• Moje podwórko Cz, 6 października 2011 Komentarzy: 6

    Co się stało z bezpieczeństwem? W sieci na pewno bezpieczeństwa nie ma. Wiedzą to ci, którzy zostali oszukani, okradzeni lub poszkodowani. Nie piszę tu o realnym życiu, a internecie. Logując się do kont bankowych, podając kody i wpisując hasła istnieje ryzyko, że jesteśmy śledzeni przez program wyłapujący prywatne informacje. Nazwiska, PESELe, telefony… Kiedyś znalazłam się w gronie osób, którym, dziwnym trafem, ginęły konta e-mail albo ktoś przejmował ich konta na forach. Naturalnie rodziło to bunt, bo oto obcy czyta moją pocztę, wykrada adresy i informacje, pisze głupoty do znajomych; wchodzi na czat pod moim nickiem i bardzo się stara mnie ośmieszyć. Na forach we wpisach nikt nie poznaje mojej osoby, chociaż dane się zgadzają. Wybuchają awantury i administrator kasuje moje konto z tabliczką na wieki wieków: tego adresu/nica już nie obsługujemy. A lubiłam to forum. Gromadziło ciekawych ludzi. Nie wróciłam tam więcej zakładając nowe konto, prędzej czy później ktoś rozpoznałby mnie po stylu pisania albo po poruszanych tematach. Bliższe relacje nie mogą opierać na kłamstwie.

    Bunt rodzi się, gdy masz coś pozornie swojego, dbasz, opowiadasz o sobie, jesteś wśród ludzi takich jak ty i nagle komuś sprytniejszemu nie spodoba się twoja osoba, ale poczuje mięte do twojego konta czy strony WWW.

    W internecie nie ma nic, co można nazwać „moje”, nic, co można dotknąć. No, może zobaczyć i czasem uwierzyć. Wysyłając w sieć tekst, zdjęcia, filmy stają się one publicznymi i byle kto może je podpisać swoim nazwiskiem i wrzucić gdziekolwiek. Walka o swoje? Marne szanse na wygrane. Niska szkodliwość czynu. Dlaczego nie dziwię się, że ludzie radzą sobie w niezbyt uczciwy sposób – metodami hakerskimi.

    Dawno temu podjęłam decyzję, że utrzymam swój blog na prywatnej domenie. Wcześniej był on częścią większej strony internetowej. Po początkowej fazie ekscytacji nowym miejscem i jego możliwościami zaczęły się problemy. I wciąż są. Ciągle trzeba nadążać za nowościami technicznymi, uaktualniać i zabezpieczać, żeby nie zginąć. Przez te lata parę razy haker włamywał się, pozostawiał złośliwy kod, instalował się jaklo administrator, infekował pliki i skrypty. Przeglądarki szalały, a ludzie omijali kadarkę szerokim łukiem.

    Nie zraża mnie to, a mój bunt jest przywdzianiem zbroi i ruszeniem w bój. Nie oddam swojego miejsca bez walki, chociaż nie mogę go dotknąć i schować pod poduszką. Może to zahartowanie? Może konieczność życiowa, zarówno tu, jak i w realu?

    Na tę chwilę konieczne jest umieszczenie kodu w komentarzach, który trzeba przepisać, by móc publikować swój komentarz. Chciałam uniknąć tego typu utrudnień, ale ilość różnego rodzaju spamu z zawirusowanymi linkami wdeptuję mnie w ziemię. 

    Żeby mieć trzeba walczyć, a ktoś kiedyś, dając mi blog, powiedział: tylko pisz…

    fot. własna

  • Wata słowna N, 25 września 2011 Komentarzy: 11

    Wakacje się skończyły. Wyraźnie czuć w powietrzu jesień. Powoli i niechętnie wyciągam drugą nogę z lata. Chcę go jeszcze zatrzymać, chociażby sukienką bez ramion i południowym grillem. Nic z tego, syczące nad ogniem dojrzałe pomidory, bakłażany, cukinia, czy mała papryczka dowodzą, że słonce zasnute delikatną mgiełką sunie coraz niżej przywołując jesień.

    Nie przepadam za jesienią, ale w tym roku wchodzę w nią łagodnie. Nawał pracy (rozrywek dla życia – bo gdybym nie chciała, nie robiłabym połowy z nich) umila mi metamorfozę zaokienną, spacerową, ubraniową, wahania temperatury, a nawet katar.

    Pierwsze powakacyjne zadanie zaliczone w pierwszy dzień jesieni. Bankiet, grill, prezentacje, przemowy, części artystyczne, fotografie, prezenty, podziękowania i gratulacje… Zaczęło się dobrze, oby tak pozostało. Właściwie wrzesień, a nie 1 stycznia, jest miesiącem, kiedy zaczynam planować i czuć obawy, czy się uda. Nauczyłam się nie zakładać nic powyżej miesiąca (oprócz kasy z projektów unijnych ;) ), bo to wiadomo, jaką chorobę ześlą niebiosa, albo kogo spotkam na Walnym… Takie rzeczy bardzo często zmieniają plany i jeśli widzę w nich coś da siebie – biorę garściami.

    Znajomi mówią mi: Ty lepiej siedź w domu, bo jak wyjdziesz wrócisz z jakąś robotą, albo zawalisz sobie wolne weekendy.

    Zgodnie z przykazaniami połowę pracy wykonuję w domu, resztę mam niedaleko.

    Ale dziś odpoczywam po wielkim maratonie. Może to ostatni wolny weekend tego roku? Być może. Za tydzień mam ważne zebranie.

    fot. własna

     

  • Cybertaniec Cz, 15 września 2011 Komentarzy: 19

    one...

    Dostałam nagrodę od Anaste. Dzięki!

    Czuję się trochę wyróżniona, a trochę… jak dziecko na zawodach sportowych, które zawsze dostaje dyplom, pomimo że zdobywa któreś tam miejsce z kolei. Nie, nie będę dociekać za co i po co. Po prostu, tłumaczę sobie że z prostej z sympatii i dla zabawy. Ale w tej zabawie są też pewne reguły. Oprócz podziękowań i linku do bloga osoby, która zaprosiła do zabawy, należy wkleić logo tejże nagrody i nominować kolejnych blogerów oraz powiadomić ich na blogach.

    Trudno mi wskazywać palcem i zobowiązaniem zalinkowanego u mnie bloga, ale ja widzę w tym pewien sens. Oczywiście sens dla mnie i napiszę o nim w kolejnej notce. A teraz niegrzecznie wyciągam palec (wskazujący :P ) na:

    Anioła

    Caddicus’a

    Blog Niedzielny

    Pstro i całą Alternatywną

    Zen Ona

    Saarę

    Powtarzam się? Ależ proszę!

    Żeby tradycji blogowej nagrody stało się zadość, wg regulaminu (obowiązkowo), należy spisać w siedmiu punktach notkę o sobie. Tu też zaczynam węszyć, dlaczego w siedmiu? Czyżby dla wszystkich była to szczęśliwa liczba. A dwanaście? A jeśli ktoś nie wierzy w numerologię? Dobra, nie dyskutuję, piszę. Chociaż co można napisać o sobie tylko w siedmiu krótki punktach?

    1.      Była sobie raz kobieta, która postanowiła wziąć się za ćwiczenia fizyczne i zadbać o swój kręgosłup, by na starość nie zawrzeć paktu z balkonikiem, tudzież z wózkiem inwalidzkim. Boli ją cała szyja, żadna pozycja nie przynosi nawet chwilowego ukojenia. Nie może spać, a w dzień zaciska zęby. Wieczorem najadła się tabletek rozluźniających mięśnie i uspakajająco-usypiających. Po czym przeczytała na opakowaniu datę ważności – kwiecień 2011. Nie, nie włożyła trzech palców – poszła spać i obudziła się w dobrym humorze, bez wielkiego bólu. W końcu się wyspała. To ja.

    2.      Była sobie raz kobieta, która od paru miesięcy walczyła z hakerami; spamami i pseudo  administratorami na swojej stronie www. Pomimo, że wyszukiwarki klasyfikują jej stronkę jako podejrzaną i mogącą rozprzestrzeniać szkodliwe oprogramowanie ma to daleko w poważaniu. Wie, że to blef, a wujcio google niech będzie ostrożny, ona na własnej skórze przekonała się – epidemii nie ma. Co ciekawe pan haker nosi to samo pseudo na innej stronie www, którą administruje (haker zadomowił się tam zanim zasiadła w panelu administracyjnym). Na początku trafiał ją szlag, dziś ogranicza się do koniecznego minimum usuwania spamu idącego już w setki dziennie. Stronę ma ją dla zabawy. To ja.

    3.      Była sobie kobieta, która wzięła za dużo na siebie. Ciągle przedłużała sobie wakacje, by nie musieć podejmować zaczętych w czerwcu wyzwań i marzeń. Właściwie to nie obawa przed ciężkością zadań, a ich ilością. Zawsze chciała wiedzieć więcej i robić więcej, niż dała radę. W dodatku dziedziny, w których się poruszała były dość odległe od siebie. To ja.

    4.      Była sobie kobieta, która chciała zawsze siedzieć w kącie i dłubać swoją robótkę wedle własnego widzimisię. Mogła godzinami obserwować ludzi, ich zachowania i wypowiadane słowa. Nie przepadała za rozmową, szczególnie w grupie. Zdecydowanie wolała pracować z człowiekiem indywidualnie. Wziąć go do gabinetu i wysłuchać jego historii, marzeń, a jeśli miałby jakiekolwiek trudności z słownym uzewnętrznianiem, mógł wziąć farby, plastelinę, nożyczki, a nawet wyciągnąć sznurowadło z buta i w ten sposób zawiązywali pakt. To ja.

    5.      Była sobie kobieta, która podjęła się zrobienia prezentacji z własnych zdjęć. Dziś drży, że nie tylko czas ją przegoni, co historia wymyślona ku zadowoleniu publiczności, nie rozbawi i nie zaciekawi nikogo, i po raz kolejny przeżyje porażkę. Próbuje. Zarywa każdą wolną chwilę i myśli nad nowatorskim projektem. To ja.

    6.      Była sobie kobieta, która często zmieniała pościel. I wcale nie chodziło o zachowanie higieny, a o ludzi, którzy z nią sypiali. Człowiek, którzy wprowadzał się do jej łóżka często szukał obecności innego, obcego człowieka. A to włos, a to pozostałości ręczników, czy bielizny, a nawet podejrzane perfumy. Musiała często zmieniać pościel, by nikt nie czuł się niezręcznie. On – wyczuwając zapach innego samca, ona – że ona ma zbyt duże wymagania i szybko się nudzi potencjalnym zdobywcą na jedną noc. To nie ja, ale…

    7.      Była sobie kobieta, która walczyła z masową szkołą. Wołała do trochę wolnej woli i cień indywidualnego podejścia do nauczycieli swoich i obcych dzieci. i natykała się na mur, robienie „od do” i sztywnego trzymania się zasad. To ja.

    Walczę dziś ze sobą, by nie złamać powyższych zasad. I udało mi się nie napisać nic więcej :D .

  • Wata słowna So, 3 września 2011 Komentarzy: 12

    tory

    fot. własna

    Był taki czas, kiedy wszyscy pakowali się i wyjeżdżali. Gdzieś daleko. Chcieli uciec albo znaleźć nowych przyjaciół, albo po prostu zobaczyć jak żyją inni. To jak rzucenie wszystkiego i zaczęcie nowego życia. Było różnie – mniej lub bardziej różowo. Z przerażeniem słucham dziś wiadomości o bankructwie biur podróży i losach wczasowiczów bez paszportu gdzieś w Grecji. Co się stanie z młodą żoną tego topielca na rafie koralowej w Egipcie? Mało kiedy zdaję sobie sprawę, że mogę nie wrócić i ja. Dopiero po ochłonięciu z przygody patrzę na sprawę z boku i umiem się bezpiecznie bać. Zawsze zdarzy się parę wypraw, które niby są bezpieczne, ale kończą się różnie.

    Byłaś tam i widziałaś, teraz trzeba wracać.

    Dużo razy chciałam zostać. Dla pieniędzy, słońca, architektury, czy wyższej ludzkiej kultury.

    Nie, jeszcze nie teraz. Bliżej emerytury, kiedy kości zacząć skrzypieć. Będę lepić garnki z gliny albo dziergać suweniry. Uśmiechać się do słońca. Mały straganik przy gorącej plaży, ciepły deptak na wielkim placu – namalowałam w marzeniach.

    Co mnie czeka po przyjeździe do domu? Może widzę to zbyt dosadnie.

    Stare i brudne budynki ściskają pijących na schodach ludzi.

    Dasz dwa złote? – paniusia wyciąga suchą dłoń.

    Bieda i zgrzytanie zębów. Wszędzie – w TV, polityce, na bazarze i ulicach. Ludzie nie uśmiechają się, nie są dla siebie mili, wjeżdżają na mnie wózkami w sklepie i dodają gazu, gdy wchodzę na jezdnię…

    Różnie to może się skończyć.

    Po co ryzykować? Tak… ale po co być?

     

  • Moje podwórko Pt, 26 sierpnia 2011 Komentarzy: 12

    Waterford Crystal

    fot. własna, Waterford Crystal

    Czas wracać. Pakować walizy ze zdjęciami, zbieranymi muszlami i kamieniami. I butą w słowach – jeszcze tu wrócę i czego nie zdążyłam zobaczyć i dotknąć, posmakuję następnym razem!

    Kolejny rok tu bawię i dopiero teraz zaczynam czuć historię tego kraju.  Poznawałam miejsca nieznaczne Irlandczykom, zapomniane budowle na nieużytkach czy menhiry.

    Nazbierałam tyle fotografii i informacji o zapomnianych, dziwnych miejscach, że musiałabym zmienić charakter tego bloga, gdybym miała je opisywać. Nawet skórka nie jest przystosowana do dużych zdjęć, a panorama po poprzednim wpisem wygląda pokracznie. Nie, to nie jest miejsce na panoramy, na czym ubolewam, bo oddają ducha pięknych miejsc. Obiecuję sobie, że gdzieś to opiszę i pokażę małą cząstkę Irlandii, to, że warto jej posmakować, planując kolejne wakacje.

    Wyjeżdżam, jak za czasów uczniowskich, tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego. Bez książek, bez zeszytów. Zdążę je jeszcze kupić. Nic tak nie uczy jak podróże, grzebanie patykiem w historii i rozmowy z przypadkowymi ludźmi. Czy szkoła o tym wie?


    Update:

    Rady dla potencjalnych wakacjuszy (wyjątki z przewodnika Pascala):

    Dobry pomysł na początek. Właściwie każdy jest dobry. Nie byłeś na Kaszubach, jedz na Kaszuby. Nie pamiętasz Wenecji, wróć do Wenecji, a jeśli marzysz o Chinach, ruszaj do Chin.

    Energia. Nie marnuj jej na nerwowe poszukiwanie hotel udo drugiej w nocy albo próbę odgadnięcia, co też mogą oznaczać te przedziwne nazwy w karcie dań, bo nie chciałbyś przecież spędzić reszty wakacji na oddziale gastrologicznym jakiegoś prowincjonalnego szpitala.

    Zakupy. Jeśli chciałbyś pokazać znajomym jakąś egzotyczną pamiątkę z Kenii, na przykład dzidę, nie musisz przywozić jej w plecach – wystarczy, że kupisz ją na bazarze, i w dodatku będziesz miał pewność, że nikt nie zedrze z ciebie skóry.

    Ósmy cud świata. To może być wszystko: miasto, budowla, zapomniany zaułek, miejsce znane lub nieznane, drzewo lub człowiek poznany w czasie podróży. Odkryj swój prywatny ósmy cud świata.

    Odkrywanie świata. Być może wielcy tego świata odkryli, poznali i zwiedzili już wszystko. Być może. Teraz kolej na ciebie!!

  • Cybertaniec, Moje podwórko Pt, 19 sierpnia 2011 Komentarzy: 10

    Pstro zachęciła mnie do zwierzeń pomysłem rekomendowania na swojej stronie dobrych miejsc na wakacje, w Polsce i za granicą.

    A że z natury jestem istotą przekorną, a świeżość ostatniej przygody bardziej mnie irytuje niż raduje, wiec ją ciut naszkicuję. Tak bardziej w ramach nie polecania niż rekomendowania, aczkolwiek ktoś może w jej szczegółach znaleźć haczyk dla siebie ;) .

    Chodzenie po górach wisiało nad nami już od początku przyjazdu. Niestety, z górskiego ekwipunku miałam tylko nieprzemakalną kurtkę. Buty, typu juniorki, z cienkimi podeszwami nie nadawały się do chodzenia po ostrych kamieniach. Niestety, nie byłam sama i nie pomogło wymigiwanie się migrenami i takimi tam zaburzeniami równowagi. Przegrałam, jako mniejszość – jak idziemy, to razem!

    Z daleka – taka sobie górka 721 m, podobna do niejednej w Bieszczadach. Droga kamienisto-wyboista wiodła wprost na pastwiska owiec. Kiedy zobaczyłam zamkniętą bramę na łąkę chciałam odetchnąć i zawrócić, ale okazało się, że właściciel zaprasza, tylko prosi o ponowne zamknięcie. I zaczęła się wspinaczka po wbijających się kamieniach, kombinowanie, gdzie postawić stopę, by dało się iść i zbieranie sił, by je w ogóle ciągnąć. Mijałam parę szybko idących i mijających mnie kobiet z kijami w rękach, w tym jedną na motorze. Rzekomo w weekend jest tu bardzo tłoczno.

    Pomiędzy wieloma przyspieszonymi oddechami przypomniałam sobie legendę o Kobiecie Górze. Opowiedział ją nam Irlandczyk w innym popularnym miejscu. Podobno zakochani mężczyźni, mając poważne zamiary, co do swoich wybranek, zapraszali je na gorę i tam się oświadczali. Żeby legenda nie była taka klarowna i pozornie wiarygodna, nosi też na sobie rysę.  Chodzi o chłopaka sporo młodszego od swej dziewczyny, możliwe, że był w ogóle niedojrzały, i góra zawiodła. Nie wrócili wspólną drogą do doliny. Właściwie samo wejście na górę było przyjęciem oświadczyn. To nie był spacer po lesie…

    Dyszałam, wymijałam niedające się wyminąć owcze bobki, kępy wrzosów i rozpadliny skalne. Nie! Żaden facet nie zaciągnąłby mnie na ten padół nerwów! Co chwila myślałam, że już szczyt, fragmenty płaskich, trawiastych równinek skąd było widać przepiękną bliższą i dalszą okolice, dawały mi nadzieję na szybkie zaniechanie tej gehenny. W końcu (jak się okazało, tuż przy szczycie) usiadłam i zaczęłam się buntować widząc kolejną szybkosprawną mijającą mnie zza pleców kobiecinę.

    Nie, nie idę dalej! Koniec i kropa! Żeby tak nachalnie pchać się na tę górę bez faceta. Czy one powariowały? Stare panny biegnące po pomoc do skały? Może liczą, że wypatrzą z góry jakiegoś mężczyznę i tu go zaciągną? Zaklinaczki od siedmiu boleści! Ja trzy razy bym się rozwiodła, gdym musiała tu się wspinać. Była zła na siebie, i utyskiwałam jak stara panna. 

    Gdyby nie moi towarzysze (niedoli ;) ) i nie wyciągnięta w moją stronę dłoń, najpewniej grzałabym się w owczej wełnie przez całą noc. Wdrapałam się na szczyt, zatonęłam w chmurze (Slievenamon bardzo często jest w chmurach), przemoczyłam nogi w błocie i…. zaparło mi dech spojrzawszy na otaczającą okolicę.

     

    Droga w górę nie była taka ciężka, szybko się o niej zapomniało, zwłaszcza, kiedy doszło się do punktu kulminacyjnego ;) .

    Slievenamon

    Slievenamon

    Slievenamon

    Slievenamon

    Slievenamon

    fot. własne, Slievenamon, Irlandia

    PS. A ja i tak na Kobietę Górę już nie wejdę!

  • Moje podwórko Pn, 15 sierpnia 2011 Komentarzy: 8

    Tego lata mam bardzo długie wakacje. Nie oczekiwałam, że będę mogła wyjechać w dwa różne miejsca, i zostanie jeszcze czas na przeszukiwaniu internetu w tropieniu inspiracji na kolejny rok.

    Kiedy jestem dłużej w jakimś miejscu, a dłużej znaczy, że jest warte uwagi, próbuję wtopić się w jego atmosferę. Moje działania są usilne do tego stopnia, że nie rozmawiamy ze sobą na ulicy, nie odkrywając pochodzenia, tylko wdychamy, słuchamy, oglądamy…

    Co to oznacza w rzeczywistości?

    Poznając naprędce z przewodników (i powieści, tudzież z filmów) rytm życia tubylców, wstajemy rano wyruszając w trasę po kafeteriach, barach i restauracjach. Jest pięknie, cieplutko, nie pada, ludzie śmieją się do siebie, próbują rozmawiać. I za chwilę okazuje się, że to już dostani dzwonek na poranną kawę z mlekiem i słodki rogalik (biorę ostatni), bo tubylcy dawno są już w pracy. Ewentualnie szybkie espresso jest w tonie. Robi się upalnie, niedługo czas sjesty.

    Morze skrzy się w oddali, plaża jest już pełna. Za godzinę słońce będzie paliło tak, że zostaną na niej tylko ci, którzy wykupili całodniowe leżaki i sprzęty do pływania.

    Przy panini i świeżo wyciskanym soku z pomarańczy przyglądam się szerokim ulicom Starego Miasta i fali pielgrzymujących ludzi. Zastanawiam się, dlaczego u nas nie ma potrzeby, kultury, nawyku – trudno to nazwać – rannego, popołudniowego szybkiego wypadu na kawę, wino, ciasteczko. Chwilki pogadania przed pracą, naładowania akumulatorów na dalszą część dnia. Mogę domyślać się, dlaczego, ale na razie jestem daleko, na wakacjach.

    Chciałabym nie spieszyć się, leniwie przyglądać się wystawom, rzeźbieniom, mozaikom. Tak te się staje, jest późno. Hiszpanie przygotowują się do sjesty, a turyścijuż zwiedzili popularne zakątki. Próbuję stopić się z tłumem.

    Tak naprawdę nic tu nie jest takie jak się zdaje. Bo parę ulic dalej, poza przepięknymi bulwarami, toczy się zupełnie inne życie. Wokół Starego Miasta, koło ruin zamku widać przepych, restauracje dostosowują menu i rytm dnia do turystyki.

    Niedaleko ludzie wychodzą na ulicę z innego powodu – rozmawiają, piją kawę i piwo. Nie ma tu miejsca na place zabaw. Brudne dzieci bawią się przy krawężnikach i ciasno zaparkowanych samochodach. Bary są tu maleńkie, bez klimatyzacji, powiedziałabym nawet obskurne, ale skupiają spory tłumek. Widać to przede wszystkim wieczorami, kiedy zaduch pomieszczenia skłania do wyjścia i rozmowy na stojąco. Ludzie znajdują miejsce na gruzach wyburzonych domów, rosnących obok wstawionych plomb i prowizorycznych parkingów (parkuje się tam, gdzie nie ma zakazu, a jak jest – stoi się ile trzeba na awaryjnych, w milimetrowych odstępach).

    Stapiamy się z tłumem. Myśleliśmy, że z tubylcami, a niestety – z turystami. 

    Malaga

    Malaga

    fot. własne, Malaga

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

luty 2012
P W Ś C P S N
« stycznia    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  

Kategorie

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u