Teatr MOMO
Okazja, zanim jeszcze piastowała stanowisko i musiała zjeżdżać kraj wzdłuż i wszerz (patrz wcześniejsze wpisy), była zupełnie zagubioną myszą. Ba! nawet po ukończeniu dwóch fakultetów nie była pewna, czy praca związana ze studiami jest jej życiowym celem. Dla pierwszej specjalności zrezygnowała z tańca i malowania. Nie miała czasu na nic prócz nadrannego logowania się w firmie; statystyki, cyferki i papierki, potem lunche i obgadywanie szefa, koleżanki, następnie stawanie się kodem kreskowym w nowym programie genialnego ścisłego umysłu. Dostała awans za nie wypowiadanie się i bycie grzeczną w stosunku do starszego kolegi. Zazdrościły jej tej szybkości koleżanki i przez nie zrezygnowała. Zawiść, sama nie znała tego uczucia, ale doświadczyła na sobie. Głównie chodziło o ekonomię i biologię, bo jak się jedno ma do drugiego? Jak można ciągnąc dwa tak różne kierunki? Okazję jednak pociągało poukładanie i logika w ekonomii, a w biologii eksperymentowanie. Gdyby ktokolwiek obserwowała, z jakim zapałem i delikatnością odkrywa ze skalpelem tajemnice ciała rozpłaszczonej na stole i jeszcze dychającej żaby, nie miałby wątpliwości, że kiedyś będzie znanym anatomem albo patomorfologiem. Pomimo, że wiele wyrzeczeń kosztowało ją żeby dostać się do działu ekonomicznego wielkiej korporacji i jeszcze więcej, by przeżyć tam rok (i zasłużyć na awans), zrezygnowała. Praca zajmowała jej całe życie, cały czas wolny, jeżeli nie była w biurze denerwowała się dniem następnym, nie tylko papierami, programami, ale znajomymi, z którymi nie było jej po drodze.
Chciała wrócić na studia, gdzie było ciężko, ale po kilku dniach wytężonej pracy miała wolne, dużo wolnego. Sesja była dwa razy w roku, tu – codziennie. Ogromny stres doprowadził do ucieczek w delegacje, potem choroby, kiedy zaczęły się zaległości – w narkotyki i alkohol.
Obudził ją uliczny teatr. Porwana do tańca nad symbolicznym ogniem poczuła się znów wolna. Nie znała tych ludzi, mieli maski i podarte łachy, połamane skrzydła i beztroskę… Na chwilę zachciało się znowu żyć. Na chwilkę zapomniała swoją rolę trybika w pieniężnej machinie awansów i lalkowatej pozie życia.
A potem pojechała z nimi do obozu, 20 km za miasto. Rano nie czuła głodu, właściwie żadnego. Ani drżenia rąk i makabrycznej chęci wypicia chociażby piwa, ani bólu stawów, brzucha, ssania w żyłach… czuła natomiast okrutne zmęczenie i szczęście. Nikt z trupy nie pytał o nic, dzielili się z nią prostym jedzeniem, ubraniem, a wieczorem były przedstawienia. Premiery, które nie miały powtórzeń. Każdy spektakl był czymś innym – miejscem, światłem, śpiewem, muzyką, ludźmi, którzy dawali porwać się jak ona. Niewerbalnym ładunkiem symboli dającym wiarę, że jeszcze można zobaczyć w pękniętym lustrze własne odbicie.
Okazja objeździła ze swoim uśmiechem losu kawał kraju. Nie zadzwoniła do firmy, uciekła od obowiązku w dziecinną zabawę. Zasłoniła się kurtyną i grała niedokończoną za młodu rolę. A może na silę chciała ją przedłużyć, jak wtedy, gdy po przebudzeniu po pięknym śnie, nie udaje się zasnąć po raz drugi?
Nie śpij, budził Okazję słaby wewnętrzny głos.
Podniosła powieki i zobaczyła swojego mentora. Chudy człowiek o wesołych oczach założył jej kosmyk za ucho. Chcesz z nami zostać? – zapytał.
W półmroku i duchoty wozu dostrzegła białe skrzydła, parawany, kurtyny, instrumenty… Zobaczyła w lustrze potarganą czuprynę, twarz, która bez charakteryzacji była zupełnie zwyczajna. Ciało bezwładnie leżące na przedpotopowej pryczy, bez finezji ruchów i głosu wydawało się groteskowe i nonsensowne.
Zapytała tylko o datę i opuściła pojazd. Chciał ją zatrzymać, ale zamarł w półgeście, próbował coś powiedzieć albo się pożegnać, ale nie znalazł słów, bo jedyne myśl krążyły mu wokół poczucia wielkiej straty.
Okazja wyszła w tym, w czym wybrała się w pewien nerwowy wieczór, przeszło rok temu. Stała w podziurawionych od tańca butach i żegnała swój ruchomy dom. Nie miała nic poza uczuciem ciepła wrześniowego błota pod stopami, gdzieś na mazurskiej wsi.
Machała mocno głębokiemu snu w wielkiej firmie. I letargowi w teatrze.