
Codziennie więcej słów szepce mi życie
Z sieci pajęczej wyplata koszyki, klei koperty
Pakuje w niezamknięte zdania
I rzuca na wiatr
Wczoraj z rosą maja, dziś – wrześniem babiego lata

Codziennie więcej słów szepce mi życie
Z sieci pajęczej wyplata koszyki, klei koperty
Pakuje w niezamknięte zdania
I rzuca na wiatr
Wczoraj z rosą maja, dziś – wrześniem babiego lata
Dałeś mi Boże papierowy świat
Papierowe okna kredytowych kart
Papierowy dotyk niestabilnych rąk
Papierowy stół, łóżko, papierowy kąt
Papierowe latawice w temblaku zwinięte
Rwą serce w tekturowym pudle zamknięte
Gonię gdzieś w papierowe dni
Na bibułkowej drodze tylko szelest tkwi
Ile on jest dzisiaj wart?
Papierowy domek z kart..

Gonię dwa kroki za światem
Nie nadążam, nie przyspieszę
Nie chcę
O krok za późno, by ominąć ciebie
Zderzenie z poduszką
Miękką jak cegła
Trafia się o krok za późno
By nie zniszczyć siebie
Zwalniam o krok
Popatrzę, jak ścigają się inni
Trzy kroki później będę na zakręcie
Zdążę zahamować jeszcze

Zakłada nową sukienkę
Zdobne myśli w biel weselną
Z szarości chleba powszedniego
Czerwienią zachodu nieba
Nadzieją na błękitną pogodę
Zakłada suknię odświętną
Jak zbroję
Emocje to wyborny materiał
Gatunek z mgieł
Cerowanych po stokroć dziur
Dłonią czasu i milczeniem srebra
Zakłada prostą sukienkę
Dotyka niezmiernie cicho
Ciała z zieleni szumiących symboli
Rozplata tkankę słów
I dzierga werset z pocałunków
Naprawdę nie wiem kim jesteś.
Akceptujesz? Westchnienie ukojonej duszy w mrokach modlitwy.
Ból? Rozmowę z pasją cierpiętnika.
Marzenia? Tylko przyziemne.
Uśmiech? Powaga życia zmusza do tego.
Wierzysz? W proste słowa zasznurowane w wysokie szpilki.
Zmiany? Wzmogą ruch osiągnięć.
Upór? Przetrwanie ciężkich czasów.
Miłość? Pomnożysz i podzielisz.
Przyszłość? Wiara, zmiany, upór i miłość.
Wybaczasz? Zawsze, gdy jestem.
Milczysz?
Milknę.
Już nie zapytam.
O email.

Pytasz mnie wędrowcze o drogę
Gdzie jadło przednie, łóżko szerokie
Odradzić ci jedno mogę
Tamto miasto, gdzie niebo ściele swój proporzec
Tam znój i biedota spotkać tylko może
Ta osada, we mgle skąpana
Siedliskiem szczurów wygryźć chce człowieka
A tamta z kolei lękiem rozbojów
Drażni, kaleczy, istnienie narzeka
Poradzić ci nic nie mogę
Pustelnika życie, kolczaste druty
Przywdziewać i cieszyć się chwilą
Nie patrz na żaden brzeg
Miasto w sobie masz, nie przebyte żadną milą
ty i ja
oryginał i falsyfikat
mnie obmywa wiatr północny
zenitem skręcający loki
ciebie we władanie bierze ciało
oplata cieniem obcych westchnień
ja i ty
przyczyna i ofiara
mnie przygwoździł algorytm
współczynnik niedoskonałości
ciebie worek z biedą
niezaspokojona potrzeba pożądania
ty i ja
alkoholik i ozdrowieniec
mnie nie starcza sił
czary kielicha uchylić
ty spijasz z wierzchu
najlepszy nektar
ty i ja
spełnienie i niespełnienie
mniej wystarcza ból
by czuć, że żyję
ciebie przeszywa rokosz
kilkakrotnego orgazmu
dwa drzewa na pustyni
spragnione cienia
ja i ty szukamy w sobie schronienia
marząc, że świat spokój przychyli