• Wata słowna Pt, 21 maja 2010 Komentarzy: 25

    Nie zdążyłam nic napisać ani wkleić tej fotki, a bzy i kasztany przekwitły. W obliczu katastrof, które nawiedziły nasz kraj, czym jest ów kwitnący kasztan? W tym roku na pewno będzie kojarzył się z ukwieconymi roślinami w nurcie wezbranych rzek albo z ludźmi na dachach swoich domów, mający te piękne kwiaty na wyciągnięcie ręki.

    Kasztanowiec podczas kwitnienia ma w sobie jakąś mistyczną moc. Niby biały, a jeśli się mu przyjrzeć zawiera w sobie róż, żółć i brąz. I żadna matura nie wypadnie dobrze bez jego kwitnienia. Nie wyobrażam sobie, by kiedykolwiek nasze władze miały przenieść egzamin dojrzałości na inny termin.

    Dojrzałości nie da się przenieść na inny termin, nie uda się uniknąć pełnej odpowiedzialności za własne czyny. Ona zaczyna się już wcześniej od ciekawości świata, nieśmiałych doświadczeń i buntu w przeforsowaniu własnego zdania. Intensywnie poszukiwania własnej tożsamości nie skończą się nigdy, choć w czasie matur wybuchają z wielką siłą. Jakby czas kwitnienia, zapach i piękno barw miały nam zrekompensować późniejsze lata. Lata zbierania owoców odpowiedzialności i uginania karku. Zderzenie z rzeczywistością jest bardzo trudne, kiedy przychodzi zbyt wcześnie. Jeśli na naszej drodze pojawi się woda z pozornie niegroźnej rzeczki zabiera wszystko – dorobek całego dzieciństwa, młodości: pożyczone zeszyty, nieprzeczytane książki, lampkę, łóżko. Dziecinnie łatwo złamać bunt samotnego nastolatka trzęsącego się na balkonie, przemoczonego do ostatniej suchej nitki. Może nie udało mu się jeszcze odebrać świadectwa dojrzałości, a może nawet do niego nie podchodził, nie jest to ważne. Istotą jest jak wykorzysta dany mu czas, nie czego nauczyły go książki, ale plac zabaw i ludzie. Z liter niewiele dowie się o świecie, będzie teoretyzował i zdębieje przy pierwszym rzecznym wirze. Im więcej karuzel i niepogód zaliczy, tym większa szansa na suchszą drogę w przyszłości. Szkoda, że nie ma ubezpieczeń od smarkatych poczynań, które gwarantowałyby cofnięcie czasu i zrobienie korekty. Albo chociażby odsunięcie o parę lat zawirowań cichych rzek.

    Czasem zwijam się do pozycji embrionalnej i wspomina dawne lata, kiedy tak spieszno mi było odebrać świstek papieru z napisem: dowód osobisty…

  • Wata słowna Pn, 3 maja 2010 Komentarzy: 22

    fot. własna

    Już maj. Wszystko kwitnie, ale w tym roku daleko ode mnie…

    Nie było mnie tu tak długo. Nie pisałam i nie brakowało mi literek Zanim zdążyłam się obejrzeć odszedł dzień, potem tydzień. I w nawale prozaicznych rzeczy, prawdę mówiąc – pod kupą konkretów – zabrakło miejsca na mnie.
    Żyję, a wieczorem nie jestem w stanie przeczytać pół strony z książki. Ranek budzi mnie przeraźliwym wrzaskiem wróbli, nie mogę rzucić nawet poduszką, bo ten naturalny budzik określa czas pobudki. Rusza machina wysiłku, móżdżenia i nerwów. A tak lubię ciszę i spokój. Ale pęd do życia jest silniejszy, we wrzasku i zagłuszaniu. Nie będę ich przekrzykiwać, choć niektórzy nie znają umiaru w słowotoku, często bezsensownym. Nie lepiej powiedzieć raz, a dosadnie? Myślę, że kobieta chowa się za słowami, dlatego że nie chce słyszeć wewnętrznych myśli. Jeśli się zmęczy, zabraknie jej sil na wieczorną rozmowę sama ze sobą. W niej tylko słowa będą miały sens, a zmęczenie i zamęt ześlą kamienny sen.

    Czy nadmiar słów wynika ze strachu, że się ktoś wtrąci, przekrzyczy, bardziej wymądrzy, nawet jeśli słowa te, nic wielkiego nie wnoszą? Czy wynikają z osobowości, zakreślenia, jak pies, swojego terytorium?
    Nie piszę o sobie, są to głównie moje obserwacje świata. Sprawy, których nie mam czasu i możliwości dociekać. Uwielbiam siadywać gdzieś z boku i przyglądać się ludziom, a potem szukać odpowiedzi. Gdzie… w sobie ich nie znajdę, nie mam np. potrzeby ciągłej rozmowy z ludźmi. A jeśli znajdę odpowiedzi nie mam czasu i formy, by je opisać.

    Siedzę do późna, w dzień nie znajduję miejsca na robienie rzeczy kiedyś ważnych. To późno, nierzadko zaczyna się, kiedy zapalą się pierwsze lampy uliczne, a ważność rzeczy czernieje pod powiekami.

  • Wata słowna Cz, 15 kwietnia 2010 Komentarzy: 22

    Niedawno nawiedziła mnie lawa ludzkich smutków i tragedii. Nas wszystkich. Ta lawa, kiedy się wyleje, a ogień rozgrzeje najbardziej zatwardziałe serca, potrafi porwać ze sobą osoby, które nie czują się, czy to patriotami, czy też stały w pierwszym rzędzie do podłożenia świni ofiarom katastrofy. Kajają się, próbują zrzucić winę na innych (najczęściej) i odwracają uwagę. Za życia ofiary katastrofy były przedstawiane jako rządne władzy, pieniędzy, kłótliwi egoiści, teraz naświetla się ich zapomniane zasługi, wspaniałą maniery i osobowość, niesamowitą wiedzę.

    Nie, to nie dwulicowość, to zgubienie się wśród emocji i krzyczących głośniej.

    Z racji wykonywanego zawodu, czy obejmowania publicznej funkcji człowiek musi założyć niejedną maskę. Chociażby po to, by chronić swoją prywatność. Nie można być jednolitym, nie można uniknąć krytyki, a cisza odczytywana jest dwuznacznie. Człowiek jest omylny, zawsze będzie oceniany. Historia sama rozprawi się z przeszłością, a teraźniejszy katafalk jedynie spowalnia ten proces.

    Jestem lekko zdezorientowana, bo nie mam potrzeby krzyku, nie chcę cały dzień oglądać transmisji, a przełączając między kanałami zauważać znaczące niuanse polityczne telewizji. Nie mam potrzeby wypowiadania się na temat pochówku głowy państwa albo być zorientowaną, co ktoś znaczący opowiedział na temat dzieciństwa tego i owego pana. Nie mam potrzeby zakładać czerni, bo od dawna mam inne przekonania na temat żałoby. A jednak przebywając z ludźmi, w sklepie, w pracy, czuję dziwne spojrzenia na moją kolorową bluzkę. Milczenie na temat refleksji przyjmowane jest dziwnymi minami, prośba o wyłączenie radia w czasie jazdy samochodem, kiedy relacjonują lądowanie samolotu z Rosji, zbyte. Za pierwszym razem.
    W chaosie wydarzeń mogę mieć tylko swoje zdanie, którym podzielę się z należnymi i tolerancyjnymi osobami. Nauczona doświadczeniem zajadłości polityczno-religijno-prywatnych dyskusji, daję sobie szansę na względnie zdrowe zdrowie psychiczne.

  • Wata słowna Pn, 4 stycznia 2010 Komentarzy: 12

    Nowy jest czas, ale nie sposób zamknąć go w dłoni. Nawet zegarom wymyka się spod wskazówek…

    Dziś jest dzień kapciucha. Jak tydzień, miesiąc temu. Siedzę przed komputerem i czytam (tudzież usłyszę) jak inni robią bilans niedawno śmigniętego roku. I wiem, że niewiele się zmieni, u nich, u mnie, tylko dlatego, że z racji nowego kalendarza postanowimy zrealizować kilka rzeczy na raz albo zamarzymy o niewykonalnym. Wielu ludzi twierdzi, że świat poukładany, z jasnymi celami do wykonania jest lepszy. Jest przede wszystkim bardziej przewidywalny. Poukładanie kojarzy mi z księgowością i segregatorami. Niewiele jest cyfr, które potrafią zaskoczyć skrupulatną osobę. Albo z białymi ścianami. Jasne, jednolite tło łatwo jest zagospodarować. Powieszać na nim kolorowe obrazy, ozdobić własnymi marzeniami, bez sugestii. Tak prościej, niż gdybyśmy np. wytapetowali ściany w różnobarwne esy-floresy. Ja jednak tak bym nie mogła, u mnie przynajmniej pół domu musi mieć charakter nieładu, artystycznego. Jak zwał, tak zwał, choć kotów na panelach nie hoduję. Nie lubię planować, zarzekać się, że zrobię coś za tydzień, obiecywać poprawę, a potem puszczać mimo uszu utyskiwania w stylu: „znów mnie zawiodłaś”. Możesz wziąć mnie taką jaką jestem, a że człek w rozwoju nie stoi w miejscu (w tym uwzględniam wstecznictwo), nie mogę zagwarantować swojej przewidywalności, szuflady po prawej od góry, do której włożysz segregator z moimi literami, białej ściany, na której powiesisz swój odcisk palca, łóżka z niezmiennie wykrochmaloną pościelą o fiołkowym zapachu.

    Mój nieład ma woń przypalonego karczku, świątecznego zakalca w cieście, przepieprzonego barszczu i rozmazanego w pośpiechu oka, a nawet połamanych gałęzi choinki, którą ciągnęłam po śniegu. Mój bałagan rozłazi się po domu przez całe trzy świąteczne dni. Goście uciekają, bałagan nie. A szkoda, bo nagle, po jednym dniu opamiętania i chwilowego ogarnięcia z lenistwa wyrasta mi (właściwie nam, ale pewnych spraw i osób ten blog nie ujmuje wprost i na razie tak zostanie) oto myśl – a może malowanie? Nie wyszedłszy z jednego nieładu pakuję się w następny, a dlaczego nie? Zostawić to na dwa sprzątania – nigdy w życiu! Jest coś magicznego w robieniu niespodziewanych, nowych rzeczy. I strasznie przyjemnego w upajaniu się odmiennością i świeżością. Zagłaskałabym ściany ma śmierć, gdyby mi pozwolono. Pomalowałabym i trzeci raz! I tu plany biorą w łeb, bo w konceptach malowanie miało trwać dzień, a rozpierzchło się na trzy. Nie wynikało to jednak z moich umizgów do białych ścian (prosiłam o esy-floresy, ale ktoś inny nastawał stanowczo na biel), a z dodatkowych przypadkowych posunięć w ulepszaniu kuchni. W nieplanowany segregator włożyłam nową lodówkę, okap i toster. Potem nowe ustawienie, parokrotnie zmieniane, i przybicie paru drobiazgów. I wuala, w Sylwestra z konieczności nawiedził mnie hydraulik i nie zdążyłam pomalować kaloryfera. Z naprędce pokrojoną sałatką wyszłam na naprędce zorganizowany bal, nie chciałam patrzeć na poplamioną podłogę. Niewiele planowanych rzeczy zakończyło się w dniu ostatniego dnia roku 2009. Za mało niepalowanych szaleństw rozpoczęło 2010 rok, ale za młodość można wybaczyć.

    Nie planuję, wiem natomiast nie co muszę, ale co chcę i czemu ważnemu postaram się podołać. Wiem, co lubię czytać i wiem, jakie pisanie mi nie pasuje. Bez egocentryzmu, instrumentalizmu i przede wszystkim bez teoretyzowania, z uczuciem, wewnętrzne. Nic nie zależy od daty czy wieku, a od zrozumienia pewnych spraw. Żeby w grudniu, robiąc bilans, nie załamać roku nawałem niezrealizowanych nadziei i marzeń.

  • Wata słowna Wt, 28 lipca 2009 Komentarzy: 7

    Znalazłam na pewnej stronie świetne pomysły na zabawę w paluszki. Czy to pomysł dla dzieci? Myślę, że nie tylko. Palce na fotografiach mają dorosłe kształty, pozy i umiejętności ;) . Kiedyś może dzieciaki miałyby doskonałą paluszkową zabawę, ale dziś, kiedy w każdym domu jest sto lalek, PS, komputer i wszelkiej maści dziecięce zabawiacze, kto by pomyślał o przebieraniu palców albo puszczaniu zajączków na ścianie? To dobre dla przypomniani sobie przez nas starych, dobrych czasów. I oczywiście dobry początek dobrego dnia :D .

    oni

    oni1

    oni0

    oni2

    oni3

  • Wata słowna Cz, 23 lipca 2009 Komentarzy: 11

    fot. Violator3

    fot. Violator3

    Jeśli możesz znaleźć drogę, na której nie ma żadnych przeszkód – prawdopodobnie prowadzi ona donikąd.
    - Frank A. Clark

    Przyjechałam, rozrzuciłam włosy i rozpamiętuję niedawne lenistwo. Zamiast nóg i rąk pracują oczy. Po torbach, torebusiach i walizkach skacze kurz, a ja myślę, gdzie ułożyć kolejną warstwę nowej garderoby. Myślę, a wzrok układa. Nici z konkretnej pracy. Toruję nogą drogę miedzy siatką a podręczną walizką w przedpokoju. Duży pokój zajmuje ogromna waliza, do której napchałam nieprzepisowo 5 kilo więcej. Z niej, przynajmniej raz dziennie, wyjmuję jakąś nowość posezonowej sprzedaży i przymierzam z nadzieją, że moje oko, trafniej niż przymierzenie, testowało gabaryty ciała. Nie lubię mierzyć ciuchów w sklepach: gigantycznych kolejek do przymierzalni, spoconych żetonów i niespodzianek za kotarą. Wyjątkiem jest odzież kupowana na wielkie wyjścia, która musi idealnie leżeć na ciele, to ja mam być ich ozdobą, nie na odwrót. Jeśli już odwiedzam sklep z konkretnym zamiarem, jest nim najczęściej pierwszy lub drugi, w który ustrzelam towar i nie ma sensu dziesiąte czy dwudzieste drzwi butiku, bo i tak wrócę do pierwszego. Znam się na tyle, żeby moje łowy zakończyć na sklepiku nr 2.

    Siostra ucieszy się, kiedy z wielkiej walizy przypadnie jej w udziale parę szatek, teraz odsuwanych na boki nieobutą stopą. Miękka ścieżka wije się po dywanie. Mały pokój okupują buty. Stare i nowe. Zastanawiam się, które wyrzucić, bo za żadne modły tyle par szafa nie pomieści.

    Męczę wzrok i toruję drogę bez zbytnich przeszkód tak przez tydzień. Bajzel, zgrabnie omijany, wtopił się w tło i dopiero dzwonek do drzwi i lekkie zdziwienie gościa stawiają moje lenistwo na nogi. Dopiero wróciłaś? – pyta. Z taką ilością garderoby można zrobić niezłą sesję wybiegowo-fotograficzną.

    Wiem, jak się ona skończy. Im człowiek bardziej rozpasła swoje lenistwo, ma dużo dla niego czasu, tym dłużej trwa sprzątanie danego kąta. Porządki, które kiedyś trwały godzinkę, rozciągają się na cały dzień. Wśród sterty bibelotów znajdzie się dziurawa skarpetka, urwane skrzydło anioła, która trzeba dokleić (gdzie ten klej?), ciekawa książka (która przenosi mnie w czasie i przestrzeni na pół dnia).

    “Jeśli możesz znaleźć drogę, na której nie ma zasadnych przeszkód…” Moja droga, pozornie bez twardych przeszkód, prowadzi donikąd. Biorę się za układanie wszystkiego na półkach, biorę przez następny tydzień…

  • Wata słowna Wt, 9 czerwca 2009 Komentarzy: 18

    Już prawie kolejny długi weekend (niewiele ich w tym roku), więc nie pozostaje nic innego, jak rozluźnić się nieco. Nieważne ile macie lat, gdzie mieszkacie i jak u was z kasą. Wystarczy ze skromnej emeryturki, tudzież zasiłku, odłożyć troszeczkę na używaną kamerkę (zakładam, że komputer z dostępem do sieci wysechł już wnusiowi lub wnusi wraz z wąsem mleka pod nosem i zostaliście nim obdarowani) i można swobodnie korzystać ze zdobyczy techniki. Pokazać światu, że dojrzałość to wielce swawolna część życia – wolna (od pracy), beztroska (bez dzieci na utrzymaniu) i przyjacielska (ze stadem psów).

    Najważniejsze jest szczęście, które każdy rozumie na swój sposób.

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

luty 2012
P W Ś C P S N
« stycznia    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  

Kategorie

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u