowana kuzynka, która chce się wygadać, a nad ranem prosi bym pościeliła łóżka. Wiem co powinnam – delikatnie wyprosić ją, zwłaszcza, że mieszka całkiem niedaleko. Tego też powinnam się nauczyć :) .

Miałam odpowiedzieć na pytanie Zen i chyba roztrząsam się nad czym innym. Kanonu lektur nie posiadam, a jeśli już mam zamiar coś zdobyć, co np. ktoś polecił, to zmienia się on jak w kalejdoskopie. Jeśli sobie uświadomię ile jest ciekawych książek wartych przeczytania, dodatkowo zniechęca mnie tworzenie podobnego spisu. Nie gna mnie chęć obycia literackiego, nie pretenduje do miana krytyka-amatora. Dobra książka powinna długo siedzieć w głowie, a niektóre fragmenty długo gniecione pomagają mi formować świat, jaki do mnie przystaje. Nie do koleżanki myjącej dziś szyby, ani pani, której poglądy zrosły się z ubiegłym dziesięcioleciem.

Powinnam, a raczej bardzo chcę przeczytać „Trumf chirurgów” J. Thorwalda, kontynuację „ Stulecia chirurgów”. Czytałam tę ostatnią i jeśli jest rzetelną i konkretną opowieścią o historii medycyny z datami, nazwiskami i prawdziwym bólem operowanych bez znieczulenia, nie pisana językiem suchej relacji, to dziś robię sobie na nią smaka :) . Jeśli jest precyzyjna jak chirurg, ostra jak jego skalpel i bolesna jak ciało w ostrej chorobie…
Czego nie czytałam wcześniej? Bo wiem, że nie jest prosta, nie będę umiała wrócić do niej po paru dniach i nie czytając paru kratek wstecz wiedzieć, na czym skończyłam. Dla takich książek trzeba czasu i spokoju, a korzyści są nieocenione. Oczywiście nie dla każdego :) .

Zen zadała jeszcze kilka pytań. Nie chcę wydłużać wpisu, wiec może innym razem. Chyba, że mam być kompetentna :D .

Kategoria: Cybertaniec  22 Komentarzy
Dylematy bakałarza

fot. własna

Parę dni temu przyniosłam książkę mojego ulubionego autora. Nie czytałam jej wcześniej, ale byłam przekonana, że spodoba się Miśkowi. Nie chciał wziąć jej do domu, postanowił przeczytać ją wszystkim na głos. Przez najbliższe dni nie było czasu. Misiek malował portrety, to jeszcze było w miarę ambitne, ale robienie kwiatków i kartek świątecznych godziło w jego godność. Nigdy jednak nie skarżył się na prace ręczne, czy infantylne zabawy, żył w zamkniętym świecie człowieka samotnego i nieśmiałego. Znałam go zbyt krótko, by do niego dotrzeć, a stara nieszczęśliwa miłość zmniejszała tę szansę. Misiek nie ufał kobietom. Uciekał wzrokiem, patrzył w martwy punkt gdzieś poza mną, był grzeczny, a ja nie chciałam posuwać się do poleceń, które go zniechęcą, a z nabytej uprzejmości wykona je. Na razie nasze rozmowy nie wychodziły poza techniki plastyczne i fotografię. Sprawę otwarcia, szczerych rozmów i nieskrępowanego śmiechu pozostawiłam czasowi.

Wczoraj Paulina zaproponowała, że przeczyta nam książkę. Przy dłubaniu dłutem i zajętych rękach wybawiła nas od językowych jatek. Zacznijmy od żywotów świętych… Święty Aleksy niech się schowa pod schodami – przyszło mi na myśl. Na stół poszła Maria Goretti, męczennica w obronie czystości. Misiek ożywił się, zaczął dyskutować z Pauliną. Głównie o filmach i książkach, o Karolinie Kózkównie i świętej Filomenie. Niewiele miałam na temat do powiedzenia. Może w żywotach świętych tkwił haczyk na Miśka? Kierunek mnie zaskoczył, musiałam przeczytać trochę archiwów, by dokopać się do człowieka tak różnego od przeciętnego, niczym nieskrępowanego nastolatka. Misiek musiał już iść, nie zdążyłam go zapytać, ale nie byłam też pewna czy zdaje sobie sprawę, że dziś beatyfikacja kogokolwiek w obronie czystości mijałaby się z celem. Dziś delikatność nie jest w cenie, na pewno nie w tłumie. Nie ma indywidualnych gwałtów, wszystko wrzuca się do jednego wora przypadków albo prowokująco zachowujących się kobiet. Co było możliwe 50 lat temu, teraz wydaje się śmieszne. Inne czasy… w których trudno mówić o wyświeceniu kobiety za śmierć w obronie dziewictwa.
Dziś zaczęłam czytać książkę zaproponowaną Miśkowi. O ile większość broszurowych książeczek tego autora traktowało o sprawach poważnych w łagodnej formie, o tyle ta opierała się na brutalizmie. Zaczęło się od dziwkowania, dawania w żyłę i napadach na nieletnich. O święci pańscy czuwali nad Miśkiem! I nade mną, bo zamknęłabym sobie drogę do dialogu z nim.

Kiedy przeglądałam się w oczach Miśka miałam wrażenie, że urodził się nie w tej epoce, nie w tym kraju… I wszyscy z tamtego otoczenia pasują do siebie, a ja nie znalazłam się wśród nich przez przypadek.

Darowizna

Darowane serce na sznurze wsiało
Pęknięte, szczerbate
Niczego nie chciało
Wyrzekło się miłości, bo miłość przebrzmiała
Nie chciało uścisków, objęcia go złamały
Nie pragnęło ciepła, za gorące wulkany
Krwi nie wolało
Czarna krew z zawałem szalały

Darowane komuś obcemu
Z niepewności drżało
Kto mu przyjdzie w udziale
sznura
Szczęście czy zgryzota?
Człowiek czy anioł…

Kategoria: Pętla  Tagi: ,  10 Komentarzy
Szósty bieg
znak

fot. własna

Zaczęła się ostra jazda. Zasypało wszystkie drogi, nawet te najbardziej uczęszczane. Niedzielni kierowcy mieli dylemat – jechać, czy pozostawić auto w śniegowym tunelu? Wyjechałam w poniedziałek. Pierwszy raz byłam na drodze ze znakami, światłami i trenerem, na którego barkach, tudzież nogach, spoczywał ciężar prowadzenia.

Znaki i sygnalizacja nigdzie nie są tak widoczne jak na tej drodze. Pomimo, że samochód gaśnie na rondzie, inni grzecznie czekają, aż silnik zaskoczy i ja z prawem pierwszeństwa, za minutę albo dwie, pojadę dalej. To nic, że pod nosem klną i złorzeczą, a niekiedy wymuszają, mnie to nie interesuje. Nawet się nie boję, że ktoś mi wjedzie…

Przychodzi czas, kiedy z ucznia staję się nauczycielem. Czas różny dla każdego, w dosłownej lub mniej wersji. Wtedy ja stawiam znaki na nieoświetlonej i śnieżnej drodze, pokazuję ścieżki, ale uczeń sam musi je wydeptać. Nie wszędzie jest sygnalizacja i znaki, na polnych drogach, w lesie nie obowiązuje nawet zasada prawej ręki. W tej części życia łatwo się zgubić.

Gdyby na każdej z dróg poustawiać odpowiednie znaki wiedziałabym, co jest nieodpowiednie. Gdyby każdy uczeń stosował się tylko do rad nauczyciela, zredukowałoby to wypadki. Gdyby dla bezpieczeństwa pewien procent ludzi pozostawić dziećmi, zahamowałoby to rozwój dróg i wypadków, które prowadzą do poznania nowych znaków.
Od czasu do czasu oddycham w ławce ucznia, chociaż, na co dzień jestem nauczycielem.

Zdążyłam

Zdążyłam jeszcze wyprodukować zanim zastał mnie piątek. Tłusty czwartek jest chyba jedynym dniem, kiedy chce mi się smażyć faworki. Nie przepadam za pączkami, a faworki ze sklepu są uzdatniane dziwnymi zapachami. Skorzystałam z pretekstu i udało mi się po cześć zmieścić w czwartku, reszta ciasta leży na stolicy. Jutro ciąg dalszy tłustego tygodnia ;) .