Buty na drzewie

Wczoraj przejeżdżałam obok powyższego drzewa, które zaowocowało butami. Do dziś nie wydało prawie wcale liści. Właściwie drzewo z roku na rok wydaje coraz mniej liści, jakby buty były dla nich konkurencją. Odstraszają odorem? Niektóre są zniszczone, ale większość nowych i firmowych dziwi porzuceniem przez właściciela. Teorii butów na drzewie jest wiele. Tu, w sercu skatepark’u, oznacza dokonanie jakiejś akrobacji, przejście do następnego etapu. Żołnierze mieli też swoje drzewa, które po zakończonej definitywnie służbie ozdabiali zniszczonym obuwiem. A i nowożeńcy wbrew naturze zawieszali obuwie na gałęziach. Kiedyś, nad jeziorem dzieciaki robiły sobie kawały, zarzucając obuwie kolegom wysoko w górę – kto wyżej rzuci. I był ubaw, bo kto będzie wspinał się na czubek drzewa? Nawet jeśli miałby wracać boso, daleko, daleko do domu?

Buty na gałęziach, buty na nogach, na wystawach, śmietniku, w szafie – czy to nie wszystko jedno?

Grzebiąc palcem w bucie

Dziś mam wolne, dziś i tylko dziś. Miał być długi weekend, cztery dni, ale został okrojony tylko do czwartku. Wyspać się nie umiem. Wstałam rano i szukam punktu zaczepienia, bez codziennej pogodni zgubiłam rytm. Pogrzebię sobie palcami w kapciu – myślę. I myślę, że to za mało, dodam do tego oglądanie, może coś napiszę. Coś to sztuka, bo wylewają się ze mnie jedynie żale i pogoń za realizację zaczętych spraw. Nie lubię smęcić, a pisząc o sobie zaczynam tak robić. Kiedyś moim marzeniem było żyć w pędzie – praca-dom-uczelnia-kursy-przyjemności… brak czasu na myślenie, bo nawet noc nie dawałaby tyle ciemności by skryć tok postępowania. Potem spełniły się marzenia, konkretnie i zadaniowo, co konsekwentnie realizuję. I dochodzę do smutnego wniosku, że tak też być nie może. Do życia potrzebna jest równowaga. Szczęście łapać w zbyt długie myśli i słowa ludzi, którzy tak naprawdę nic dla mnie nie znaczą? Tak działa net, podziemie, jak je nazywam. Albo wczytywać się w książki, szukając odpowiedzi na gryzące pytania. To tylko maleńka cześć życia, zarys teorii, który trzeba wcielić w żywot. Nie chcę wracać do podziemi, z przeszłości zostanie jedynie pisanie i część emocji. Nie chcę nawet pamiętać o szczegółach wielu internetowych wybryków i rozmów, choć mnóstwo mnie nauczyły.

Niedawno chciałam opowiedzieć komuś o pozarealnym życiu. Urwałam na początku, bo ktoś był osobą poważną, a moja opowieść wydawała się śmieszna. Z psychologicznego punktu widzenia net jest udokumentowaną kopalnią wiedzy o nas samych, a jednak opowiadając o nim nie byłam wstanie pozbyć się podsumowań i gdybań. Moja opowieść nie mogła trwać, bo wielu zachowań nie rozumiem po dziś dzień, a że lubię mieć pewną całość, zakończyłam: trzeba doświadczyć, poczuć w głowie, by rozumieć. Niewykluczone, że kiedyś zbiorę materiał i opowiem mu o dziecku drzemiącym we mnie, które budzi się w necie i realizuje marzenia. Małą cząstkę marzeń, bo większa część to oczy, w których można się przejrzeć, usta, które zadają ciekawe pytania i nie stronią od odpowiedzi i ciało, bez którego większa część wypowiedzi i zachowania nie byłaby zrozumiała.

Z nadmiaru czasu wolnego zapomniałam, że czeka mnie egzamin z historii sztuki. Zamierzam zdać go w weekend, wiec czas zabrać się do roboty. Internet, to bardzo dobre narzędzie, kiedy nie ma się stałego dostępu do książek i artykułów, a ma się do wykreowania nie wiadomo co. Pracę twórczą – mogę zaśpiewać, zatańczyć, wygłosić referat, przebrać się i udawać mima, zrobić prezentację i z siebie głupa. Mogę wszystko poza przedstawieniem obrazów i biografii autora.

Jerzy Tchórzewski

Krew i woda

Nie zdążyłam nic napisać ani wkleić tej fotki, a bzy i kasztany przekwitły. W obliczu katastrof, które nawiedziły nasz kraj, czym jest ów kwitnący kasztan? W tym roku na pewno będzie kojarzył się z ukwieconymi roślinami w nurcie wezbranych rzek albo z ludźmi na dachach swoich domów, mający te piękne kwiaty na wyciągnięcie ręki.

Kasztanowiec podczas kwitnienia ma w sobie jakąś mistyczną moc. Niby biały, a jeśli się mu przyjrzeć zawiera w sobie róż, żółć i brąz. I żadna matura nie wypadnie dobrze bez jego kwitnienia. Nie wyobrażam sobie, by kiedykolwiek nasze władze miały przenieść egzamin dojrzałości na inny termin.

Dojrzałości nie da się przenieść na inny termin, nie uda się uniknąć pełnej odpowiedzialności za własne czyny. Ona zaczyna się już wcześniej od ciekawości świata, nieśmiałych doświadczeń i buntu w przeforsowaniu własnego zdania. Intensywnie poszukiwania własnej tożsamości nie skończą się nigdy, choć w czasie matur wybuchają z wielką siłą. Jakby czas kwitnienia, zapach i piękno barw miały nam zrekompensować późniejsze lata. Lata zbierania owoców odpowiedzialności i uginania karku. Zderzenie z rzeczywistością jest bardzo trudne, kiedy przychodzi zbyt wcześnie. Jeśli na naszej drodze pojawi się woda z pozornie niegroźnej rzeczki zabiera wszystko – dorobek całego dzieciństwa, młodości: pożyczone zeszyty, nieprzeczytane książki, lampkę, łóżko. Dziecinnie łatwo złamać bunt samotnego nastolatka trzęsącego się na balkonie, przemoczonego do ostatniej suchej nitki. Może nie udało mu się jeszcze odebrać świadectwa dojrzałości, a może nawet do niego nie podchodził, nie jest to ważne. Istotą jest jak wykorzysta dany mu czas, nie czego nauczyły go książki, ale plac zabaw i ludzie. Z liter niewiele dowie się o świecie, będzie teoretyzował i zdębieje przy pierwszym rzecznym wirze. Im więcej karuzel i niepogód zaliczy, tym większa szansa na suchszą drogę w przyszłości. Szkoda, że nie ma ubezpieczeń od smarkatych poczynań, które gwarantowałyby cofnięcie czasu i zrobienie korekty. Albo chociażby odsunięcie o parę lat zawirowań cichych rzek.

Czasem zwijam się do pozycji embrionalnej i wspomina dawne lata, kiedy tak spieszno mi było odebrać świstek papieru z napisem: dowód osobisty…

Zamęt

fot. własna

Już maj. Wszystko kwitnie, ale w tym roku daleko ode mnie…

Nie było mnie tu tak długo. Nie pisałam i nie brakowało mi literek Zanim zdążyłam się obejrzeć odszedł dzień, potem tydzień. I w nawale prozaicznych rzeczy, prawdę mówiąc – pod kupą konkretów – zabrakło miejsca na mnie.
Żyję, a wieczorem nie jestem w stanie przeczytać pół strony z książki. Ranek budzi mnie przeraźliwym wrzaskiem wróbli, nie mogę rzucić nawet poduszką, bo ten naturalny budzik określa czas pobudki. Rusza machina wysiłku, móżdżenia i nerwów. A tak lubię ciszę i spokój. Ale pęd do życia jest silniejszy, we wrzasku i zagłuszaniu. Nie będę ich przekrzykiwać, choć niektórzy nie znają umiaru w słowotoku, często bezsensownym. Nie lepiej powiedzieć raz, a dosadnie? Myślę, że kobieta chowa się za słowami, dlatego że nie chce słyszeć wewnętrznych myśli. Jeśli się zmęczy, zabraknie jej sil na wieczorną rozmowę sama ze sobą. W niej tylko słowa będą miały sens, a zmęczenie i zamęt ześlą kamienny sen.

Czy nadmiar słów wynika ze strachu, że się ktoś wtrąci, przekrzyczy, bardziej wymądrzy, nawet jeśli słowa te, nic wielkiego nie wnoszą? Czy wynikają z osobowości, zakreślenia, jak pies, swojego terytorium?
Nie piszę o sobie, są to głównie moje obserwacje świata. Sprawy, których nie mam czasu i możliwości dociekać. Uwielbiam siadywać gdzieś z boku i przyglądać się ludziom, a potem szukać odpowiedzi. Gdzie… w sobie ich nie znajdę, nie mam np. potrzeby ciągłej rozmowy z ludźmi. A jeśli znajdę odpowiedzi nie mam czasu i formy, by je opisać.

Siedzę do późna, w dzień nie znajduję miejsca na robienie rzeczy kiedyś ważnych. To późno, nierzadko zaczyna się, kiedy zapalą się pierwsze lampy uliczne, a ważność rzeczy czernieje pod powiekami.

Katafalk

Niedawno nawiedziła mnie lawa ludzkich smutków i tragedii. Nas wszystkich. Ta lawa, kiedy się wyleje, a ogień rozgrzeje najbardziej zatwardziałe serca, potrafi porwać ze sobą osoby, które nie czują się, czy to patriotami, czy też stały w pierwszym rzędzie do podłożenia świni ofiarom katastrofy. Kajają się, próbują zrzucić winę na innych (najczęściej) i odwracają uwagę. Za życia ofiary katastrofy były przedstawiane jako rządne władzy, pieniędzy, kłótliwi egoiści, teraz naświetla się ich zapomniane zasługi, wspaniałą maniery i osobowość, niesamowitą wiedzę.

Nie, to nie dwulicowość, to zgubienie się wśród emocji i krzyczących głośniej.

Z racji wykonywanego zawodu, czy obejmowania publicznej funkcji człowiek musi założyć niejedną maskę. Chociażby po to, by chronić swoją prywatność. Nie można być jednolitym, nie można uniknąć krytyki, a cisza odczytywana jest dwuznacznie. Człowiek jest omylny, zawsze będzie oceniany. Historia sama rozprawi się z przeszłością, a teraźniejszy katafalk jedynie spowalnia ten proces.

Jestem lekko zdezorientowana, bo nie mam potrzeby krzyku, nie chcę cały dzień oglądać transmisji, a przełączając między kanałami zauważać znaczące niuanse polityczne telewizji. Nie mam potrzeby wypowiadania się na temat pochówku głowy państwa albo być zorientowaną, co ktoś znaczący opowiedział na temat dzieciństwa tego i owego pana. Nie mam potrzeby zakładać czerni, bo od dawna mam inne przekonania na temat żałoby. A jednak przebywając z ludźmi, w sklepie, w pracy, czuję dziwne spojrzenia na moją kolorową bluzkę. Milczenie na temat refleksji przyjmowane jest dziwnymi minami, prośba o wyłączenie radia w czasie jazdy samochodem, kiedy relacjonują lądowanie samolotu z Rosji, zbyte. Za pierwszym razem.
W chaosie wydarzeń mogę mieć tylko swoje zdanie, którym podzielę się z należnymi i tolerancyjnymi osobami. Nauczona doświadczeniem zajadłości polityczno-religijno-prywatnych dyskusji, daję sobie szansę na względnie zdrowe zdrowie psychiczne.

Szuka?

fot. własna


Po kawałku zabiera mnie życie

Wciąga ustami

Liże językiem

Delikatnie – organoleptycznie

W korowodzie kolorów

W strachu i egoizmie

Oddalam się w nieznane

Na przekór słowom

Na szczęście pragnieniom

Szuka mnie życie

Kategoria: Pętla  13 Komentarzy
Lili

fot. Candas2


Skręciłam tuż za wiaduktem, w ulicę wielkich sklepów. Przygnębiała mnie ta cześć miasta, była taka… pusta?

Wielkie galerie sklepowe przeznaczone na jedną firmę. Pomieszczenia na buty w identycznym kolorze. Sale balowe z jedną sztuką odzieży. Pustynia wśród mrowia ludzi, mających do wyboru jeden kolor-produkt na 100m kwadratowych.

Co króluje w tym sezonie? Fiolet? Amarant? Przepraszam – fuksja i róż!

Smutna panna Manekina wyciągała do mnie dłoń w koronkowo-różanej rękawiczce. Dzieliła nas przepaść szczęścia w bogactwie i przeciętności. Dzieliła nas szyba, ale zawsze ktoś może ją wybić i dotknąć drogich warstw odzieży, od których zawału dostaje niejedna kieszeń. Manekina, w po mistrzowsku udrapowanej sukni i ufryzowanymi na wieki włosami, krzyczała niemo: wejdź i wybaw mnie od śmierci głodowej.

- Manekiny nie stoją tu dłużej niż jeden sezon. Ich paznokcie i makijaż bledną w słońcu, ręce obtłuczone kilkunastoma przebierankami i wypadające z braku wiatru włosy wyglądają niezbyt zachęcająco – powiedziała mała dziewczynka przyglądając się wystawie.
Przed chwilą wyszła z wielkich lustrzanych drzwi sklepu. Wyglądała jakby od stóp do głów była jego własnością. Doskonale skrojony różowy kostium, ażurowe rękawiczki i francuskie loki nie pozostawały złudzeń. Oczy… przypominały szklane błękitne kule z ziarnkiem pośrodku.

- Kim jesteś? – zapytałam, a jej oczy zmieniły się w zwykle, dziecięce.
Dotknęła szyby, jakby chciała wyciągnąć pannę Manekinę z wystawy.

- Zapomnianym człowiekiem w monochromatycznym kolorze. Lila już nie wyjdzie poza barwę tego sezonu – zmieniła temat. – Zostanie na zawsze po tamtej stronie.
Dziewczynka płakała prawdziwymi łzami.

- To tylko kukła. Chodź, zaprowadzę cię do domu.
Wyrwała się, kiedy próbowałam ją wziąć za rękę.

- Nic nie rozumiesz, nie rozumiesz naszego świata! Świata dla wybrańców! Ale opowiem ci, bo nigdy do niego należeć nie będziesz – obrzuciła pogardliwym spojrzeniem mój stary płaszcz.

- Nigdy nie poczujesz, jaki splendor i aplauz spada na mnie po wygłoszeniu przemowy otwierającej pokaz. Rozwiera się aksamitna kurtyna, na środku stoję ja w blasku fleszy albo lamp oślepiających zachwycone twarze najznakomitszych gości. To nic, że cale ciało drętwieje w niewygodnej pozycji. Nie pamięta się wówczas wielogodzinnych dni ćwiczeń, cierpliwych przygotowań, znoszenie ze spokojem smrodu palonych włosów i ran po uczulających mazidłach. Tą chwilą warto żyć, dla zdjęć, telewizji i delikatnych dotknięć na sukni. Nie można mnie dotykać, a jednak to robią z niedowierzaniem – „ta lalka wygląda jak żywa”. Moment ten należy do najprzyjemniejszych, bo dalszą część mogę sobie dopowiedzieć w marzeniach. Fantazjuję przez cały pokaz, nie mogąc się poruszyć w swoim miękkim, ale skamieniałym ciele, nie mogę kichnąć, czy się podrapać. Zachwyt zwiedzających nasze galerie gwarantuje zabawę w „ja cię widzę, ty mnie widzisz, ale nie wiesz, że ja myślę i czuję”.

Zdawało mi się, że Lila skinęła głową. Przyłożyłam dłoń do szyby, tuż koło dłoni dziewczynki, naprzeciw manekina. Iluzja ciepła i prawdy wciąż trwała. Lili wyglądała, jak prawdziwa.

- Słyszysz?

- Co? Tylko szumią liście – nie chciałam, by uwierzyła, że dałam się nabrać.

Piękna twarz dziewczynki wykrzywiła się w grymasie bólu.

- Nie, ona płacze. Prosi bym powiedziała ci tę historię. Może tobie uwierzą?
Przez większość życia wyglądała pięknie. Był to jej obowiązek i przyjemność. Nie miała nic swojego, bliskiego, a to, czym pracowała, nie mogło trwać wiecznie. Urodziła dziewczynkę. Mała pokazała jej inny, wolny świat, bez sztuczności i skrępowania, w którym życie nie jest kontraktem na surowych warunkach. Obiecała jej, że nigdy nie będzie musiała uśmiechać się na klaśnięcie, trenować dygi i chody, głodzić ciało brokułami… Mała często była z nią w pracy i ubłagała matkę o sesję zdjęciową. Potem była następna i świetne wyniki, wyśmienite rokowania wypowiadane przez najlepszych, kontakt jeden, potem pokaz… Dopóki jest dobrze nie przewiduje się najgorszego. Piękno widzialne to cyrograf, ludzie wkrótce chcą coraz więcej i lepiej. Uroda przemija, kontrakty pozostają.

Nie rozumiałam, ale dostrzegłam sińce i drobne zmarszczki po oczami manekina. One mogą mieć zmarszczki? Przecież nie mrugają, nie działa na nie grawitacja, czy wolne rodniki!

- To jej ostatni kontrakt. Zastawiła siebie, by uratować dziecko. Nikt ci tego nie powie, ale tak kończą chore, samotne modelki. Na wystawach sklepowych. Nie mogą się ruszać, bo ich ciało znośnie pięknie wygląda tylko w jednej pozycji. Zapadnięte policzki i litera „o” między udami nigdy się nie wypełnią ciałem. Żyją marzeniami o świecie za szybą. Nie wiedziały, że tak skończy się ich kariera. Szybka, błyskotliwa i smutna.

Lili nie poruszyła się, nie wydała żadnego dźwięku, a ja poczułam się jakbym była treścią bajki, którą muszę przekazać dalej, by spłacić dług. Szczęście nie obdarzyło mnie niczym szczególnym.

- No mała, co ty tu jeszcze robisz, zmykaj! Jutro masz kolejną przymiarkę – facet w liberii podszedł do nas i ujął dziewczynkę pod ramię.

- My, lalki płaczemy tylko przed końcem… Mamo…!!!
Rozpaczliwy krzyk dziecka wciskanego do taksówki rozdarł ciszę ekskluzywnej, pustej ulicy.