• Wata słowna N, 17 maja 2009 Komentarzy: 12

    Pojechałbym gdzieś daleko, z dala od zgiełku i ciągłego biegu. Wyciągnęłabym się na leżaku, popalała sziszę, poszperała na pchlim targu, albo w ciepłym morzu… Darowałabym nawet natrętnym handlarzom tanich podróbek. Niech mają satysfakcję, że powiedzą kilka słów po polsku. Jeśli to ich jedyna szansa na koedukację? Zawsze reaguję na tego typu przypodobania uśmiechem, milczeniem lub stanowczym ‘dziękuję!’. Dobijanie targu mija się z celem, skoro handlarz zna tylko po mojemu parę zdań, a ja wiem, że nie zejdzie bliżej realnej ceny prezentowanego gniota. Bawi mnie jego upór, ale skoro wybrał taki zawód, niech pokaże na co go stać! Śmieję się z niego, ale nie szyderczo, może z bezsilności, że nie mogę mu wytłumaczyć, że ta rzecz nie jest mi potrzebna nawet, jako ozdoba ubikacji. Nie posiadam też komórki z gratami, którą mogłaby owa rzeczą zasilić. Śmieję się, bo mnie nie przekona, już dawno stałam się odporna na niezrozumiałe oszustwa. Inna sprawa, kiedy ktoś stara się zrozumiale argumentować, zdarza mi się nabierać i kupić, np. zepsuty zegarek. Kupię, jeśli coś mnie zainteresuje, ale, pewniej, jeśli sama wybiorę gadżet.

    Ale szczęśliwi czasu nie mierzą; ale co z nieszczęśliwymi? Mają dwa razy więcej nieszczęścia, przez czas i prywatne kłopoty? Pomimo kłopotów czas pokazuje niechybnie zbliżające się wakacje. Czas spełnienia marzeń i odkrywania obcych lądów. Dokąd tym razem? Kiedyś bawiłam się wirującym globusem. Zakręcałam raz, a gdy kula zatrzymywała się, palec wskazywał odkrywczy ląd. Uczyłam się o tym lądzie suchych faktów, geografii, wierząc, że kiedyś postawię nogę w tajdze, na Grenlandii, czy w lesie równikowym.

    Najwyższy czas (nie wiem czy nie za późno) rozpocząć poszukiwania szczęśliwych wakacji. Urlop tamtego roku udał się nadzwyczaj dobrze. Obyło się bez globusa, ba! nawet bez śledztwa biur podróży. Ostatnio jednak czytam opinie byłych urlopowiczów i włos zjeżył nie się na głowie. Trafiam na samych niezadowolonych i narzekających. Nadto prześladują mnie medialne informacje o parodniowych koczowaniach w salach odlotów, o awariach autokarów, gdzieś w wioskach bez cywilizacji. Nikt jednak głośnio nie mówi o bardziej banalnych a wstydliwych sprawach. Najbardziej boli brak szacunku do Polaków, na drugi ogień idzie – brak podstawowych zasad higieny i brud w pokojach. Brud przyrośnięty silikonem do fug prysznica albo waląca się kabina (muszle klozetowe były całe…). Z „niepolecanych” trafiło mnie pięścią ubogie jedzenie. Chyba każdy chce spróbować regionalnej kuchni, a jednostajne, czy „kontynentalne” śniadania, mijają się z celem. Monotonia, mimo, że wykupiono all inclusive. Sporo było różnych ostrzeżeń. Nie chce tego już czytać. Po takiej lekturze, wypróbowanym sposobem, chcę spakować plecak z namiotem i co się da unieść, i wybrać się stopem nad nasze zimne Morze. A tak marzył mi się gorący piasek na nieznanym lądzie.

    I kto twierdzi, że człowiek świadomy jest szczęśliwszy? O niektórych rzeczach z pewnością nie powinniśmy wiedzieć. Zapobiegliwość zostawiłabym opiece losu… Takie wakacyjne szaleństwo!

  • Wata słowna Pn, 11 maja 2009 Komentarzy: 8

    Maj rozkwita. Późnymi jabłoniami, bzem, kasztanami i konwaliami. Te ostatnie najbardziej przyjemnie drażnią moje oko i zmysł powonienia. Zapach nieomal duszący. Odstraszający? Na pewno nie okresowych zbieraczy w celach zarobkowych. Ile oni mogą zarobić? Niewiele. Przejeżdżając wczoraj przez kolejną, żółtą rzepakiem wieś, widziałam nieomal szpalery handlarzy konwaliami. Konwalie są w Polsce pod częściową ochroną, znaczy to, że zbór nabywanie i oferowanie jest procederem nielegalnym, podlegającym karze. Nie słyszałam żeby ktoś ponosił jakieś konsekwencje z tytuły zboru tego drobnego kwiecia. Tam, gdzie mieszkam ciężko ją znaleźć. Ale znalazłam i złowiłam aparatem. Niepozorna konwalia ma za sobą sporą historię. Wyczytałam, że jest znakiem Maryi i Chrystusa, wskazuje na zbawienie świata. Można je odnaleźć na obrazach Sądu Ostatecznego po stronie błogosławionych; jako kwiat poświecony Marii z Nazaretu. Konwalia symbolizuje młodość, pomyślność i szczęście, ale jest też atrybutem sztuki medycznej. Nie przez przypadek na jednym z portretów Mikołaj Kopernik trzyma kwiat w lewej dłoni (dlaczego w lewej? Może Kopernik był leworęczny albo on sam, autor obrazu, stworzył swoje lustrzane odbicie?). Ułożenie kwiatów konwalii przypomina drabinę. Drabinę do nieba?

    Jak w wierszu Zdzisława:

    biegałem po nie do lasu

    zroszone niosłem dla Ciebie

    dziś mimo upływu czasu dałbym,

    lecz jesteś w niebie z zadumą

    spoglądam na nie dzwoniące na leśnej polanie

    myślę, że dobrze zrobię Mamie kładąc na grobie

  • Wata słowna Śr, 22 kwietnia 2009 Komentarzy: 34

    Fot. Gnato

    fot. Gnato

    Nie jestem wkurzona ani zdenerwowana, nie wiem nawet jak to nazwać. Leciuchna irytacja? Dlaczego, skoro bez większego powodu? Ależ jest – mały, malutki, ale gryzący. Chodzi poniekąd o prawa autorskie. Przeglądałam niedawno blogowe archiwum i natknęłam się, obok notek, na 3 puste tuby (jakie szczęście, że okienko z obrazem z YouTube nie pokazuje i nie trzeszczy obrazem kontrolnym). Normalna sprawa, ktoś rzucił na serwer filmik, piosenkę, potem zrezygnował z konta, założył nowe, bądź filmik się dezaktualizował i zablokował dostęp. Takie są prawa autorskie w necie – twórca decyduje, kiedy i gdzie zamieści dzieło, jak i o czasie jego zdjęcia z wizji. Serwis YouTube jest tylko pośrednikiem w transakcji, zgodnie z regulaminem autor dzieła w żadnym razie nie musi sprostowywać, dlaczego wycofał film z obiegu. Wyobraźmy sobie jednak, że nasze notki opierają się na filmikach i muzyce z serwisów udostępniających obraz w postaci obiektów wizulano-grających. Albo umieścimy swoje fotki na popularnym serwerze zrzeszającym obrazy za free, żeby nie obciążać swojego, i nagle ów serwer upada. Dla mnie dobre zdjęcie jest dopełnieniem notki, drugą wersją moich słów, niejednokrotnie inną i ciekawą. Obraz nadaje sens słowu, jest jak zwiastun filmu, zachętą do obejrzenia. Oczywiście, pisząc recenzję można odwoływać się do własnych wyobrażeń, gry słów niepopartych obcym obrazem (niekiedy to własna wyobraźnia jest jedyną podnietą, ale to tak na marginesie), ale jeśli obraz jest instrukcją obsługi jakiegoś sprzętu, programu? Jeśli często i gęsto odwołujemy się do linku jednego udostępniającego, który nagle je wszystkie blokuje? Notka staje się bezużyteczna i śmieszna.

    Właściwie temat jest marginalny i każdy rozwiązuje go na swój sposób. Najczęściej zapominając o niekompletnych wpisach. Przecież żadnym sposobem nie można nikogo zmusić do przywrócenia treści. Ale ja lubię mieć porządek, wracać do starych myśli i muzyki im towarzyszącej. Kiedy widzę dziurę, niczym, widzialną, ozonową na niebie, próbuję zalepić czymkolwiek. Nie mogę sobie jednak przypomnieć, jaka była to muzyka, jaki obraz, bo litery pisane pół, rok temu słuch i wzrok lekko stępił. Szkoda.

    Istnieje parę rozwiązań, jeśli ktoś rzeczywiście trącił temat pustych okienek i obrazków. Jednym z nich jest zainstalowanie programu do odtwarzania audio i video, i nauka montowania filmików, fotografii, scalania wszystkiego z muzyką, itp., itd. Będziemy wówczas samowystarczalni w tym, gdzie, co i jak chcemy u siebie widzieć i słyszeć. Problem pojawia się, kiedy nie mamy możliwości zainstalowania odpowiedniej wtyczki, która pełniłaby rolę sieciowego odtwarzacza. Problem jednak niewielki, bo jako już nauczony autor – filmowiec, wysyłający swoje fotko-grajki na tubę (np.), nie będę musiała liczyć na kaprysy innego autora/nicka.

    Puste okna nie są wiec bezcelowe, zmuszają do konkretnych działań. A że internet daje nam szeroki wachlarz możliwości: co, gdzie i kiedy, czym mamy się interesować i na co zżymać, stał się bardzo celowym narzędziem naszego rozwoju.

    Zatem do roboty, żeby nauka nie poszła w las za autorskim fochem i pustymi tubami :) .

  • Wata słowna Pn, 20 kwietnia 2009 Komentarzy: 22

    Junglemist

    fot. Junglemist

    Znałam kiedyś kobietę, rozgadaną

    Ale nie uśmiechniętą

    Jej facet nigdy nie dawał jej kwiatów

    Wybierał praktyczniejsze prezenty

    Zegarek, robot kuchenny

    Odtwarzacz, telefon

    Potem laptop i samochód

    Na koniec pożegnał się:

    Nie stać mnie na nic więcej

    Ona dziś sprzedaje swoje uśmiechy

    I milczy do swych maków

  • Wata słowna Cz, 5 marca 2009 Komentarzy: 13

    Zapachniało słońcem, dawno niewidzianą zielenią i łagodnym wiatrem. Jak jesień, tak zima zbiera żniwo szybkich zmian temperatur. Dodać do tego szczyptę nadziei na dłuższy promień świata, kotłujące się endorfiny i zmiany planów melatoniny, u niejednego stężenie owo wywołuje chorobę. Taką zwykłą – katar, ból gardła, kaszel. Nie ma rady, musimy dać się pogłaskać wiośnie na powitanie. Powiedziałabym, że jest to coroczny rytuał wkradania się w łaski pięknej pory.

    Ciężko wytłumaczyć na przykład fakt, że zimą częściej marznące nosy zachorują na nieżyt. W wyniku nieudolnie krążącej krwi „leukocytowej” ciężej chronić śluzówkę nosa przed infekcjami. Nijak się to jednak ma do czasu odwilży. Pomimo cieplejszego klimatu (wiosennego), nosy ciekną kilkanaście razy częściej.

    Podobnie jest z teorią zimnolubnych wirusów. Są zimnolubne, owszem, ale poniżej honorowego poziomu nie schodzą. W czasie siarczystych mrozów nie puszczają swych pączków na pchli targ, siedzą w ukryciu, czekając na cieplejsze powiewy w okolicach 0° C. Doczekaliśmy się jednak czasów, kiedy zima jest jak wiosna, bardzo łaskawa. Oszczędza nam niskich temperatur i dziecięcego śmiechu przy lepieniu bałwanów. Niewiele jest dni, kiedy dmuchnie lodem, by zaszkodzić drogowcom, i by dać pracę odśnieżarkom. Zima jest łaskawa dla wirusów i bakterii. Także dla alergii. Kiedy ominie nas przeziębienie lub grypa, wąchając pierwsze kwiaty dopaść może, oprócz nagłego kataru, ucisk w krtani. Ze łzami w oczach poczujemy świst ciężko przeciskającego się powietrza i nagły, dławiący kaszel. Zaciśnięta krtań jest bardziej niebezpieczna niż wszelkie przesilenia pór roku.

    I potencjalny człowiek, w euforii zmian, chce wybiec, poczuć jak z drzew wypływają soki, jak ptaki zakładają gniazda, bo być może i jemu uda się tej wiosny, a tutaj nie dość ze zmęczenie, gorączka, katar, to na dodatek głos grzęźnie w gardle i nie da się wykrzyczeć radości do świata.

    W zamkniętej dziupli tkwi wśród podobnych „zestresowańców”, tudzież niedożywieńców, trwoniąc energię na walkę z niewidzialnym, a na zewnątrz ma wybór – może łapać wiatr i pyłki. Lepszy uścisk wewnątrz czy na zewnątrz?
    Wiosna nas wszystkich i tak uściśnie serdecznie. Piękna życzę!

  • Wata słowna Cz, 26 lutego 2009 Komentarzy: 13


    deviantart

    Wyhodowałam sobie lenia. Zabiera mi cały czas, który miałam na pisanie. Ba, nawet czytaniem się zajął! Podsuwa mi audiobooki, przy których można oglądać jedynie i aż, grafikę. Pomijam fakt, że lubię robić kilka rzeczy na raz, bardzo mi odpowiada ten rodzaj „czytania”. Po pierwsze – brak mi słońca, zieleni, tęsknię za wiosną. Obrazy uzupełniają lukę w szarym, śpiącym jeszcze świecie. Po drugie i najważniejsze, czytanie nie męczy oczu. Wpatrywanie godzinami w szaro-białe kartki, przy niekoniecznie odpowiednim świetle i pozycji (cóż drętwienie ręki, zmrok za oknem, jeśli literki ciekawe), potrafi odbić się dnia następnego. I po trzecie – niektórych pozycji nie ma w bibliotekach (ha, powinno być odwrotnie!) albo nigdy bym ich wzrokiem nie omiotła. A tu jak znalazł, jest dużo klasyki, zwłaszcza lektur szkolnych, np. opowiadania Hłaski. O ile dobrze pamiętam moja nauczycielka od języka polskiego nie zdążyła wcielić Marka Hłaski do kanonu i teraz mam jej za złe. Nadrabiam „Sowę, córkę piekarza”. Mam za złe i sobie, kiedyś niewiele czytałam, sentyment do tamtejszych literatów też gdzieś uleciał.

    Zanim przekonałam się do słuchowisk (niektóre audiobooki mają ciekawą oprawę dźwiękową, czym kratki papieru poszczycić się nie mogą), nie przeszło mi przez myśli, by słowo pisane było słuchanym. Trudno uzależnionym od zapachu farby drukarskiej, jeszcze posklejanych kilku setkom stron, od szelestów pogiętych w pośpiechu kartek, przerzucić się na słuchowiska. A jednak to wciąga. Lenistwo? Poniekąd. Może tęsknota za dzieciństwem? Jak to powiedział ongiś Mencjusz – „Człowiek naprawdę wielki nigdy nie traci swojego dziecięcego serca”. Żeby nie przesadzić z tym „wielkim”, bo jak wiadomo wielcy też popełniali mnóstwo pomyłek, jest w tym wiele prawdy. Z jakim sentymentem, nieśmiałym uśmiechem wspominamy czytane przez mamę książki? Czytywała mi najczęściej mama, często serię „poczytaj mi mamo”. Swoją drogą, dlaczego seria nie uwzględniała tatusiów? Pracowali podobnie jak matki, ale skoro byli zwolnieni z obowiązku zapoznawania dzieci ze światem liter, to ich praca poza domem była cięższa. Mój ojciec rzadko bywał w domu, podobnie jak teraz wiele rodzin rozdzielonych jest tysiącami kilometrów. Z konieczności walki o chleb. Niezaprzeczalne czasy zmieniły się od świetności (i monopolu) „poczytaj mi mamo”, jednak rynek czytających tatusiów nie wzrósł.

    Dziś znów czytała mi pani o dźwięcznym głosie, wczoraj pan, który, w zależności od akcji, doskonale modeluje swój tembr. Nie przypominają głosu mojej mamy, nie ma w nich ciepła, dawnych wyobrażeń, głównie chłód obcej barwy.

    Lenistwo jednego tylko nie uwzględniło – trudno słuchać książek, które już kiedyś czytałam. Szczególnie z cyklu „ulubione”. Szukam w głowie wzorów liter, numerów stron i obrazów pierwszych skojarzeń. Nie znajduję, jest zupełnie inny świat. Czytać a słuchać to zupełnie inne doznanie. Granica leży analogicznie – w czytaniu książki a oglądanieu filmu wyreżyserowanego na jej podstawie.

    Substytutem głosu mamy w audiobookach są oglądane kolorowe obrazy, często czarno-biała, wieloznaczna i osobliwa grafika. Na takie lenistwo trwale sobie pozwalam.

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

luty 2012
P W Ś C P S N
« stycznia    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  

Kategorie

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u