Na łyżeczce kawy, na fragmencie cienia
Tracę czujność w kłębuszku chwilowego ukojenia
Na szczyt wznoszę podmuch tchu radosny
Zmiany zapisu stosu strun łagodnych
Symbol znaczący ciało znakiem krwi zakrzepłej
Ból gorejącego leju i firmament pustki pradawnej
Co mam tobie po sobie zostawić
Ten znak cienia, rosnące obawy?
Rozkosz słodkiej krwi dawno już przebrany?
Smak kawy na łyżeczce porcelany?
Nie wiem czego trąci pietyzmem cale twe istnienie
Chcesz tylko mnie czy aż moje cienie…?
-
-
Zdusiłeś mnie swoim ciałem
Nie spałam – czuwałam
Tak bardzo nie bolało…
Zabrałeś – co chciałeś
Chłód nocy wyrwany przemocą
Linie bioder kołyską wyciętą
Próżne ręce dotykiem natrętneMowa nie wyrazi udręki
Lęk słabo wyrywa się z piersi
Cicho – krzyczy
Do świtu czas rytmiczny
Ogień kilka barw zdobędzie
Modlitwą o ranekOn wie jaki ból sprowadza
Kochanek kocha się droczyć
I…
Nie pozwala odejść -
Oplotłam Cię świetlistymi marzeniami
Jak święte drzewko nadziejąPragnienia spełnione przez Ciebie
Zapaliłeś w kolorowe lampkiOddalam Ci los mój potrącony
Oczami wypłakanych nocyZaufałam Twemu szczęściu
Otwartemu oknu Twego bytuUwierzyłam w Twoje łzy
W znaku smutku i radościUwierzyłam Twemu spojrzeniu
Zwierciadłu Twej uczciwościDałam wiarę Twoim dłoniom
Ciepłu brania i dawaniaUwierzyłam w Twe objęcia
Szczerą gościnę Twego sercaUwierzyłam w Twoje słowo
Wyraz miłości i nadzieiWierzę w Ciebie, przyjacielu,
Tak po prostu, w drganiu ciszyWierzę Czasie mój wybrany
W Tobie myśli mej skupienieDla tych, których udało się skupić w tym czasie.
-
Nie lepiej było na tym łez padole
Zamknąć się w czarnej skrzyni, w cichości skryć dłonie?
Nie lepiej na skrzydłach babiego lata
Nitki plątać we włosy, niż strzelać z cienkiego bata?A chciałam poklasku, sceny ręcznie rzeźbionej
Kolumn strzelistych, poświaty mitycznej
Zbudować Arkę na szklanym zegarze
Tam czas zatrzymać w pragnień bezmiarze
Wiatrom wyjącym na oceanie
Okrętową toń zmieniać w białą porcelanę
Spleść dusze dotknięte ustami
Gonić śmierć kroczącą zmiennymi ścieżkamiNie uniosę dziś słów krzykiem wołanych
Ni myśli moich innym zaprzedanych
Nie wyszepczę wiatrom najczulszych pieśni
Nie odwrócę toni, nie uratuję okrętów przedwcześnie
Nie pofrunę do ciszy w konarach drzew wielkich
Nie zaplączę śmierci dróg nieludzkich
Arka zatopiona pod kłamstw kamieniami
Dryfuje gdzieś po dnie usianym marzeniamiTeraz, gdy serce na wskroś zbrukane,
pytam: dokąd podążać dalej?
Nie ma odwrotu, nikt już nie przyjmie
Ani ciemna skrzynia brata
Ni nić we włosach babiego lata -
Ślubne zdjęcie kpi sobie dziś,
poorane zmarszczkami na ścianie.
Z tych, którzy postanowili się więcej nie dotykać.
Zagubieni w sobie za barykadą prozy życia,
autostradą dotyków i fortyfikacją słów,
ciężkich cegieł obowiązku, gonitwą za wielkim szyldem miłości
Zapomnieli się… między pierwszym krokiem najmłodszego syna,
a egzaminem dojrzałości najstarszej córki.
Próbując rozwiązać kawałek nici zaciskali ją coraz mocniej.
Widzieli tylko swoje JA.
Dwa jabłka wyschłe na jednym bezlistny drzewie
Wtedy, po pysznej nocy, chciał wyrazić
jak obawia się śmierci
Wyszeptał jedynie coś o pięknie jej piersi.
Skulona w poduszkę
krzyczała w ciemność
- kim jesteś?!
Spał głucho snem niedźwiedzim w głębokiej zimie.
Ona szukała ukojenia w farbach na płótnie,
wrażliwości męskiej w minionych epokach.
On wznosił mauzoleum na stosie bitów,
za murem czytelników, w całunie alogicznych oblicz.
Żyli za zimną taflą pustego lustra,
obustronny dotyk w głaz zamieniony.
On i jego wyobrażenia o niej.
Ona i jej wyobraźnia o nim.Kiedy miłość kona nie czas na wściekłe potyczki.
gdy płomienne ciała trwonią swój ogień.
Miłość leży pod zwałem gruzu, przybita dogasa
sama na spodzie
po gładkiej ścianie nie mogąc się wydobyć. -

Granica prawdy i fałszu w oparach istoty cienka,
Zanika, nie odróżniona jedna od drugiej
Krążą w niej zmory realnego świata,
absurdy nonsensu -
W każdym z nich trącana za sznurek gram dla potrzeb teatru
Co dnia nowa odsłona, co dzień nowe przedstawienie
Wzory zapomnianych treści wciskane w żebra kuksańcem -
krzyczą: Graj!
Reżyser nielitościwy ciągnie za uprzęże,
szarpie słowami
Póki spod strzemion nie tryśnie krew,
dopóki nie trzaśnie drewniany krzyżyk pod ciężarem bezwładnego ciała
Padam – kurtyna opada,
Podnieść się nie daje rady;
złamane ręce, złamane nogi, złamane serce
Jutro znów świtem zerwana w blasku rosy rześka wstanę,
Zapomnę, co to krzywdy, co złego czynił bliźni
Z uśmiechem powitam pantomimę, moją małą scenę



