• Wata słowna N, 25 września 2011 Komentarzy: 11

    Wakacje się skończyły. Wyraźnie czuć w powietrzu jesień. Powoli i niechętnie wyciągam drugą nogę z lata. Chcę go jeszcze zatrzymać, chociażby sukienką bez ramion i południowym grillem. Nic z tego, syczące nad ogniem dojrzałe pomidory, bakłażany, cukinia, czy mała papryczka dowodzą, że słonce zasnute delikatną mgiełką sunie coraz niżej przywołując jesień.

    Nie przepadam za jesienią, ale w tym roku wchodzę w nią łagodnie. Nawał pracy (rozrywek dla życia – bo gdybym nie chciała, nie robiłabym połowy z nich) umila mi metamorfozę zaokienną, spacerową, ubraniową, wahania temperatury, a nawet katar.

    Pierwsze powakacyjne zadanie zaliczone w pierwszy dzień jesieni. Bankiet, grill, prezentacje, przemowy, części artystyczne, fotografie, prezenty, podziękowania i gratulacje… Zaczęło się dobrze, oby tak pozostało. Właściwie wrzesień, a nie 1 stycznia, jest miesiącem, kiedy zaczynam planować i czuć obawy, czy się uda. Nauczyłam się nie zakładać nic powyżej miesiąca (oprócz kasy z projektów unijnych ;) ), bo to wiadomo, jaką chorobę ześlą niebiosa, albo kogo spotkam na Walnym… Takie rzeczy bardzo często zmieniają plany i jeśli widzę w nich coś da siebie – biorę garściami.

    Znajomi mówią mi: Ty lepiej siedź w domu, bo jak wyjdziesz wrócisz z jakąś robotą, albo zawalisz sobie wolne weekendy.

    Zgodnie z przykazaniami połowę pracy wykonuję w domu, resztę mam niedaleko.

    Ale dziś odpoczywam po wielkim maratonie. Może to ostatni wolny weekend tego roku? Być może. Za tydzień mam ważne zebranie.

    fot. własna

     

  • Wata słowna So, 3 września 2011 Komentarzy: 12

    tory

    fot. własna

    Był taki czas, kiedy wszyscy pakowali się i wyjeżdżali. Gdzieś daleko. Chcieli uciec albo znaleźć nowych przyjaciół, albo po prostu zobaczyć jak żyją inni. To jak rzucenie wszystkiego i zaczęcie nowego życia. Było różnie – mniej lub bardziej różowo. Z przerażeniem słucham dziś wiadomości o bankructwie biur podróży i losach wczasowiczów bez paszportu gdzieś w Grecji. Co się stanie z młodą żoną tego topielca na rafie koralowej w Egipcie? Mało kiedy zdaję sobie sprawę, że mogę nie wrócić i ja. Dopiero po ochłonięciu z przygody patrzę na sprawę z boku i umiem się bezpiecznie bać. Zawsze zdarzy się parę wypraw, które niby są bezpieczne, ale kończą się różnie.

    Byłaś tam i widziałaś, teraz trzeba wracać.

    Dużo razy chciałam zostać. Dla pieniędzy, słońca, architektury, czy wyższej ludzkiej kultury.

    Nie, jeszcze nie teraz. Bliżej emerytury, kiedy kości zacząć skrzypieć. Będę lepić garnki z gliny albo dziergać suweniry. Uśmiechać się do słońca. Mały straganik przy gorącej plaży, ciepły deptak na wielkim placu – namalowałam w marzeniach.

    Co mnie czeka po przyjeździe do domu? Może widzę to zbyt dosadnie.

    Stare i brudne budynki ściskają pijących na schodach ludzi.

    Dasz dwa złote? – paniusia wyciąga suchą dłoń.

    Bieda i zgrzytanie zębów. Wszędzie – w TV, polityce, na bazarze i ulicach. Ludzie nie uśmiechają się, nie są dla siebie mili, wjeżdżają na mnie wózkami w sklepie i dodają gazu, gdy wchodzę na jezdnię…

    Różnie to może się skończyć.

    Po co ryzykować? Tak… ale po co być?

     

  • Wata słowna Wt, 8 marca 2011 Komentarzy: 24

    fot. własna

     

    No co, dobrze słyszysz! Dziś tylko kolorowy, drewniany kwiatek.

    Czekaj, czekaj, jeszcze czekolada, ale zjadłam po drodze do lekarza.

    Do dietetyka chodzę, tak, tak, i na Orbitreku latam, to znaczy zacznę od jutra. 

    Sałatka i ciasto były smaczne, w końcu mąż się postarał, tylko zaczepiłam tipsem o rajstopy i poleciało ogromne oko, a mam zaraz spotkanie z kochankiem.

    Nie, nie musisz mi przywozić, i tak nie wiesz jaki kupić odcień, zresztą on lubi podarte. Sąsiedzi nie zauważą, bo samochód mam pod drzwiami. 

    U Izy też byłam, ma nowy laser. Latka lecą, coraz trudniej kogoś znaleźć. Dziś tylko na szybko – maseczka i fotoodmładzanie. A tam szum morza, kocyk na stopach, kadzidełko…

    Dzieci zdrowe, wczoraj wyjechały na przymusowe wakacje, niech też użyją życia na Mazurach. Więc luz. 

    Aaa! Dostałam awans! Tak, od dzisiaj. Taki tyci prezencik na Dzień Kobiet. Będę prowadziła warsztaty w Krakowie. Wreszcie wyrwę się z tego zaścianka.

    Jest coraz lepiej, jestem zdana na siebie i chodzę swoimi ścieżkami, a wiesz, że to lubię.

  • ?

    Wata słowna Cz, 26 sierpnia 2010 Komentarzy: 33

    Czy to już jesień? Przycupnęła niedaleko, na krawężniku i śmieje się rozpustnie z wiatrem, a on coraz śmielej rozbiera drzewa z liści. Wczoraj zasłoniła słońce nićmi babiego lata, a rano wygoniła ptaki z łąki.

    Śpiewałam niedawno tę piosenkę:

    Dziś gdzie nie zajrzę, tam jesień. Blogi, serwisy, TV. Sama zaczęłam się za nią oglądać. Po co? Przecież jest lato, krótkie sukienki i spodenki, wysokie temperatury i jeziora, piłki, paletki, rolki, rowery…
    Jesień? A kysz!!!

  • …albo niewierny mąż. Niewolnicy życia spłacają zaciągnięty dług. Jestem dziś tego przykładem, jeszcze na urlopie, a jedną nogą w pracy. Ostatnio na blogu przestoje powstają jak w szwajcarskim serze. Z braku weny, ale głównie czasu, bo nie umiem opublikować czegoś napisanego na siłę. A to trwa i trwa. Nie pamiętam jak przeżyłam tydzień przed urlopem, galopowałam pomiędzy poprzeczkami i bojami, a na urlopie nie potrafiłam się zatrzymać. Dopiero upał i nasycone wodą powietrze przypomniały mi, że muszę porzucić zawrotną szybkość i przygotować się nicnierobienia. Zastanawiam się ile człowiek musi spędzić czasu na nicnierobieniu, by się znudzić. Podejrzewam, że długo, w żadnym wypadku nie dwa tygodnie! Dwa tygodnie ucieczki od rzeczywistości, to okres wytężonej pracy! Z zakupionymi przewodnikami i mapami trzeba udać się w jak najwięcej wskazanych tam miejsc! I są nerwy, że nie można się porozumieć, trzeba płacić za autostradę, że się zgubiło, że się przejadło miejscowymi frykasami… Niewolnik czasu musi kupić pamiątki i wysłać do rodziny kartki, miałby ochotę pobyczyć się na plaży, pofotografować obce ciała, a kolejne, obcojęzyczne muzeum powinno być zaliczone. Wszakże trzeba się uczyć, chociażby wiedza i duma z wycieczki miałaby być nabyta głównie z internetu, a przewodniki mogą nie wspominać o wielu kruczkach, które opowiada się znajomym po powrocie do rzeczywistości. Już widzę otwarte ze zdziwieniem usta, wpatrujące się w zamorskiego wczasowicza. Dziś ludzie wyjeżdżają coraz częściej i coraz dalej. Ale jest dużo wiecznych niewolników swojej rzeczywistości niewyjeżdżających nigdy poza okrąg własnej gminy, województwa. O odrębnych rzeczywistościach czerpią wiedzę z TV, często przekłamaną, na książki ich nie stać. Wtedy przydają się miejscowe rodzynki, którym poszczęściło się w doświadczeniu odmiennych stanów świadomości, lecz opowiadając sąsiadom narażeni są niedowierzania i kpiny. Przykro się robi nawet, kiedy niedowierzają zdjęciom, posądzając autora o znaczny retusz. Nie dziwi jednak. Żeby zrozumieć niejednokrotnie trzeba poczuć wiatr, kamień, pasek na skórze, być w trudnej sytuacji czy własnoręcznie nacisnąć guzik migawki. Świadomość zmienia człowieka, o ile chce przyjmować informacje, które do niego zewsząd płyną. Nie jestem jednak pewna czy czyni go szczęśliwszym.

    Żyjąc na własnym końcu świata, uprawiając poletko pszenicy, oddychając własnym lasem, można zatęsknić na śmierć za czymś niedoścignionym i mało ważnym. Tak naprawdę. Wracając do rzeczywistości bardzo miło jest usłyszeć: jest nam bez ciebie ciężko. Życzę tego każdemu człowiekowi – osiadłemu i wędrowcowi." 

    fot. własna

  • Wata słowna Pn, 14 czerwca 2010 Komentarzy: 19

    Wczoraj przejeżdżałam obok powyższego drzewa, które zaowocowało butami. Do dziś nie wydało prawie wcale liści. Właściwie drzewo z roku na rok wydaje coraz mniej liści, jakby buty były dla nich konkurencją. Odstraszają odorem? Niektóre są zniszczone, ale większość nowych i firmowych dziwi porzuceniem przez właściciela. Teorii butów na drzewie jest wiele. Tu, w sercu skatepark’u, oznacza dokonanie jakiejś akrobacji, przejście do następnego etapu. Żołnierze mieli też swoje drzewa, które po zakończonej definitywnie służbie ozdabiali zniszczonym obuwiem. A i nowożeńcy wbrew naturze zawieszali obuwie na gałęziach. Kiedyś, nad jeziorem dzieciaki robiły sobie kawały, zarzucając obuwie kolegom wysoko w górę – kto wyżej rzuci. I był ubaw, bo kto będzie wspinał się na czubek drzewa? Nawet jeśli miałby wracać boso, daleko, daleko do domu?

    Buty na gałęziach, buty na nogach, na wystawach, śmietniku, w szafie – czy to nie wszystko jedno?

  • Wata słowna Cz, 3 czerwca 2010 Komentarzy: 16

    Dziś mam wolne, dziś i tylko dziś. Miał być długi weekend, cztery dni, ale został okrojony tylko do czwartku. Wyspać się nie umiem. Wstałam rano i szukam punktu zaczepienia, bez codziennej pogodni zgubiłam rytm. Pogrzebię sobie palcami w kapciu – myślę. I myślę, że to za mało, dodam do tego oglądanie, może coś napiszę. Coś to sztuka, bo wylewają się ze mnie jedynie żale i pogoń za realizację zaczętych spraw. Nie lubię smęcić, a pisząc o sobie zaczynam tak robić. Kiedyś moim marzeniem było żyć w pędzie – praca-dom-uczelnia-kursy-przyjemności… brak czasu na myślenie, bo nawet noc nie dawałaby tyle ciemności by skryć tok postępowania. Potem spełniły się marzenia, konkretnie i zadaniowo, co konsekwentnie realizuję. I dochodzę do smutnego wniosku, że tak też być nie może. Do życia potrzebna jest równowaga. Szczęście łapać w zbyt długie myśli i słowa ludzi, którzy tak naprawdę nic dla mnie nie znaczą? Tak działa net, podziemie, jak je nazywam. Albo wczytywać się w książki, szukając odpowiedzi na gryzące pytania. To tylko maleńka cześć życia, zarys teorii, który trzeba wcielić w żywot. Nie chcę wracać do podziemi, z przeszłości zostanie jedynie pisanie i część emocji. Nie chcę nawet pamiętać o szczegółach wielu internetowych wybryków i rozmów, choć mnóstwo mnie nauczyły.

    Niedawno chciałam opowiedzieć komuś o pozarealnym życiu. Urwałam na początku, bo ktoś był osobą poważną, a moja opowieść wydawała się śmieszna. Z psychologicznego punktu widzenia net jest udokumentowaną kopalnią wiedzy o nas samych, a jednak opowiadając o nim nie byłam wstanie pozbyć się podsumowań i gdybań. Moja opowieść nie mogła trwać, bo wielu zachowań nie rozumiem po dziś dzień, a że lubię mieć pewną całość, zakończyłam: trzeba doświadczyć, poczuć w głowie, by rozumieć. Niewykluczone, że kiedyś zbiorę materiał i opowiem mu o dziecku drzemiącym we mnie, które budzi się w necie i realizuje marzenia. Małą cząstkę marzeń, bo większa część to oczy, w których można się przejrzeć, usta, które zadają ciekawe pytania i nie stronią od odpowiedzi i ciało, bez którego większa część wypowiedzi i zachowania nie byłaby zrozumiała.

    Z nadmiaru czasu wolnego zapomniałam, że czeka mnie egzamin z historii sztuki. Zamierzam zdać go w weekend, wiec czas zabrać się do roboty. Internet, to bardzo dobre narzędzie, kiedy nie ma się stałego dostępu do książek i artykułów, a ma się do wykreowania nie wiadomo co. Pracę twórczą – mogę zaśpiewać, zatańczyć, wygłosić referat, przebrać się i udawać mima, zrobić prezentację i z siebie głupa. Mogę wszystko poza przedstawieniem obrazów i biografii autora.

    Jerzy Tchórzewski

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

luty 2012
P W Ś C P S N
« stycznia    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  

Kategorie

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u