• Nocne rozmowy N, 16 października 2011 Komentarzy: 14

     

    Nie jest na najlepszym tonie spóźniać się, wiedząc, że gospodarz będzie czekał. Ba! Gospodarz i cała aula pokonferencyjnych gości. Medycy, laboranci, Ę i Ą, itp., itd. I oczywiście cały zespół. Po takim wyczynie przyrzekam sobie punktualność co do sekundy, a najlepiej parę minut przed. Wymówki, że wjechałam nie w tę uliczkę, że na trasie od pół roku robi się wąskie gardło w dwóch kierunkach, niczym nie usprawiedliwia niecierpliwych spojrzeń 300 osób w sali.

    Ufff, już po, zgasły światła. Na scenę wychodzi Federacja i sypie grypserą medyczną, chcąc nawiązać do skondensowanej wiedzy z dwóch poprzednich dni. Sypią się oklaski i śmiech. Muzyka łagodzi obyczaje i rozładowuje stres. Małe dzieci, może 5-6 letnie przysypiają na miękkich fotelach. Lekarze przyjechali całymi rodzinami, nierzadko jest nim ojciec i matka, a dzieci pójdą w ich ślady.

    Od września trwa okres konferencji, warsztatów i tym podobnych podsumowań. Niekiedy koniec roku bywa przyczynkiem do pośpiesznego wydawania pieniędzy, a na inne cele nie da się ich przeznaczyć. Wiec można nieźle skorzystać zapisując się niemal w ostatnim dniu, nawet godzinie. Znając moją niepunktualność i wykorzystanie ostatniej minuty, korzystam. Ale tym razem czeka mnie długa droga i nikt na mnie nie będzie czekał, a bardzo zależy mi na spotkaniu. Zapobiegliwie wyjadę dzień wcześniej :D .

  • Nocne rozmowy Wt, 22 marca 2011 Komentarzy: 18

    Teatr MOMO

    Teatr MOMO

     

    Okazja, zanim jeszcze piastowała stanowisko i musiała zjeżdżać kraj wzdłuż i wszerz (patrz wcześniejsze wpisy), była zupełnie zagubioną myszą. Ba! nawet po ukończeniu dwóch fakultetów nie była pewna, czy praca związana ze studiami jest jej życiowym celem. Dla pierwszej specjalności zrezygnowała z tańca i malowania. Nie miała czasu na nic prócz nadrannego logowania się w firmie; statystyki, cyferki i papierki, potem lunche i obgadywanie szefa, koleżanki, następnie stawanie się kodem kreskowym w nowym programie genialnego ścisłego umysłu. Dostała awans za nie wypowiadanie się i bycie grzeczną w stosunku do starszego kolegi. Zazdrościły jej tej szybkości koleżanki i przez nie zrezygnowała. Zawiść, sama nie znała tego uczucia, ale doświadczyła na sobie. Głównie chodziło o ekonomię i biologię, bo jak się jedno ma do drugiego? Jak można ciągnąc dwa tak różne kierunki? Okazję jednak pociągało poukładanie i logika w ekonomii, a w biologii eksperymentowanie. Gdyby ktokolwiek obserwowała, z jakim zapałem i delikatnością odkrywa ze skalpelem tajemnice ciała rozpłaszczonej na stole i jeszcze dychającej żaby, nie miałby wątpliwości, że kiedyś będzie znanym anatomem albo patomorfologiem. Pomimo, że wiele wyrzeczeń kosztowało ją żeby dostać się do działu ekonomicznego wielkiej korporacji i jeszcze więcej, by przeżyć tam rok (i zasłużyć na awans), zrezygnowała. Praca zajmowała jej całe życie, cały czas wolny, jeżeli nie była w biurze denerwowała się dniem następnym, nie tylko papierami, programami, ale znajomymi, z którymi nie było jej po drodze.

    Chciała wrócić na studia, gdzie było ciężko, ale po kilku dniach wytężonej pracy miała wolne, dużo wolnego. Sesja była dwa razy w roku, tu – codziennie. Ogromny stres doprowadził do ucieczek w delegacje, potem choroby, kiedy zaczęły się zaległości – w narkotyki i alkohol.

    Obudził ją uliczny teatr. Porwana do tańca nad symbolicznym ogniem poczuła się znów wolna. Nie znała tych ludzi, mieli maski i podarte łachy, połamane skrzydła i beztroskę… Na chwilę zachciało się znowu żyć. Na chwilkę zapomniała swoją rolę trybika w pieniężnej machinie awansów i lalkowatej pozie życia.

    A potem pojechała z nimi do obozu, 20 km za miasto. Rano nie czuła głodu, właściwie żadnego. Ani drżenia rąk i makabrycznej chęci wypicia chociażby piwa, ani bólu stawów, brzucha, ssania w żyłach… czuła natomiast okrutne zmęczenie i szczęście. Nikt z trupy nie pytał o nic, dzielili się z nią prostym jedzeniem, ubraniem, a wieczorem były przedstawienia. Premiery, które nie miały powtórzeń. Każdy spektakl był czymś innym – miejscem, światłem, śpiewem, muzyką, ludźmi, którzy dawali porwać się jak ona. Niewerbalnym ładunkiem symboli dającym wiarę, że jeszcze można zobaczyć w pękniętym lustrze własne odbicie.

    Okazja objeździła ze swoim uśmiechem losu kawał kraju. Nie zadzwoniła do firmy, uciekła od obowiązku w dziecinną zabawę. Zasłoniła się kurtyną i grała niedokończoną za młodu rolę. A może na silę chciała ją przedłużyć, jak wtedy, gdy po przebudzeniu po pięknym śnie, nie udaje się zasnąć po raz drugi?

    Nie śpij, budził Okazję słaby wewnętrzny głos.

    Podniosła powieki i zobaczyła swojego mentora. Chudy człowiek o wesołych oczach założył jej kosmyk za ucho. Chcesz z nami zostać? – zapytał.

    W półmroku i duchoty wozu dostrzegła białe skrzydła, parawany, kurtyny, instrumenty… Zobaczyła w lustrze potarganą czuprynę, twarz, która bez charakteryzacji była zupełnie zwyczajna. Ciało bezwładnie leżące na przedpotopowej pryczy, bez finezji ruchów i głosu wydawało się groteskowe i nonsensowne.

    Zapytała tylko o datę i opuściła pojazd. Chciał ją zatrzymać, ale zamarł w półgeście, próbował coś powiedzieć albo się pożegnać, ale nie znalazł słów, bo jedyne myśl krążyły mu wokół poczucia wielkiej straty.

    Okazja wyszła w tym, w czym wybrała się w pewien nerwowy wieczór, przeszło rok temu. Stała w podziurawionych od tańca butach i żegnała swój ruchomy dom. Nie miała nic poza uczuciem ciepła wrześniowego błota pod stopami, gdzieś na mazurskiej wsi.

    Machała mocno głębokiemu snu w wielkiej firmie. I letargowi w teatrze.

     

  • Nocne rozmowy Cz, 11 marca 2010 Komentarzy: 23

    Wyobraźmy sobie (powiedział pewien pan, którego szacownego imienia nie wymienię), że poszukujemy wybranki/wybranka swojego życia. Hipotetycznie, nasz aktualny stan posiadania lub nie posiadania połowicy nie jest ważny. Tak się składa, czy z niepowodzenia, czy szukając rozrywki, iż zmuszeni jesteśmy skorzystać z ogłoszenia zamieszczanego w prasie. To jest, my ogłaszamy chęć zapoznania takiego a takiego kandydata, ale najlepiej jeśli byłby to artysta. Kryterium wyboru ma być nie jego zdjęcie, zachwalanie swego ego, a jedna, najlepsza praca. Trochę trudna sytuacja, bo prawdziwych artystów jak na lekarstwo albo jesteśmy nimi w większości. Nie wszyscy zainteresowani chcą jednak wysyłać swojej prace. Zakładam, że trochę odpowiedzi dostajemy. Niektórzy się oburzają, fukają, śmieją, w końcu z malutkiego stosiku zostają nam dwie prace. Takie:

    Na podstawie tych obrazów, z którym z artystów umówilibyście się na pierwsze spotkanie i dlaczego?

    I tak na marginesie, nie sugerujcie się faktycznymi autorami powyższych prac (pierwszym jest Picasso, drugim – Malewicz), ich życiorysy, czy fizjonomie nie mają z pytaniem wiele wspólnego.
    Brzmi to trochę ankietowo, ale ciekawi mnie pewien założony przeze mnie punkt widzenia :) .

  • Nocne rozmowy Cz, 11 lutego 2010 Komentarzy: 16

    Zdążyłam jeszcze wyprodukować zanim zastał mnie piątek. Tłusty czwartek jest chyba jedynym dniem, kiedy chce mi się smażyć faworki. Nie przepadam za pączkami, a faworki ze sklepu są uzdatniane dziwnymi zapachami. Skorzystałam z pretekstu i udało mi się po cześć zmieścić w czwartku, reszta ciasta leży na stolicy. Jutro ciąg dalszy tłustego tygodnia ;) .

  • Nocne rozmowy Cz, 10 grudnia 2009 Komentarzy: 14

    fot. własna Barceloneta

    fot. własna, Barceloneta

    Ile trzeba budować zaufanie, żeby swobodnie rozmawiać?

    Zaufanie może mieć różne rozmiary. Jest dużo zależności… czy to będzie facet czy babka, czy lekarz czy kolega z uczelni, jaki będzie miał rys twarzy, czy nie zdradzi się z niechcianymi zamiarami… A wzajemność? Podejrzewam, że jest jedną z podstaw, o ile opierana jest na szczerości. O wiele prościej zacząć rozmowę, kiedy mamy wspólny temat a potem, kiedy rozmówca odwzajemni i dołoży garść doświadczeń czy swoje wyobrażenia. Zaufanie rodzi się po paru spotkaniach. Powstaje jakaś forma kontaktu, oznaczająca istnienie zrozumienia, harmonii i jedności. Oczywiście zrozumienie nigdy nie będzie całkowite, ale można oczekiwać, że będzie poprawiało się w miarę rozwoju relacji i polepszania kontaktu. Gdy porozumienie jest głębsze rozmówca nie może dotknąć czy urazić. Jeśli powie coś, co może być odebrane, jako obraźliwe, polemista obróci to w żart albo nie potraktuje tego poważnie. Jeśli kontakt jest dobry powstaje nić zaufania i lubienia się, ale tylko wtedy, gdy druga strona jest zaangażowana we wzajemną rozmowę i ma pozytywne oczekiwania. Przyjaciel. Nieważne, czy to facet czy babka. Ważne, że zainteresował się mną jak człowiekiem, dawał wsparcie i cierpliwie słuchał. Na początku mówił on, ja słuchałam, nie mogąc wydobyć słowa. Nie umiałam wyrażać głośno swojego wewnętrznego świata, o uczuciach nawet nie wspomnę.

    Umiałam rozmawiać tylko sama ze sobą. Dialog ze światem ograniczał się jedynie do konkretów, oczywistych faktów i niezbędnych ogólników. Nigdy nie byłam kimś, kto mieli ozorem dla samego dźwięku słowa albo żeby nie czuć się samotnym. Jedni włączają telewizor, by wypełnić pomieszczenie, drudzy gadają bezgłośnie do własnych myśli. Bardziej odpowiadało mi to drugie. To on uświadomił mi, że nie umiem być sama ze sobą. Granica między rozmową ze sobą, a byciem ze sobą polega na umiejętności bicia się z niechcianymi sprawami. Nie dopuszczając trudności, nie konfrontując się bezpośrednio z czymś, co mi nie na rękę uciekałam, zagłaskując problem. Ale on był, rósł w siłę głęboko zepchnięty do podświadomości. Teraz uczę się wygrzebywać brudy i robię pranie. To boli, ale o wiele mniej niż, gdybym dawała mu się rozhasać i przejmować kontrolę. Ból jest oznaką choroby, ale uczucia nie bolą, a jednak większość ludzi nie zdaje sobie sprawy, że to one wywołują choroby fizyczne. Są objawy, robi się badania i nic, wszystkie narządy wewnętrzne są zdrowe, a ból pozostaje, jakby był bólem istnienia. Albo wręcz odwrotne – potrafimy wewnętrznymi myślami wywołać chorobę, np. raka. Każdy nosi nowotwór w sobie i wiele zależy od nas – czy i kiedy się uaktywni. Przyjaciel łagodzi ból, nie musi nic mówić, wystarczy, że jest i słucha. Czasem rzuci drobne pytanie, trafne spostrzeżenie i staje się lekarstwem na większość moje bolączki.

  • Nocne rozmowy Śr, 28 października 2009 Komentarzy: 15

    fot. foureyes

    fot. foureyes


    Człowiek ciągle szuka, w tej dziewczynie, w nicku, w rozmowie na czacie, w blogowych notkach. Dowartościowania, drugiej połówki, romansu, czegoś, co popchnie do przodu? Brakującego elementu wesołej układanki?

    Lubię przyglądać się ludziom, przez to poznaję siebie. Chociaż wiele z zachowań w necie jest podobnych realnym, tu, pomimo ograniczenia wizualnego, odwaga słów kreśli wyraźniej potrzeby szukających. I jest na to popyt, bo skoro nie udało się w prawdziwym świecie, może internet, przepastne źródło ludzkich charakterów, będzie nam sprzyjał w poznaniu kochanej połówki?

    Ludzie przeróżnie się dobierają, ale chyba celem każdego związku jest dążenie do ciągłego doskonalenia poprzez, chociażby, uzupełnianie się. Jeśli się rozstają przyczyną nie musi być wielka namiętność, a znalezienie partnera, który zastąpi lukę w ich rozwoju. Ona oczywiście rozpacza, przechodzi załamanie, bo widzi przy jego boku szansę dla siebie. On stwierdził, że ona go hamuje w domu, przy tym nie ma nic ciekawego do powiedzenia.

    Ile razy widzę ludzi, którzy szukają w drugim jedynego zadowolenia seksualnego bez poszanowania partnera, wybuchają gniewem w razie jakiegoś błahego sprzeciwu, żądają prezentów albo starają się o względy każdego, kto zapewni im dobry byt i bezpieczeństwo, i przychodzi mi na myśl małe dziecko. Czy też: on arogancki, chce upokarzać, chwali się, że jest niewierny żonie, aby pokazać jaki jest silny i pozbawiony skrupułów. Wyłącza ją z życia towarzyskiego, traktuje z ironią, okazuje niezadowolenie i krytykuje.

    Nietrudno było mi się dokopać, o co w tym wszystkim chodzi (choć nie tego szukałam ;) ). A chodzi o narcyzm, rozwój psychoseksualny dziecka.

    Widzimy to codziennie, jak nie karmi nas telewizja, to artykuły w gazetach albo koleżanka przy kawie. Niektórzy pozostają dziećmi, chociaż metryka mówi coś odmiennego, i w partnerze szukają wyrównania braków w rozwoju. Partner, jeśli wyrósł z narcyzmu, prędzej czy później odejdzie, chcąc rozwijać się dalej i pełniej z równym sobie człowiekiem.

    Faza narcyzmu u dziecka kończy się, kiedy zda ono sobie sprawę, że miłe i niemiłe zdarzenia są powodowane przez tę sama osobą. A co z dorosłym człowiekiem, który bierze drugiego, jako przedmiot własnej użyteczności, pasożytuje na nim, jest zawistny i nic nie daje w zamian, ani uczucia, ani pieniędzy?

    W internecie bardzo łatwo się pomylić i choć istnieją szczęśliwe związki dwóch sieciowych połówek, zastanawiałabym się czy uporczywe szukanie kolejnego romansu, bliskiej osoby ma sens. Po pierwsze inna rzeczywistość, po drugie i przede wszystkim – drugie, trzecie związki mogą się nie udać w ten sam sposób jak pierwsze, bo nic się wewnętrznie nie zmieni w szukającej osobie. Ona szuka rozwiązań zewnętrznych, właściwego obiektu, który zaspokoi jej narcystyczne kaprysy. I nawet dziesiąty partner, tak bardzo upragniony, nie będzie mógł być odnaleziony.

  • Nocne rozmowy Pt, 16 października 2009 Komentarzy: 15

    fot. Ilidio Fernandes

    fot. Ilidio Fernandes


    Czy pani jest dziś przygotowana? – zapytał.

    Głupio mi znów go zawieść. Pewnie miał nadzieję, że usłyszy coś pikantnego albo ciekawszego niż poprzednio. Moje codzienne ble-ble nie zainteresowałoby żadnego faceta, ale mi po prostu było go szkoda, bo skoro co chwilka słucha skwierczeń starych panien, a co gorsza znudzonych mężatek, to niebawem stanie się zramolałym capem i nawet mnie, gnuśnej babie, nie będzie chciało się z nim gadać. A to nie pomogłoby jego karierze.

    Nie, miałam dziś za dużo sympatii dla tego pana. Moglibyśmy na przykład wyjść na spacer, policzyć emerytów na ławce i zastanowić się skąd tyle frustratów na świecie. On by powiedział, że z niezaspokojonych potrzeb, a ja, że z nieodpowiednich partnerów. Albo zaczepić panią rozdającą bankowe ulotki – pani długo tak musi stać? Dopóki nie rozdam wszystkich, wyjaśniłaby, ale w taką pogodę prawie nikogo nie ma na ulicy, wiec postoję cały dzień.

    O kurde! Zapomniałam! Dziś atak zimy! Proszę pana, wracamy do pokoju, nie ma spacerku – przykro mi…
    Popatrzyłam na jego uśmiech i nadzieję, że w końcu się wydarzy się coś ciekawszego niż nowe obicie fotela czy tablica edukacyjna.

    - One nie mówią i nie czują – pani, tak. Proszę…
    …nie fantazjować – dokończyłam za niego.

    Zamknęłam oczy i dałam ponieść się przeszłości. Sytuacjom i skojarzeniom.

    Biel. Białe czapy śniegu uwieszone na zielonych liściach. Ciężkie gałęzie grona niemalże całują ziemię. Z miłości? Plują na chodnik z nienawiści do zawirowań pogody! Jedna z białych czap spada mi na głowę. O jakie szczęście, że nałożyłam czapkę. W butach chlubie. Niezgrabne płaty śniegu oblepiają ubranie, lecą na szyby, a stykając się zmieniają się w strużki wody.

    Biel to: gołębie szukające schronienia w załamaniach starych kamienic, zaczepiające przechodniów na skwerze, śmiało wydziobujące resztki bułki z ręki dziecka; Paryż i „Spóźnienie kochankowie”; użyźnione odchodami pomniki Szopena i Zygmunta III Wazy i mój balkon na dziewiątym piętrze. Zasrańce zlatywały się na wszystkie balkony, ale większość była zabudowana, wiec siłą pędu lądowały na naszej balkonowej kuchennej szafce. Już dawno dałam sobie spokój ze sprzątaniem białych odchodów, chyba, że w planach było rozpalanie grilla. Ale tego ranka zdarzyło się coś dziwnego. Padało gęsto, najpierw śnieg z deszczem, potem deszcz. W tej agonii pogody usłyszałam walenie w drzwi balkonowe. Jak ktoś mógł być na balkonie?! Bzdura! Ale przed wejściowymi drzwiami nikt nie stał! Dostałam omamów, kiedy zobaczyłam na balkonie faceta w białym podkoszulku ślizgającego się gołymi stopami… wiadomo, po czym. Gołąb zamieniony w człowieka? Nie otworzyłabym zasrańcowi, człowiek jednak miał pierwszeństwo! Wpadł do mieszkania jak na skrzydłach i począł dziękować. Chciał już wyfrunąć, kiedy, po parosekundowym dyszeniu, zażądałam wyjaśnień.

    - Pan jest gołębiem pocztowym? Przynosi pan dobre nowiny?

    Popatrzył ma mnie jak na mocno zawianą, choć to od niego niezdrowo pachniało wiatrem i przetrawionym bimbrem.

    - Ej, chcesz wrócić na balkon do pobratymców?! – zastawiłam mu drogę do wyjścia.

    Okazało się, że nie jest gołębiem, tylko zwykłym facetem z jedenastego piętra. Koledzy chcieli kolegę troszkę przewietrzyć i wystawili na balkon. A że szybko zapomnieli o podaniu mu reszty odzienia i zakonczonym czasie wietrzenia, spowodowało to desperacki czyn kolegi – gołebia, czyli zejście piętro niżej. Desperacją było rozbicie okna, ale schodzenie po balustradzie w strugach deszczu zakrawało… Na co? Na świętą gołębicę? Pani z dziesiątego piętra odmówiła wpuszczenia kolegi, a raczej wypuszczenia, z mieszkania, bo czyn ów powtarzał się już po raz któryś. I pewnie podejrzewała, że kątem oka jej nieproszony gość łapie do pamięci co cenniejsze przedmioty. Nastraszony policją zszedł na dziewiąte. W moim mieszkaniu też mogło w nikogo nie być… właściwie dziwie się, dlaczego kolega nie zmierzył się z całym blokiem? Miałby co opowiadać koleżkom przy partyjce rozbieranego pokera.

    - Może pani nie ironizować?
    - On chciał tylko przetrwać, to pierwotna potrzeba…

    Otworzyłam oczy. Za oknem było biało.

    - Może jednak pójdziemy na spacer i ulepimy bałwana?
    - Bałwany nie przetrwają w cieple, nawet jeśli przebrałaby go pani w białą koszulę…

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

luty 2012
P W Ś C P S N
« stycznia    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  

Kategorie

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u