Archiwum z kategorii: »Przymrużone oczy «

Lili

fot. Candas2


Skręciłam tuż za wiaduktem, w ulicę wielkich sklepów. Przygnębiała mnie ta cześć miasta, była taka… pusta?

Wielkie galerie sklepowe przeznaczone na jedną firmę. Pomieszczenia na buty w identycznym kolorze. Sale balowe z jedną sztuką odzieży. Pustynia wśród mrowia ludzi, mających do wyboru jeden kolor-produkt na 100m kwadratowych.

Co króluje w tym sezonie? Fiolet? Amarant? Przepraszam – fuksja i róż!

Smutna panna Manekina wyciągała do mnie dłoń w koronkowo-różanej rękawiczce. Dzieliła nas przepaść szczęścia w bogactwie i przeciętności. Dzieliła nas szyba, ale zawsze ktoś może ją wybić i dotknąć drogich warstw odzieży, od których zawału dostaje niejedna kieszeń. Manekina, w po mistrzowsku udrapowanej sukni i ufryzowanymi na wieki włosami, krzyczała niemo: wejdź i wybaw mnie od śmierci głodowej.

- Manekiny nie stoją tu dłużej niż jeden sezon. Ich paznokcie i makijaż bledną w słońcu, ręce obtłuczone kilkunastoma przebierankami i wypadające z braku wiatru włosy wyglądają niezbyt zachęcająco – powiedziała mała dziewczynka przyglądając się wystawie.
Przed chwilą wyszła z wielkich lustrzanych drzwi sklepu. Wyglądała jakby od stóp do głów była jego własnością. Doskonale skrojony różowy kostium, ażurowe rękawiczki i francuskie loki nie pozostawały złudzeń. Oczy… przypominały szklane błękitne kule z ziarnkiem pośrodku.

- Kim jesteś? – zapytałam, a jej oczy zmieniły się w zwykle, dziecięce.
Dotknęła szyby, jakby chciała wyciągnąć pannę Manekinę z wystawy.

- Zapomnianym człowiekiem w monochromatycznym kolorze. Lila już nie wyjdzie poza barwę tego sezonu – zmieniła temat. – Zostanie na zawsze po tamtej stronie.
Dziewczynka płakała prawdziwymi łzami.

- To tylko kukła. Chodź, zaprowadzę cię do domu.
Wyrwała się, kiedy próbowałam ją wziąć za rękę.

- Nic nie rozumiesz, nie rozumiesz naszego świata! Świata dla wybrańców! Ale opowiem ci, bo nigdy do niego należeć nie będziesz – obrzuciła pogardliwym spojrzeniem mój stary płaszcz.

- Nigdy nie poczujesz, jaki splendor i aplauz spada na mnie po wygłoszeniu przemowy otwierającej pokaz. Rozwiera się aksamitna kurtyna, na środku stoję ja w blasku fleszy albo lamp oślepiających zachwycone twarze najznakomitszych gości. To nic, że cale ciało drętwieje w niewygodnej pozycji. Nie pamięta się wówczas wielogodzinnych dni ćwiczeń, cierpliwych przygotowań, znoszenie ze spokojem smrodu palonych włosów i ran po uczulających mazidłach. Tą chwilą warto żyć, dla zdjęć, telewizji i delikatnych dotknięć na sukni. Nie można mnie dotykać, a jednak to robią z niedowierzaniem – „ta lalka wygląda jak żywa”. Moment ten należy do najprzyjemniejszych, bo dalszą część mogę sobie dopowiedzieć w marzeniach. Fantazjuję przez cały pokaz, nie mogąc się poruszyć w swoim miękkim, ale skamieniałym ciele, nie mogę kichnąć, czy się podrapać. Zachwyt zwiedzających nasze galerie gwarantuje zabawę w „ja cię widzę, ty mnie widzisz, ale nie wiesz, że ja myślę i czuję”.

Zdawało mi się, że Lila skinęła głową. Przyłożyłam dłoń do szyby, tuż koło dłoni dziewczynki, naprzeciw manekina. Iluzja ciepła i prawdy wciąż trwała. Lili wyglądała, jak prawdziwa.

- Słyszysz?

- Co? Tylko szumią liście – nie chciałam, by uwierzyła, że dałam się nabrać.

Piękna twarz dziewczynki wykrzywiła się w grymasie bólu.

- Nie, ona płacze. Prosi bym powiedziała ci tę historię. Może tobie uwierzą?
Przez większość życia wyglądała pięknie. Był to jej obowiązek i przyjemność. Nie miała nic swojego, bliskiego, a to, czym pracowała, nie mogło trwać wiecznie. Urodziła dziewczynkę. Mała pokazała jej inny, wolny świat, bez sztuczności i skrępowania, w którym życie nie jest kontraktem na surowych warunkach. Obiecała jej, że nigdy nie będzie musiała uśmiechać się na klaśnięcie, trenować dygi i chody, głodzić ciało brokułami… Mała często była z nią w pracy i ubłagała matkę o sesję zdjęciową. Potem była następna i świetne wyniki, wyśmienite rokowania wypowiadane przez najlepszych, kontakt jeden, potem pokaz… Dopóki jest dobrze nie przewiduje się najgorszego. Piękno widzialne to cyrograf, ludzie wkrótce chcą coraz więcej i lepiej. Uroda przemija, kontrakty pozostają.

Nie rozumiałam, ale dostrzegłam sińce i drobne zmarszczki po oczami manekina. One mogą mieć zmarszczki? Przecież nie mrugają, nie działa na nie grawitacja, czy wolne rodniki!

- To jej ostatni kontrakt. Zastawiła siebie, by uratować dziecko. Nikt ci tego nie powie, ale tak kończą chore, samotne modelki. Na wystawach sklepowych. Nie mogą się ruszać, bo ich ciało znośnie pięknie wygląda tylko w jednej pozycji. Zapadnięte policzki i litera „o” między udami nigdy się nie wypełnią ciałem. Żyją marzeniami o świecie za szybą. Nie wiedziały, że tak skończy się ich kariera. Szybka, błyskotliwa i smutna.

Lili nie poruszyła się, nie wydała żadnego dźwięku, a ja poczułam się jakbym była treścią bajki, którą muszę przekazać dalej, by spłacić dług. Szczęście nie obdarzyło mnie niczym szczególnym.

- No mała, co ty tu jeszcze robisz, zmykaj! Jutro masz kolejną przymiarkę – facet w liberii podszedł do nas i ujął dziewczynkę pod ramię.

- My, lalki płaczemy tylko przed końcem… Mamo…!!!
Rozpaczliwy krzyk dziecka wciskanego do taksówki rozdarł ciszę ekskluzywnej, pustej ulicy.

Twarde orzechy

orzech

Zbieram kiedyś kamienie – kolorowe, małe i duże, wolałam jednak gładkie niż z wypustkami. Wszystkie miały jedną cechę wspólną, były zimne. Lubiłam trzymać je w kieszeni, zajmowały mi ręce, gdy byłam zdenerwowana, doskonale dopasowywały się do dłoni. Za każdym razem, kiedy je odnajdywałam, oddawałam im część swojego ciepła. Zastanawiam się czy one też mi coś dawały. Może wiarę bycia tu i teraz (a czy kamieniom nie jest wszędzie dobrze?), może pragnienie posiadania właściciela… A może to one czerpały siłę ze mnie, nie dając nic w zamian?

Kamienie, niby twarde, po jakimś czasie cierpliwego żłobienia zmieniały kształt. Były wśród nich szczególne, które kaleczyły dłonie, innych nie dało się wygładzić. Wiem, że czasami próbowałam na siłę złagodzić kanty i znaleźć ciepło tam, gdzie go nie było. Albo w niewielkim cieple dostrzegałam o wiele większy potencjał i robiłam sobie wyobrażenia, których żaden kamień nie był w stanie spełnić. Nie umiałam ich oswoić, a zabierały wiele mojej siły. Był to czas, gdy głód ciepła przemieniał się w straszną iluzję, poświęcałam zbyt wiele i zostawałam z niczym.

Pomimo wszystko szkoda mi kamiennych znajomości – kamieni których ani moje ciepło, ani cierpliwość nie zdołały ugłaskać na tyle, by otworzyły się na świat. Pozostaną zimne, raniące ciało i niezmienne w swym zatwardzeniu.

Stopniowo każdy kamień staje się moim wrogiem.

Wdzięki

Od paru dni słońce pali wszystko, co znajdzie na swojej drodze. Ci, którzy mają dojście do wodopoju, nieważne czy wodnego, czy kobiecego, powinni uważać. W jednym i w drugim bardzo łatwo utopić marzenia. Mogą to być niebieskie oczy, kolorowa spódniczka, skąpy biustonosz – pozory niewinności, którymi, jak wędką, kobiety łowią najlepszego kandydata na swojego dozgonnego pieseczka. Nie będzie nim pierwszy lepszy z wydatnymi slipkami. O nie, również nie taki, co gapi się ukradkiem na koleżankę z kocyka obok. Będzie nim zdobywca wieczoru, który podpali stos siana jedną zapałką, zafałszuje serenadę na jednej strunie, wyłowi czerwoną piłeczkę z dna jeziora i nie dopuści do kobiety żadnego natrętnego komara. Tej nocy. Bo ta noc jest tylko jego i oczywiście jej. Przyjechali tu po to, by zakosztować wolności, nauczyć się życia, wykąpać w beztrosce, chociaż zawalili maturę albo są w trakcie rozwodu. Noc będzie upojna, natrętna i długa, trwająca do rana z aktami ataków na wszędobylskie komary. No bo ciężko odganiać od kochanicy wszelkiej maści moskity, będąc jak jedno, jak w sarkofagu rozkoszy – w śpiworze, który nie da rady bardziej rozciągnąć piszczeli po setkach podobnych nocy. Czasem rozrywa się z nastaniem świtu wyrzucając rozbuchanego byczka przeciągającego się z zadowoleniem. Kobieta wychodzi tuż za nim, chcąc przyjrzeć się kandydatowi w dziennym świetle… Parę godzin to naprawdę niewiele na podjęcie decyzji czy warto wszelkimi obietnicami zatrzymać go. Czy będzie dobrym podnóżkiem, ojcem, tragarzem, pomocnikiem, przyjacielem i oczywiście kochankiem. Można wyliczać wiele dylematów, które targają głową kobiety wraz ze świtem, ale po tej nocy, to ona ma przewagę, ona wybiera. To, co się przed chwilką skończyło niewiele ma wspólnego z jej decyzją, dla niego jest niemal jedynym punktem odniesienia. Jak dobra była w łóżku… Dla niej o wiele ważniejsze jest czy zaproponuje wspólną kąpiel, spacer, kawę. Czy będzie odganiał kolejną zmianę komarów i czy zainteresuje się jej przeszłością.

Nie wiem ile trwałych związków rodzi się w ten sposobów, ale na pewno jest doskonałym sposobem na doroczną łapankę fajnych tyłeczków. Wpaść do wody podczas upałów jest bardzo przyjemnie, ciężej wyjść, bo woda może okazać się zbyt głęboka :) .

Trójkąt. Bermudzki

To już ostatni zjazd. Samochód zatrzymał się przed budynkiem na Szczęśliwicach. Wysiadłam.

- Nie, nie musisz mnie odprowadzać.

- Muszę – wysiadł ze mną, zabierając torbę. – Moja żona nie będzie sama włóczyć się po mieście.

Zaczepnym gestem otarł się o moje ramię. Złapał usta w przelocie, ale nie udało mi się, bo wyrwałam mu je wraz z torbą. Nie miałam ochoty na żadne czułości.

- Sama przejdę te pięć metrów – uśmiechnęłam się ze spokojną dezaprobatą.

- Nie daj się znów wrobić w poprawki, jeśli panu profesorowi na aluzje zacznie się zbierać. I uważaj na tych zboczeńców z akademika!

- Na pamięć znam twoje rady. Będę się stosowała. Może – machnęłam mu na pożegnanie przed wejściem.

Za kogo ja wyszłam? Boże, to już trzy lata. Zapatrzyłam się w rozkład zajęć na wielkiej tablicy. Z rzędu literek powstałą ciągła lina. Przed oczami stał mi on i tamta kobieta. Dlaczego wyszłam za mąż za tego faceta? Ciekawił mnie, ale jego mózg, nie całość. Zakochałam się w jego zakamarkach myślowych, pokrętnych teoriach, które lubił wyjaśniać, w tajemnicach, których nie umiałam ogarnąć. Nie poślubiłam go z miłości do człowieka. Jestem wredna! Chciałam mieć mężczyznę, który jest mądry i swoją ambicją zaraża. Jestem tu dla niego, by skończyć kolejny fakultet. Tak, ale czy to jest miłość?

Byłam tu też dla niej. Na początku roku zauważyłam ją wśród grona innych studentek. Niczym się nie wyróżniała, śmiała się, poprawiała ciemne, kręcone włosy i patrzyła tak szczerze, gdy mijałam tę ławkę. Uśmiechnęłam się nieśmiało i spuściłam wzrok. Byłam jakby w inne świece, serce biło mi szybciej. Mózg jakby spłatał mi figla z niewyspania, bo jak inaczej wytłumaczyć to wrażenie jakie na mnie zrobiła? Dlaczego spojrzałam akurat na nią, dlaczego kołatało mi serce? Dziś wiem, że ma na imię Joanna. Łączyły nas jedynie wspólne seminaria. Ona tak myśli, ja myślę całkiem inaczej…

Joanna była dużą kobietą, dobrze zbudowaną, o przekonywującym biuście i cesarskich pośladkach, czego pozwalały domyślać się jej surowe spódnice. Ubiór stanowczo ją postarzał i gdyby nie wiedziała, że ma trójkę dzieci, zaczęłabym ją modnie edukować. Jak to jest u zbyt rosłych kobiet, nie wydawała się wspólniczką własnego ciała. Ono wyrażało tę cześć jej samej, która przeczyła swoim zachowaniem w towarzystwie. Każdy na wykładach zachowywał się powściągliwie, ale ona mówiła tonem drobiazgowej księgowej, ubierała się jak wolontariuszka, ale poruszała się jak boginka haremu… kobiet. Miała piękną, okrągłą twarz, spokój w oczach i tę czułość.
Zaprzeczała mnie – zgrabnej i chłodnej, czasem nawet wyrachowanej blondynce. Nie lubiłam swojego ciała, a oglądanie jej krągłości wzbudzało we mnie podziw.

Patrząc prze okno jak Joanna wystawia twarz i stopy do wiosennego słońca puściłam wodze fantazji. Wiatr wdzierał się tak silny, że zlokalizowanie pulsowania, naprzemiennego, razu gorącego, innym razem chłodnego, było niemożliwe. Nie poczułam nawet jej dotknięcia. Ale kiedy zdecydowanie obieła mnie w pasie i szepnęła, że czas na logikę miałam ochotę odpowiedzieć – wolę zapomnienie. Zatkało mnie, kiedy ujrzałam oczy Joanny, patrzące z taką czułością i ciepłem, miękkością i… nienasyceniem. Rozpłakałam się przytulając czoło do jej ramienia. Przepraszając, jak niepokorne dziecko. Jestem zepsuta.

Mamy niewiele czasu – powiedziała.

*

Musiałam mu o tym powiedzieć. Wydarłam krzykiem, co targało mną przed te parę miesięcy. Jego reakcja mnie zakoczyła:

Masz jakieś wyrzuty, że zburzyłaś zasady molarne? Hahahaha, ta kobieta tylko tobą potrząsnęła, trochę obudziła, ale ty nadal trwasz w półśnie. Rozumiem twój dylemat, molarność na wierzchu, niemoralność w środku, to jak wylewanie kubła zimnej wody na siebie. Ty czy ja jesteśmy bardziej słabi niż mocni, dlatego wcześniej czy później, z drżeniem serca, z niepewnością, przełamiesz się. No i złam się!

Za tydzień byłyśmy umówione na finalne oddanie naszych prac.

Jesteś garbem!


abu ali oraby

W pewnym mieście mieszał kamieniarz Ajio. Był pracowitym robotnikiem, spokojny i rzetelnym, ogólnie lubianym i szanowanym. Pewnego dnia Ajio zachorował. Była to choroba zwana garbem. Zebrało się aż czterech lekarzy, bo nie był to zwykły garb, a garb dziwoląg, garb kryptogenny (jest to pewna właściwość garbu, polegająca na tym, że lekarze nie wiedzą skąd się wziął). Lekarze chętnie oglądają niespotykane rzeczy, a takiej przypadłości nie widziano w miasteczku od 108 lat.

Zaczęli radzić.

Młody lekarz mówi: „Musimy coś zrobić, pomimo naszej bezsilności, bo uznają nas za nieuków”.

Starszy na to: „Będziemy leczyć go, czym mamy”.

Trzeci: „Ale jaki sens jest leczyć skoro nie na żadnych widoków na uzdrowienie?”

Czwarty: „Główną zasadą sztuki lekarskiej jest leczenie, podobnież jak celem śpiewania jest śpiewać, grania – grać. Leczenie nie ma nic wspólnego z widokami na uzdrowienie.”

Starszy wyrokuje: „Możemy wyleczyć chorego częściowo, np. włożyć garb w gips i zapobiec jego dalszemu rozrastaniu.”

Trzeci woła: „Jeśli nie umiemy całkowicie wyleczyć Aijo, to nie powinniśmy w ogóle go leczyć!”

Młody: „Całkiem nie można, ale można częściowo.”

Lekarze obradowali w podobny sposób bardzo długo. A garb na plecach Aijo rósł w zastraszającym tempie. Z małego pęczka zaczął obrastać w dziwaczne odrośle, które po krótkim czasie upodobniły się do części ciała – nóg, rąk, głowy… Wkrótce z garbu zrobiła się pełna postać, taka sama jak prawdziwy Ajio; natychmiast też zaczęła mówić. Podobieństwo Ajio i sobowtóra było tylko fizyczne. Ten drugi krzyczał i irytował się, że musi iść do tyłu a chciał zawsze do przodu (w końcu był gabrem), nie chciał pracować, wszystkich obrażał i pomstował na Ajio. Zrazu zaczął deklarować, że jest tym prawdziwym człowiekiem, a tamten pasożytem.

Zaskoczeni znajomi pytali garbu czy rzeczywiście jest tym prawdziwym Ajio, a on krzyczał na cały głos: „Oczywiście, że jestem prawdziwy! Czy wy oczu nie macie, znacie mnie przecież od lat?! A tamten to garb, który mi wyrósł!” Prawdziwy Ajio był człowiekiem skromnym i nieśmiałym, zagadnięty przez znajomych cicho westchnął: „Ja jestem Ajio”. Prawdziwy garb od razu wkraczał akcji: „Patrzcie go, garb chce być człowiekiem! Co za bezczelność! Utnijcie mi ten skórzany worek, bo sam uciszę tego potwora. Milcz, ty garbie parszywy!” Na każde nieśmiałe tłumaczenie Ajio, sobowtór wybuchł stekiem obelg, tyle razy klął i przysięgał, że ludzie uwierzyli, iż garb to prawdziwy człowiek. Nawet lekarze, przyjaciele i żona Ajio. Zrozpaczony człowiek zamilkł zupełnie.

Niedługo lekarze wymyślili lekarstwo na garb. Po wielu doświadczeniach z innymi garbami postanowili podać proszki Ajio. Kiedy przyszli do niego z dobrymi wieściami natychmiast garb zaczął uskarżać się nad swoją dolą i krzyczeć, by go wyleczyli. Prawdziwy Ajio cicho płakał, tłumacząc, że on jest człowiekiem, a tamten chorobą. Jakoż, że garb był mocniejszy w gębie wynegocjował od lekarzy kilkudniową kurację, która miała usunąć chorobę na zawsze.

Niemal od razu prawdziwy Ajio zaczął się zmniejszać, potem stał się zwykłym garbem na plecach garbu, aż znikł zupełnie. Sobowtór stanął wyprostowany, wolny od „ciemiężcy”. Wszyscy odetchnęli z ulgą, rozpierzchły się wątpliwości, bo skoro tamten znikł, był na pewno garbem. Ajio stał się sławnym człowiekiem, ale ludzie go nie lubili, ponieważ był złośliwy i szkodził, komu mógł.

Ajio źle się jednak czuł ze swoją wygraną. Brnął dalej. Kiedy spotykał znajomych zadawał im dziwne pytania: „Kiedy pozbędziesz się swojego garbu? Teraz są takie doskonałe lekarstwa!” Ludzie odpowiadali, że nie są garbaci, a na to on: „Wszyscy są garbaci, tylko ja jeden – nie! Ludzie z głupoty nie chcą się leczyć!” Wszyscy zaczęli się bać, że są rzeczywiście garbaci i codziennie przeglądali się w lustrach.

Niedługo Ajio zmienił taktykę, bo wmawianie ludziom, że są ślepi dość mozolnie szło. Oświadczył, że wszyscy są po prostu garbami, które wyrosły na plecach ich sobowtór, wiec samego garbu nie uda im się dostrzec w lustrze, widzi je tylko on, który przeszedł tą ciężką chorobę. „Ludzie, pozbywajcie się garbów za pomocą cudownych proszków!” – krzyczał, i zaraz do każdego– „Jesteś garbem, udajesz człowieka, a tak naprawdę zjadłeś człowieka i sam zostałeś, by mnie oszukiwać!”

Zaczepiał tak coraz częściej i więcej ludzi. Wszystkich zaczęły nachodzić wątpliwości. Aż w końcu ludzie uwierzyli, że są garbami. Zrobiło im się bardzo przykro, że popełnili taką niesprawiedliwość. Zaczęli kupować proszki i masowo je łykać. Nawet ci, którzy niedawno byli garbaci i pozbyli się garbów dzięki medykamentom.

Nikt z tych ludzi nie miał jednak garbu, wiec nie mógł go faktycznie stracić. Po pieszym okresie zażywania wszyscy z niepokojem stwierdzili, że coś im rośnie na plecach. Garby rosły i zmieniały się w różne części ciała. W końcu stały się kubek w kubek podobne do ludzi noszących je na plecach. Okazało się, że te same proszki, które likwidują garby chorym, powodują wyrastanie garbów u prostych. Ludzie za późno spostrzegli, o co chodzi. Na ich plecach wiły się wrzeczące o człowieczeństwo sobowtóry.

Ajio był wniebowzięty, miał teraz sporo koleżków, z którymi uknuł kolejną intrygę. Garby krzyczały, pomstowały i szydziły bezlitośnie z ludzi aż w końcu oświadczyły, że maja dość. Zaczęły zażywać cudowne proszki. W ten sposób powstało miasto garbów, którym nie było ani jednego garbatego.

Skrócona wersja bajki Garby Leszka Kołakowskiego.

Zastanawiam się, jak te garby mogły wytrzymać ze sobą i swymi paskudnymi charakterami. Nie, one nie mogły mieszkać w jednym miejscu, na pewno zapragnęły wolności poza murami miasta.

Bogaty żebrak


deviantart

„Kochano go już wcześniej, zanim został królem, i jego poddani, uszczęśliwieni tą koronacją, przynieśli mu wiele darów. Po ceremonii nowy król spożywał kolację w swym pałacu; nagle usłyszał pukanie do drzwi. Słudzy wyszli i zobaczyli nędznie ubranego starca, o wyglądzie żebraka, który chciał ujrzeć władcę. Robili co możliwe, by go od tego odwieść, ale na próżno. Wtedy król wyszedł, by się z nim spotkać; starzec obsypał go pochwałami, mówiąc, ze jest piękny i że wszyscy w królestwie są szczęśliwi, mając takiego władcę. Przyniósł mu w darze melon; król nie cierpiał melonów, ale chcąc być uprzejmym wobec starca, przyjął dar i podziękował, a ów człowiek oddalił się zadowolony. Król wrócił do pałacu i oddał owoc niewolnikom, by wyrzucili go do ogrodu.
Tydzień później o tej samej porze znów ktoś zapukał do drzwi. Znów poproszono króla, żebrak wysławiał go i podarował mu kolejny melon. Król go przyjął, pożegnał się ze starcem i ponownie wrzucił melon do ogrodu. Scena ta powtarzała się przez wiele tygodni. Król był zbyt uprzejmy, by uczynić starcowi afront i pogardzić szlachetnością jego daru.
Później, pewnego wieczora, właśnie w momencie gdy strzec przekazywał melon starcowi, z portyku pałacu zaskoczyła małpa i wytrąciła mu z rąk owoc; melon roztrzaskał się na tysiąc kawałków o fasadę pałacu. Kiedy król spojrzał, ujrzał deszcz diamentów sypiących się z serca melona. Niespokojny, pobiegł do ogrodu na tyłach pałacu – wszystkie melony rozłożyły się, a dookoła nich leżały wysepki kosztowności…”

Melissa P. Sto pociągnięć szczotką przed snem

Niech każdy interpretuje po swojemu, może zobaczy to, co w tym opowiadaniu ujrzała Melissa?