Wakacje się skończyły. Wyraźnie czuć w powietrzu jesień. Powoli i niechętnie wyciągam drugą nogę z lata. Chcę go jeszcze zatrzymać, chociażby sukienką bez ramion i południowym grillem. Nic z tego, syczące nad ogniem dojrzałe pomidory, bakłażany, cukinia, czy mała papryczka dowodzą, że słonce zasnute delikatną mgiełką sunie coraz niżej przywołując jesień.
Nie przepadam za jesienią, ale w tym roku wchodzę w nią łagodnie. Nawał pracy (rozrywek dla życia – bo gdybym nie chciała, nie robiłabym połowy z nich) umila mi metamorfozę zaokienną, spacerową, ubraniową, wahania temperatury, a nawet katar.
Pierwsze powakacyjne zadanie zaliczone w pierwszy dzień jesieni. Bankiet, grill, prezentacje, przemowy, części artystyczne, fotografie, prezenty, podziękowania i gratulacje… Zaczęło się dobrze, oby tak pozostało. Właściwie wrzesień, a nie 1 stycznia, jest miesiącem, kiedy zaczynam planować i czuć obawy, czy się uda. Nauczyłam się nie zakładać nic powyżej miesiąca (oprócz kasy z projektów unijnych
), bo to wiadomo, jaką chorobę ześlą niebiosa, albo kogo spotkam na Walnym… Takie rzeczy bardzo często zmieniają plany i jeśli widzę w nich coś da siebie – biorę garściami.
Znajomi mówią mi: Ty lepiej siedź w domu, bo jak wyjdziesz wrócisz z jakąś robotą, albo zawalisz sobie wolne weekendy.
Zgodnie z przykazaniami połowę pracy wykonuję w domu, resztę mam niedaleko.
Ale dziś odpoczywam po wielkim maratonie. Może to ostatni wolny weekend tego roku? Być może. Za tydzień mam ważne zebranie.
fot. własna







