W przydworcowym barze można znaleźć wszystko. Najczęściej podwyższony standard usług gastronomicznych, ale i kolorowe fotele, wysokie okna i ludzi, niekoniecznie przyjezdnych albo oczekujących. Wpadają na herbatę, szarlotkę i czkają nie wiadomo na co.
Sobotnie styczniowe popołudnie niedługo każe zapalić lampy. W imbryczku herbata zaparzona z jednej torebki, cukier trzcinowy zapakowany do jednorazowej torebki i widok na sypiące zimowe niebo. Nudno, ale coś im każe siedzieć, przeglądać nerwowo komórki, gazety, siorbać z fusów resztki kawy. Nie mają dziś swojego miejsca, obce kąty są przyjaźniejsze niż znane, a obcy bezpieczniejsi. Tu nikt do nikogo nie podchodzi, nie zaczepia, nie wygania. Każdy kontempluje czas, jakby czekał na pociąg, który zabierze go w krainę wewnętrznego ciepła.
Niekiedy rozlega się dzwonek i szczęśliwiec wychodzi umówiony do kina. Albo bierze się za lekturę, niewymagającą, szybką, dającą zamknąć się, by wiecej do niej nie wracać.
Przez czyjeś ramię zaczynam czytać fragmenty „Porzuconych sutann”. Temat eksów zawsze wzbudza kontrowersje i zaciekawienie, a opuszczenie stanu duchownego kojarzone jest z niemożnością wytrwania w celibacie. A książka odbiegała od standardowych opinii. Jest prawdziwa i brutalna, jeszcze dziwniejsza niż złamanie ślubów czystości. Niekiedy seminarium opisywane, jako jawny terror a niepodporządkowanie karane wyrzuceniem z braku powołania, przypomina falę w wojsku. Przyszli księża wykruszają się nie ze względna na brak chęci do nauki, ale z powodu ciągłej krytyki i braku oparcia wśród przełożonych. Co pojętniejsi już w seminarium zachłystują się materializmem, którego kult będą uprawiać w przyszłości, w swoich parafiach. Ale są wśród nich idealiści, próbujący zmienić świat kościelnych kart. Żadne z opisanych w książce działań nie powiodły się. Głośne krzyki garstki młodych księży zamieniały się w późniejszy alkoholizm, wypady na panienki, urlopy w zakładach psychiatrycznych. System od wieków trzyma paru wysoko postawionych urzędników, których każda zmiana oznacza spadniecie ze stołka. Z systemem nie wygra się fair, nastawiony jest na łamanie samotnością młodych księży i stopniowym, praktycznym wdrażaniem w niepisane prawo. Niewiele przypominającego założenia wiary.
Nie dziwi, że w niewielu księżach możnych dopatrzeć się człowieka z początków nauki w seminarium. Nie dziwi mnie łamanie celibatu, bo niejednokrotnie jedynie od kobiety słyszą dobre słowo, objaw ludzkich uczuć, chęć wysłuchania i wsparcia. To księży wciąga, porywa i nim się obejrzą tworzą już własny, bezpieczny mały rodzinny system, którym można kierować. Idą na łatwiznę? Są tylko ludźmi szukającymi wewnętrznego ciepła i spokoju.
W przydworcowym barze wszystko jest fragmentaryczne i szybko zapominane. Tu tylko na moment krzyżują się pociągi, z których niewiele się pamięta. Ciekawe, co zagrają za tydzień.
Otaczam się nimi od zawsze, już niedługo będę miała ich, na co dzień. Potocznie nazywamy ich, my normalni – wariatami. Trochę niedomagają fizycznie, ale najczęściej siada im psycha. Normalni śmieją się z nich, ale pod pozornym ignorowaniem i ośmieszeniem kryje się strach. Strach przed nietypowym zachowaniem, nadmiernymi ruchami rąk albo piskliwym tonem głosu. Kiedy uda im się wejść na chwilę do naszego, znormalizowanego świata, do sklepu czy parku, obrzucani spojrzeniem i obawą w głosie krzyczącego (tu są małe dzieci!), wariaci wycofują się do swojego wewnętrznego, bezpiecznego świata. My, normalni, wolimy karmić swoje dzieci przekleństwami z TV i mieć święty spokój albo wymuskanymi postaciami z bilbordów, wierząc, że ich idealizm nauczy następne pokolenie piękniej i zdrowiej żyć.
Taką przykładową, prozaiczną scenkę z naszego podwórka pokazuje film „Enen”. Pewien mężczyzna podpatrzywszy lokatora swojego sąsiada, który to lokator ciut odbiega od przyjętych norm zachowania, wkracza z psem na posesje sąsiada, domagając się w imieniu „okolicy” usunięcia tego „wypierdka ludzkiego”. Sąsiad wie, że lokator nie jest niebezpieczny, co gorsza, to „normalni” zrobili z niego warzywo dla Domów Opieki Społecznej. Ale też wie, że jeśli wda się w dyskusje i tłumaczenia, w tej chwili zostanie poszczuty psem, a jutro w parku skopany do nieprzytomności. Może uszkodzą mu czaszkę i podziali los lokatora? Niebezpiecznych wariatów zamyka się w psychiatryku, a tych dających sobie radę, próbuje przywrócić się społeczeństwu. Nam. Po co? Pierwsze, co nasuwa się to pieniądze, które łożone z naszych normalnych kieszeni trafią w łapy opieki nad nimi. I tu roi się od precedensów, nie chcemy płacić ani mieć ich koło siebie, na podwórku, w sklepie. Wiec może do gazu?
Jak niewielka linia dzieli wariatów od normalności. Chciałoby się zapytać czym jest normalność. Czy jest taka płaszczyzna i czy dla każdego spełnia te same normy? Im dłużej się zastanawiam, tym dochodzę do jaśniejszego wniosku, że nasza codzienne pogoń niewiele odbiega od domu wariatów. Umiemy usprawiedliwić chamskiego szefa, który traktuje nas jak insekta i rzuca marny ochłap poniżej kwalifikacji. Ale jest praca, dzieci mają co jeść! Tolerować codzienne burdy za ścianą, bo co powiedzą sąsiedzi, tak nie wypada. Traktujemy się jak insekty w walce o lepsze, polityczne stołki. Czy nie lepiej byłoby bez pospiechu patrzeć na bezpieczny świat, w którym ktoś poda obiad, włączy telewizor… Niestety, nie ma tak dobrze, tylko niewielu może liczyć na ten komfort. Oprócz wariatów, zdarza się to pracoholikom, mało odpornym psychicznie albo szukającym azylu kanciarzom. W naszym normalnym świecie nie mówi się o szaleństwie. W większości przypadków jest ono przyjętą normą i ma słały porządek dnia. Gdybyśmy chcieli przesunąć nieznacznie ową normę, okazałoby się, że jest za mało psychatryków, za dużo” normalnych” nie spełniających norm normalności. Nie trudno stać się z tych „ich” nimi samymi. A zresztą… kto by nas pielęgnował i pilnował?
Telefon. Podekscytowany głos mamy pyta o telefon do pizzerii.
Wyrzuciłam wszystkie ulotki po remoncie, ale jest internet. Wklepuję w wyszukiwarkę odpowiednie słowa. Oddzwaniam. W słuchawce radosny śmiech mamy, pośpiech w głosie – „szybko, jesteśmy głodni”. Kto jest u ciebie, co się stało? – pytam. Mama nie odpowiada mówi o jakiejś imprezie i o tajemniczym Nim. Co tam się dzieje – nie odpowiada, ale obiecuje jutro oddzwonić. Jestem szczęśliwa – rzuca zamiast „cześć”. Mama ledwo chodzi, problemy przycisnęły ją do ziemi, a tu …
Cichy zgrzyt pamięci. W święta miałam być z jego synem świadkiem na ich ślubie. Ale plany rozsypały się jeszcze przed listopadem. Jak u nastolatków – pomyślałam. Mama nikła – zamilkła, skuliła się z samotności. Jedna z chorób, jakie nawiedziły ją po śmierci taty, zabierała jej siły fizyczne. Kto wie, może zostanie jej tylko widok z pierwszego piętra na ruchliwą ulicę?
To wariat, mówiła babka, ciotka, wuj. Nie powiedziałam tego głośno, kiedy prędkość starej niemieckiej taksówki kładła mnie na siedzenia pasażera. Kiedy weszliśmy głęboko w las po konwalie, mama została na głównej ścieżce, i zostawił mnie. Kiedy dzwonił do niej, umawiał się i nie przychodził. I kiedy potrafił z minuty na minutę zmieniać plany, zapakować mamę i pojechać do Polańczyka, na lody do Kazimierza, na spacer do Kozłówki. Kiedy ohydnie żartował z jej pijanych gości. Kiedy nie liczył się z jej zdaniem, nie szanował i okłamywał. Kiedy wreszcie odszedł do pobłażliwej, ale i zaborczej kobiety.
Na początku chciała zapomnieć, potem żałowała. Tak to jest, niektóre kobiety unoszą się honorem, wykasowują numer telefonu z jego komórki i cierpią, licząc na zapomnienie albo… cud? A inne dzwonią w nocy z ogniem szyderstw albo biorą cegłówkę i wybijają szybę.
Co ty w nim widzisz, on żadnej książki w życiu nie przeczytał, nie rozwiązał żadnej krzyżówki. Nic nie ogląda. Dzieli was przepaść kulturowa. O czym będziesz z nim rozmawiała? A jednak istnieje miedzy nimi niewidzialna nić porozumienia. Trudno ocenić, na jakim poziomie. Rwanie do przodu? Przekonanie, że pomimo zawikłanej przeszłości umieją stworzyć wspólnie coś dobrego. A może odepchniecie samotności, wyłuskanie jeszcze młodzieńczych uczuć?
Jutro zadzwonię.
Czasem myślę, że niewiele zmieniamy się od czasu odebrania dowodu osobistego. Przybywają doświadczenia, budzi się rozum, ale kim on jest w porównaniu z sercem i samotnością?
Gdzieś pomiędzy Rzeszowem a Lublinem.
Są takie przełomowe momenty w życiu każdego człowieka, w których świat nagle się zmienia. Obiektywnie nie zmieniło się nic – ten sam dom, autobus na przystanku, koleżanki w pracy, podobne narzekania i obowiązki. Ale w środku nastąpił zgrzyt, niewidzialny, kiedy myśli i słowa wypowiadane z wiarą w ich urzeczywistnienie nabierają siły. Nie dzieje się tak do razu, w sumie nie wiadomo kiedy i kto go zapoczątkował. Miesiąc po miesiącu, rok po roku.
Przypadków jest tyle, ilu ludzi. Np. facet zaczepiony o ogień na dworcu zaczyna opowiadać o problemach ze zdrowiem. Niedługo przestanie chodzić, nie może liczyć na żadną pomoc. A ja tłumię w sobie odruch współczucia, ręce mam zdrowe, wiec o co mi chodzi? Może czerpię siłę z wiedzy, że może być gorzej? Sąsiadka od paru lat prowadzi dobrze prosperującą firmę, dlaczego nie mogę tego robić i ja?
W głowie zapala się światełko, a podsycane nie zgaśnie. Nagle świat zapełnia się przychylnymi ludźmi, miłymi paniami w urzędach, przyjacielskim pracodawcą, nawet dzieci przestają chorować. Normalnie powiedziałbym STOP – coś tu nie gra, zaraz nastąpi katastrofa. Ale nic z tego, świat nadal się uśmiecha. Zaczynam się niepokoić – jest za dobrze, nie chcę spaść z tak wysoka. A skąd ta skłonność do negatywizmu? Z dawien dawna uczyli nas, że to, co w górze w końcu spadnie na dół. To dopiero głupota, bo w życiu dwa i dwa to nie cztery, kobieta wcale nie musi mieć dzieci, a mężczyzna nie musi być zawsze twardy. Czy świat tworzy nas, czy my świat? Trwając moim małym świecie nie wierzę – cud jakiś, czy pomyłka?
Dziś wiem na tyle dużo, by patrząc na znajomych widzieć co im dolega. Od zawsze niosą jakiś krzyż, a wcale nie muszą.
Najgorszymi naszymi wrogami jesteśmy my sami. Będziemy walczyć do upadłego o przeszłość i stałość, by nie musieć nic zmieniać. Rzucone kiedyś przez kogoś gumowce nic nie pomogą stojącemu w gnoju, on brudzi i wciąga.
Kiedyś wyszłam za mąż, kiedyś miałam dzieci i kiedyś dostałam jeden z najdziwniejszych prezentów. Kiedyś, bo to ostatnie było niespełnionym marzeniem. Nie moim. Kartką, którą wyjęłam z zardzewiałej skrzynki na listy. Czarno-białą fotografią jakiegoś pokoju. Obietnicą.
Ładny pokój – pomyślałam.
Był podniszczony. Mała szafa, toaletka, która służyła również za stolik nocny, na niej lampka i ściany z odrapaną tapetą. Wielka miska i dzbanek na wodę wskazywały, że nie było nawet bieżącej wody. Do pokoju wkradał się wiatr, nadymając lekko długą firanę, a słońce zachęcało do wyjrzenia na… Mulin Rouge? Już czułam zapach przegniłego papieru, starych szmat, kurzu, ale rozdźwięk z całością stanowiło łóżko. Gdyby nie ono, reszta byłaby tylko kurewską norą.
Nie rzucało się w oczy, ale było jak tron, na tle żółtawych, zalanych ścian i surowych desek podłogi. Z okuć odleciał prawie cały chrom, rażąc zimnym metalem i rdzą. Dopiero po dłuższym przyjrzeniu nabrałam przekonania, że wnętrze łóżka jest ciepłe. Alchemiczna biel pościeli i gładkość wykrochmalonych prześcieradeł spowita była kolorową kapą. Wywiniętą i zapraszającą.
Zaproszenie do środka było tak sugestywne, że niemal czułam dotyk wiatru i słońca na skórze i kogoś jeszcze. Kogoś, kto kiedyś mnie tam zaprowadzi.
Spod fotografii wypadła niezgrabnie przyklejona kartka.
Widzimy się codziennie, mamy do siebie wgląd.
Czasem ubieram je na szaro, żeby ich nie zidentyfikowano. Niekiedy chodzą w purpurze żądając nierządu, za chwilę w błękicie chłodno patrząc nawzajem na siebie. Pan w czarnym kapeluszu jest nieugięty, pan w pomarańczowym pomysłowy. Myśli – szaleją, gdy jesteś przy mnie. Na paluszkach badam kolor Twoich myśli, liczę na pomyślne wiatry pastelowych kolorów. Wierzchem otwartej dłoni głaszczę Cię po policzku, gdy siedzisz zadumana, a kiedy chcesz mnie zagadać kładę kciuk na Twoich wargach, abyś nie myślała, a czuła. Obejmuję Cię, zawsze odwracasz w żart moje zbytnie mruganie powiek, niepewnie zdejmuję ubranie. Ty nie protestujesz, nie wiesz, co kryje się w głowie siedzącego naprzeciw pajaca, nie możesz poczuć mokrych dotknięć języka na Twoich stopach, rąk ogrzewających nagie, zziębnięte uda. Kulisz się w ciele dziewczynki, ściągającej nieporadnie przykłady z pożądania. Jesteś mistrzynią odwracania uwagi od rzeczy, z którymi nie umiesz sobie poradzić albo ze strachu. Boimy się oboje. Ja pieszczoty Twojego ciała, Ty nienazwanych pragnień. Nie znasz ich jeszcze, ale obudzą się i połkną innego mężczyznę. Nie mnie, ja mam zbyt duże obawy, by dotknąć Twoich myśli zapisanych rumieńcem na policzku. Stoimy na konkretach i żadne nie chce kochać. Tak jawnie.
-Maj 1994
Ilu ich było? Kochali, a ja nie zdawałam sobie z tego sprawy.
Na moim dywanie kupka
Igieł z drzewka
Bożonarodzeniowego
Odświętnie przystojnego
Kiedyś zielona
Dziś niepotrzebna
Łysa kona
Prawdziwe poszukiwanie może się rozpocząć dopiero gdy przestaniemy oddzielać umysł od emocji.
- Jiddu Krishnamurti
Kiedy nadchodzi nowe na przekór, kierowana przeszłością, nie staram się robić planów. Wejście w nowy czas, rok, miesiąc nie jest motywacją do podjęcia trudów nowych zamiarów i ich realizacji. Czasem tracę zapał do działania i walki, a tak naprawdę nie trzeba wiele. Wystarczy drugi człowiek, który przytaknie z autentyczną wiarą – jest, o co walczyć, zwłaszcza jeśli w grę wchodzą marzenia…
Patrzę na współczesne bajki i zastanawiam się, czego one mogą nauczyć. Krwawych pojedynków na śmierć i życie w imię dobra i zła? Przebieranek w nowe fatałaszki i pokazywanie, jaka to maska zrobi z dziecka ikonę popkultury? Może rzeczywiście ciut idealizuję, bo dziś trzeba umieć włożyć łokieć i zamerdać w odpowiednim miejscu. Dziecko obśmiewa niedołężnych dziadków, grube psy, ekscytuje się pomysłami małych geniuszy i chce być silnym jak wielcy wojownicy fruwający pod samo niebo. Gdzie tu realizm?
Dawno temu napisano, a potem parokrotnie zekranizowano, pierwszą z bajek, która jest źródłem ludzkich motywacji. Czarnoksiężnika z Krainy Oz oglądałam w wersji animowanej; ten pierwszy, z 1939 roku, tylko we fragmentach. Dziecięca wyobraźnia i wiedza nie jest na tyle rozwinięta, by ogarnąć symbolikę bajki. Do tego potrzebny jest cierpliwy dorosły. A kto dziś ogląda, chociażby króciutkie, bajki z dzieckiem? Wiele z nich interpretowanych jest na nowo dawno po ich narodzinach. Dziecko skojarzy, że Dorota, chcąc wrócić do domu, tak naprawdę szuka bezpieczeństwa i ciepła, siedziby serca. Podążając do Oz, gdzie jej oczekiwania i pragnienia mogą się spełnić Czarnoksiężnik, zabiera ze sobą przyjaciół, z których każdy coś zgubił. Lew zapodział odwagę, Strach szuka inteligencji, a Blaszany Człowiek emocji. Dla dziecka staje się jasne, że szukane przez bohaterów atrybuty są przez nich posiadane; czy nie wykazali tych cech w trudnej podróży do Krainy Oz, którymi kierowały głównie wyobrażenia, oczekiwania, że dostaną, co chcą? Dorota cały czas miała na nogach buciki, które zaniosły ją do domu, jej przyjaciele doskonalili się w drodze. A może efekt wygranej nie wystąpiłby, gdyby nie postrzegali, trudnej, wspólnej drogi, jako wyniku własnych działań?
Czarnoksiężnik z Krainy Oz ma tylko jeden feler – jest to długa, zakręcona bajka.
Bio
Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.
Najświeższe komentarze
- magenta on Punkt
- magenta on Punkt
- Kadarka on Długa odpowiedź
- zezyrok on Długa odpowiedź
- zezyrok on Długa odpowiedź
Podglądam
- Alternatywna sfora
- Analfabeta
- Anaste
- Ate
- Ćwiczenie pamięci
- Garść drobnych
- Góralska prawda
- Jakub Sosnowski – teksty i fotografie
- Jokker & Co.
- Lelevina
- Magenta
- Nieboskłon
- Pamiętnik Pauli
- Sadoq odnaleziony
- Ślepa Temida
- Smutne Oczy
- Świat w miniaturze
- Tamirian
- Uroczyska i znaleziska
- Zakrętka
- Zamyślenie
- Życiem po łapkach








