• Anioł cień

    fot. własna

     

    Kiedy o pierwszej w nocy zadzwoni telefon, a wy przed paroma minutami położyliście głowę na poduszce, nie denerwujcie się, że nawet we własnym łóżku nie macie świętego spokoju. Nerwy to najgorszy składnik, jaki możecie użyć tej nocy.

    Zanim zdążycie zakląć w słuchawkę do stu diabłów po drugiej stronie odezwie się małe (!) dziecko – NIE MOGĘ ZASNAĆ… I wtedy zacznie się przyzywanie anielskich zastępów i odganiania złego.

    Pierwsza noc daleko od domu rodzinnego bywa niebezpieczna; obce łóżko wkuwa w ciało wszystkie sprężyny, a z szafy wychodzi jakieś licho. Niepotrzebne bezsenna. Chyba nie ma takiego człowieka, który miałby łatwość spania w takich warunkach. To wtedy atakują głowę wszystkie odrzucane za dna zmory.

    Odsuwam natychmiastową chęć pojechania 150 km gdzieś w nieznane. Z autopsji wiem, że ranek będzie pachniał przygodą, a następna noc powali kamieniem. A w słuchawce chlipanie: NIE MOGĘ SPAĆ…

    Automatycznie wiem coś, czego i mi kiedyś zabrakło, i opowiadam odruchowo (jak dobrze, że są telefony komórkowe!):

    Zamknij oczy i wyobraź sobie zaczarowaną krainę, po której można przemieszczać się tylko dywanem… Z jednej strony otaczają ją góry, z innych las i morze z malusieńką wysepką pośrodku. Czarodziejski dywan jest puszysty, w kolorach, jakich lubisz najbardziej, i czaka na ciebie na leśnej polanie, aby pokazać ci jeszcze nieodkryty kraj… Jest bezpiecznie, nie boisz się czekających przygód…

    Gdyby każde dziecko miało szansę usłyszenia podobnej bajki z ust bliskiej osoby w podobnych okolicznościach nie byłoby tylu nieprzespanych nocy. A ile z nich, będąc dorosłymi już ludźmi, pamięta o koszmarach pierwszej nocy w obcym miejscu? Ja niestety nie pamiętam, a jeździłam często na obozy i kolonie. Najczęściej nikogo tam nie znałam. Nie przypominam sobie tych nocy, bo jak większość nieprzyjemnych zdarzeń zepchnęłam je w najciemniejszy kąt niepamięci. A z nich rodzą się późniejsze lęki przed ludźmi, depresje i fobie.

    Z dala od domu, od znajomych, znanych przedmiotów i ulic dobrze mieć kogoś, kto zapewni namiastkę poczucia bezpieczeństwa. Dlaczego nie mógł nim być anioł stróż? Dzieci bezkrytycznie wierzą w anioły, bo zajmują one przestrzeń między światem wewnętrznym a zewnętrznym. Ta przestrzeń jest lalką, klockami, z których można zbudować zamek i mur, kołdrą naciągniętą na głowę albo jamą ze słomy lub siana. Czasem przytulają się do psa opowiadając o tym, co leży im na sercu. Dla dziecka przestrzeń między rzeczywistością a własnym ja, które jest jeszcze w fazie dojrzewania, stanowi zabawa – iluzje i fantazje. Co ciekawe, człowiek dorosły też posiada terytorium, w którym wyraża się, jako dziecko i jest ono jak najbardziej dorosłe. Bo czym jest religia i sztuka?

    W dzieciństwie nie przytaczano mi opowiadań biblijnych, ale tej nocy przypomniała mi się, czytana parę lat temu, opowieść o Hagar, Sarze i Abrahamie. Hagar, służącego Abrahama, zaszła z nim w ciążę, za co Sara potwornie ją traktowała. Hagar nie mogła znieść przemocy i uciekła na pustynię, skąd usłyszała głos anioła, by wracała z powrotem. Anioł coś jej obiecał.

    Można odnieść to do dzieci bitych i maltretowanych, wydanych na pastwę cudzej woli, opuszczonych, choć samotność i lęk jest krótkotrwała, ale przeradza się w niebotyczny problem. Są dzieci, które wcześniej, czy później uciekają albo wypierają uczucia i funkcjonują mechanicznie. Od razu stają mi przed oczyma dzieci milczące, snujące się pod ścianami sal rekreacyjnych, odmawiające udziału w zabawach i wycieczkach. A przecież chciały jechać, a może zostały wrzucone na głęboką wodę nauki dorosłości? Bądź co bądź potrzebny im jest azyl. Tak jak w historii z Hagar, w obcym miejscu dziecku jest źle. Nie ma ulubionego posiłku, nikogo nie zna, wszystko jest obce, i co oni od niego chcą – nie umie pływać! Anioł Hagar może miał białe skrzydła i nimb, anioł naszego dziecka ma postać pani sprzątaczki, kota – przybłędy, czy przywiezionego misia. I oni obiecują mu coś (szybki powrót do domu, ale nie natychmiastowy!), po czym uspakaja się dostrzegając istnienie innego świata, w którym jest ważne i kreatywne, i możne nawet przeleżeć tę straszną noc z otwartymi oczyma

     

    Tej nocy obawiałam się czy dorosła już wyobraźnia nie zwiedzie mnie na manowce. Za godzinę dziecko usnęło, ja dopiero, gdy zrobiło się całkiem jasno.

     

  • Niepamiętnik N, 17 kwietnia 2011 Komentarzy: 15

     

    Taniec z lalką

    Staliśmy przed wielkimi, ciężkimi drzwiami. Okazja była tam ze mną, trzymała mnie za rękę.

    - Dla kogo będzie to pierwszy raz? – podniosłyśmy ręce.

     - Nie byłyśmy jedyne, wokół rósł las pierwszych razów.

     - Dobra, to ja teraz otwieram te drzwi, a wy zajmijcie najlepsze pozycje. Jest ciemno, to dopiero próba, na premierze będzie całkiem czarno. Spróbujcie robić to po cichu, nie wybijacie się ponad, musicie być jak cienie, a nawet mniej – półcienie! Profesjonaliści robią to jakby ich nie było wcale. W żadnym razie nie możecie wchodzić na scenę, wychlać się ponad podest i na schody. Dozwolone jest pstrykanie zza kotary, ale trzeba przejść na tyły.

    - Szybki wstępik – zachichotała Okazja.

     Drzwi i zasłona, potem zimny poblask reflektorów na scenie. Dziwacznie ubrane dzieci i staruszkowie, wrzaski, zgrzyty i dźwięki nieokreślonej muzyki, światła zmieniające się co pół sekundy.

     - Zupełnie niefotograficzny ten spektakl. – szepnęłam – Wypisuję się! Nastaw serię, bo niewiele złapiesz…

     Okazja była już widzem i aktorem, znała sekrety kulis i czarno-czerwonych kurtyn, nie wiedziała jednak nic o roli tarzającego się pod sceną. Nie miałam sumienia odciągać jej od nowego zajęcia, które jak ulał przylgnęło do jej spodni. 

     No cóż, jedni nie dorastają do roli aktora, innych nigdy nie będą teatralnymi widzami, a do takich jak Okazja pasowało wiele. Nawet woda święcona tryskająca i na scenicznego diabła i na obiektyw aparatu fotograficznego.

    To był bardzo dziwny trzydniowy pierwszy raz. Okazja spędziła godziny pod sceną, wycierając światowy buci brud. Nie mogła potem ustać na wyprostowanych nogach i dotknąć posiniaczonych kolan. Tarzanie zostawiła na koniec, kiedy to kucanie sprawiało jej nieznośny ból. Przetoczyła się od wielkiego głośnika na scenę pod stopy starego drzewa. Ale zdjęcie było tego warte! Za kulisami dostała ochrzan, a jeden z fotografów zarejestrował ten wybryk. Zaszyła się wśród aktorów przygotowujących się do spektaklu. Próbowała z nimi rozmawiać, ale ni w ząb nie rozumiała języka. Może e-mail, łatwej będzie z tłumaczeniem… Rozprostowała nogi, ukradła parę kadrów i kulturalnie zeszła na widownię.

     - Wylecę z konkursu, jeśli dowie się ktoś z góry – usłyszałam w prawym uchu.

    Następnego dnia ów fotograf miał wypadek – czołówkę z łosiem. Uszedł poobijany, samochód do kasacji. Zdjęć nie oddał.

     - Maczałaś w tym palce?

    - Masz mnie za łosia? – Okazja wzruszyła ramionami.

     I kto tu jest widzem, a kto aktorem?

    Okazja, kiedy tylko nadarzała się okazja, z aparatem w rękach kucała, leżała, klęczała i turlała się w pobliżu teatralnej sceny. Związała się mocno z poznanymi tam ludźmi i do tej pory nie wiem, co tak rwało ich do siebie. Musieli być w kupie, na ich spektaklach nikogo nie dało się zastąpić. Tworzyli niepowtarzalny klimat dobrej zabawy, bez suflera śpiewająco grali swoje role zaharowywując się na śmierć.

     Świtezianka

    SANS, fot. własne

  • Niepamiętnik Pn, 1 listopada 2010 Komentarzy: 9

     

    fot. własna

    3 Sierpień

     

    Drogi mój, to już koniec. Ludzie boją się patrzeć na martwe ciało. Zimne, nieruchome, zesztywniałe, Zdają sobie bowiem sprawę z ulotności życia. Bronią się, bo śmierć ich bezpośrednio nie dotyczy. Jeśli są oni – nie ma jej, kiedy jest ona – nie ma ich.. Wolą widzieć oczami wyobraźni żywą osobę, a ściślej mówiąc to, co po niej zostało – wspomnienia, zasługi, osiągnięcia, dobra materialne. Nie podchodzą bliżej człowieka, któremu parę godzin wcześniej podawali rękę, czule się obejmowali, czy siadali przy wspólnym stole. Ciało jest już formą bezosobową – bezduszną, ale czy z racji braku obrony jest pozbawione szacunku? Śmierć. A czym ona jest? Czy tylko pozbawieniem człowieka ciała?

    ***

    Nie mogłam temu zapobiec, lecz umiałabym poskładać w jedną całość każdą cząstkę Twego ciała. Ale było już zimne…. Rigor mortis. Nikt tak po prostu nie umie wetknąć rurki z krwią, pobudzić elektrowstrząsami serca, jeśli już wystygło. Umarł mózg. Gdy Cię znaleźli następował już szybki rozkład ziemskiego bytu. Organizmy biorące udział w rozpadzie wysoko zorganizowanych białek – bakterie, glony, pierwotniaki – wprowadzały powoli rozłożoną materię do obiegu w łańcuch przemian. Kość udowa przebiła skórę, odsłaniając kruchość ciała. Wykrzywione żebra dźgnęły oba płuca, doprowadzając do odmy. Powietrze przedostawało się przez uszkodzoną opłucną płucną, co zadziałało jak zastawka – mogło wejść, nie mogło wyjść. Gdyby w miarę szybko nadeszła pomoc miałbyś jeszcze szanse… Chodź topnieją one przy uszkodzeniu kręgosłupa w odcinku C3 z rozerwaniem wyrostków stawowych, wiązadeł i krążków międzykręgowych.

    Wiem, że męczyłeś się kilka godzin. Małe jednokomórkowe żyjątka pojawiły się już w trakcie Twojej walki o życie. Jedne wypełzły z wnętrza organizmu: z ust, dróg oddechowych, jelit…Inne zaatakowały z zewnątrz. Zrobiły rewolucję w Twym organizmie. Posilające się dodatkowo tlenem spowodowały gnicie, a beztlenowe zapoczątkowały rozkład. Muchy tylko czekały, zwabione agonią, by dać pożywkę swoim larwom. Leżysz teraz cichutko pod grudkami czarnej ziemi i śmiejesz się do mnie ustami bez warg i oczodołami bez gałek. Wiem, że byłoby Ci raźniej gdybym była tam z Tobą i trzymała wyschłą już dłoń, recytując wersy ulubionych wierszy … Jednak stało się to tak szybko. Nie zdążyłam szczycić się uczestnictwem w orgii żywej materii, mającej takie samo prawo dawać życie, jak i je odbierać. Widocznie moja misja Tu nie dobiegła jeszcze końca. Mam tylko nadzieję, że nie przeraża Cię ciemność i świadomość, pełna świadomość tego, co się dzieje z Twoim ciałem.

    ***

    Twoja matka zabrała Cię tam skąd pochodzisz, do cichej wioseczki, gdzieś pod Ukraińską granicą. Maleńki kościółek, starzy ludzie brnący co niedzielę po dywanie z kolorowych liści. Wszyscy Cię tu znali. Ty jeden nie pozwoliłeś związać się kajdanami z ziemią, na której się wychowałeś… a trzymała Cię mocno matka Ziemia, matka Rodzicielka.

    Wyjechałeś, znalazłeś dom, pracę, żonę. Myślałeś; że uda Ci się stworzyć nowy świat z dala od korzeni? Wygrała… Znalazła dla Ciebie miejsce przy samym płocie, gdzie nikt nie przeszkadza w cichych modlitwach do Boga. Za towarzystwo dane Ci będą jedynie łany pszeniczne podpowiadające słowa wyszukanych próśb o ocalenie, wyrastające wprost spod grobów; wiosny zielone, niewinne wzrastające w życiodajne kłosy, kołyszące się na wiotkich łodygach. W Twojej wiosce jest maleńki młyn zaopatrujący jedyną piekarnię. Jak myślisz skąd bierze się ta mąka? Czyżby z tych łanów pszenicy przy cmentarzu?…

    To one karmią mieszkańców wioseczki chlebem, dają im ową starość i ściskają żelaznymi łańcuchami z matką Ziemią. Przyjadę tu za parę lat, słysząc turkot kosiarek i snopowiązałek, gdzie żółte kuczki dają cień zmęczonym ludziom pijącym zsiadłe mleko, a pociągowe konie ciągną mozolnie wozy pełne snopków. Z każdego podwórka będzie słychać warczenie maszyny oddzielającej plewy od ziaren. Koło młyńskie obracane pędem rzeki wprawiając w ruch żarna przyczyniać się będzie do zapewniania przetrwania; z wysokiego komina piekarni wydobywać się będzie wąska smużka białego dymu… Czy pozwoliłbyś mi spróbować tego chleba, z tej piekarni, z tego młyna, z tego łanu… nasiąkniętego Tobą? Muszę usłyszeć to, czego nie zdążyłeś mi powiedzieć i czego nie umiałeś wyrazić. Wyszepczesz mi czule wszystkie modlitwy poskładane w starodawny modlitewnik, jako wstęp do zadośćuczynienia za uciechy cielesnego żywota. Podpowiesz jak należy się modlić, by nie zatracić się w materializmie i uzyskać przebaczenie za to, co się chciało się zrobić dobrze, a co zrobiło źle… Czy mogę pić Twoje soki?

    Spij spokojnie
     

    P.S. Wiem, że masz kontakt z Aniołami. Proszę, wyślij mi chociaż jednego do pomocy. Tak wielu ludzi ginie bezsensowną śmiercią.

  • Niepamiętnik Śr, 11 sierpnia 2010 Komentarzy: 32

    fot. własna


    Warto uciekać z domu. Z bloga trudnej, bo albo się jest literą, albo z tej krainy się niknie. Piszę, żeby ślad został chociaż po chęci, że spróbuję poczuć się na chwilkę kimś innym. Wróżę niestety, że stereotypy myślowe podążą za mną. Jeśli mi się nie uda – powklejam tylko fotki.
    Dlaczego uciekłam, i od czego.

    Bo jakie są podobieństwa w ucieczce dorosłego i nastolatka? Wielkie. Ten drugi chce pobyć trochę sam, z dala od nerwowych, rozpitych, zabieganych, olewających i karzących (itp…) rodziców, którzy uważają, iż odrobina ciepła nie należy się dziecku, które przekroczyło dziesiąty rok życia. Być może na wygnaniu spotka kogoś, kto go zrozumie, pokaże inne drogi, pomoże, przytuli… i być może zostanie dzieckiem ulicy. Wybór ucieczki dorosłego ściele lepsze perspektywy, chodzi głównie o kasę. Oczywiście w tym przypadku nazywam to wakacjami/urlopem/wojażami, ale nie da się ukryć, jest to ucieczka od szarej rzeczywistości, krzywej twarzy szefa, rachunków, garów i …dzieci. Wiec albo one uciekają, albo ja. Lepiej jeżeli one popilnują obtłuczonych ścian, podleją na śmierć kwiatki, wściekle pomuzykują z kolegami, nźli mieliby spać pod mostem i żywić się odpadkami.
    Obydwa byty chcą tylko wolności.

    Uciekłam od dzieci – swoich i nie swoich.
    Od własnych. Od bycia matką i ojcem jednocześnie. Od wyszarpywania sobie skrawka świętego spokoju. Od mijania ich w drzwiach kuchni z pytaniem: co z ciebie wyrosło? Od niechybnego tracenia ich z każdym krzykiem o nie wyrzucone śmiecie. I od strachu z braku wiedzy na trudne i banalne zadane przez nie pytania.
    Uciekłam też od dzieci cudzych. Cudze dzieci, w odróżnieniu od moich, jak również od większości dzieci, nie mogą uciec nigdzie, więzi je własne ciało. W tym wypadku uciekłam od swojej nadszarpniętej cierpliwości, od rozmów i tłumaczeń wciąż tych samych tematów, od nałogu kreatywności w organizowaniu prac na coraz niższym poziomie, z czego połowa jest wykonana przeze mnie, co doprowadza moją ambicję do poczwórnej apelacji. I jeszcze od bycia babcią klozetową, kuchtą, fakturzystą, grafikiem, terapeutą, fotografem, wnioskodawcą projektów UE, nie mając stałego zatrudnienia…

    To niestety tylko część listy z wynurzeniami – dlaczego uciekłam. Będę jeszcze uciekała…

  • Niepamiętnik Wt, 27 lipca 2010 Komentarzy: 10

    Zadarłam głowę szukając Okazji. Zadzierałam długo i wysoko, bo siedziała w najwyżej stojącej gondoli wielgachnego Młyna.

    - Złaś stamtąd! Chcesz się porzygać!? – krzyczałam, a głos rozbijał się o gorące powietrze.

    Nigdy nie była tak wysoko. Kołysała się na najwyższym szczycie leżącego u jej stóp miasta. Czuła się znów jak mała dziewczynka, która przestępowała kolejny próg wtajemniczenia. Na chwilkę mogła być duża w świecie dorosłych. Ba, to ona była największa, pod spodem, jak mrówki uwijali się Oni.

    - Pracujcie, ja popatrzę!

    Na dole majaczyła karuzela z wielkimi-małymi końmi i karetami, diabelska kolejka, młot i samochodziki.
    Poprzez przymknięte powieki, dostrzegła chłopca, który prosi opiekunów o watę. Mała dziewczynka sięgnęła w pęk podejrzanych, długich sznurówek. Pani, spośród brudnych lalek i spłowiałych misiów wyciągnęła znów piłeczkę do ping ponga! A to pech, matka zbeształa ją za wyrzucone pieniądze. Ja chcę na strzelnicę! To ona z okiem przy wygiętej lufie wiatrówki próbuje ustrzelić dziurawego kwiatka. Strzelaj w różę! Sztywno zamontowana oręż nie daje się nijak ruszyć. Pach! Śrut utkwił w tekturowej pustce podziurawionego wozu. Wiara w najlepiej ulokowane ostatnie oszczędności zamieniła się w płacz.

    - Dlaczego znów się nie udało? – szepnęła Okazja, tuląc policzek do zimnego metalu gondoli.

    Tam na dole, to nie rozcięte kolano, pała w dzienniku, czy seria zastrzyków przysparzały jej kłopotów. Dziś miała szczęście, że Młyn zepsuł się, a ona górowała nad wszystkimi. Była jednym ciałem małą dziewczynką i dorosłą kobietą, przeszłość mieszała się z teraźniejszością. I słyszała głos Szatana, który kiedyś zabrał Chrystusa „na bardzo wysoką górę, pokazał mu wszystkie królestwa świata i rzekł do niego: Dam Ci to wszystko (tibi dabo), jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon”.
    - Złap okazję, może odda ci szacunek! – krzyczała Okazja, ściskając w ręku garść zielonych żetonów i szykując się na bardzo długą i wysoką podróż.

    Młyn ruszył.



    Tibidabo

  • Niepamiętnik So, 23 stycznia 2010 Komentarzy: 24

    fot. własna

    Telefon. Podekscytowany głos mamy pyta o telefon do pizzerii.
    Wyrzuciłam wszystkie ulotki po remoncie, ale jest internet. Wklepuję w wyszukiwarkę odpowiednie słowa. Oddzwaniam. W słuchawce radosny śmiech mamy, pośpiech w głosie – „szybko, jesteśmy głodni”. Kto jest u ciebie, co się stało? – pytam. Mama nie odpowiada mówi o jakiejś imprezie i o tajemniczym Nim. Co tam się dzieje – nie odpowiada, ale obiecuje jutro oddzwonić. Jestem szczęśliwa – rzuca zamiast „cześć”. Mama ledwo chodzi, problemy przycisnęły ją do ziemi, a tu …

    Cichy zgrzyt pamięci. W święta miałam być z jego synem świadkiem na ich ślubie. Ale plany rozsypały się jeszcze przed listopadem. Jak u nastolatków – pomyślałam. Mama nikła – zamilkła, skuliła się z samotności. Jedna z chorób, jakie nawiedziły ją po śmierci taty, zabierała jej siły fizyczne. Kto wie, może zostanie jej tylko widok z pierwszego piętra na ruchliwą ulicę?

    To wariat, mówiła babka, ciotka, wuj. Nie powiedziałam tego głośno, kiedy prędkość starej niemieckiej taksówki kładła mnie na siedzenia pasażera. Kiedy weszliśmy głęboko w las po konwalie, mama została na głównej ścieżce, i zostawił mnie. Kiedy dzwonił do niej, umawiał się i nie przychodził. I kiedy potrafił z minuty na minutę zmieniać plany, zapakować mamę i pojechać do Polańczyka, na lody do Kazimierza, na spacer do Kozłówki. Kiedy ohydnie żartował z jej pijanych gości. Kiedy nie liczył się z jej zdaniem, nie szanował i okłamywał. Kiedy wreszcie odszedł do pobłażliwej, ale i zaborczej kobiety.

    Na początku chciała zapomnieć, potem żałowała. Tak to jest, niektóre kobiety unoszą się honorem, wykasowują numer telefonu z jego komórki i cierpią, licząc na zapomnienie albo… cud? A inne dzwonią w nocy z ogniem szyderstw albo biorą cegłówkę i wybijają szybę.

    Co ty w nim widzisz, on żadnej książki w życiu nie przeczytał, nie rozwiązał żadnej krzyżówki. Nic nie ogląda. Dzieli was przepaść kulturowa. O czym będziesz z nim rozmawiała? A jednak istnieje miedzy nimi niewidzialna nić porozumienia. Trudno ocenić, na jakim poziomie. Rwanie do przodu? Przekonanie, że pomimo zawikłanej przeszłości umieją stworzyć wspólnie coś dobrego. A może odepchniecie samotności, wyłuskanie jeszcze młodzieńczych uczuć?

    Jutro zadzwonię.

    Czasem myślę, że niewiele zmieniamy się od czasu odebrania dowodu osobistego. Przybywają doświadczenia, budzi się rozum, ale kim on jest w porównaniu z sercem i samotnością?

  • Niepamiętnik Cz, 17 grudnia 2009 Komentarzy: 20
    fot. deviantart

    fot. deviantart

    Wczoraj spadł pierwszy śnieg tej zimy. Leniwo pokrył park, ławkę, na której na niego czekała, zakrył bród i śmieci dookoła. Zimno i biel wygoniły z domów dzieci, a ich wysoki czysty śmiech zapowiadał święta. Dla dzieci wszystko jest proste, wierzą w to, co opowiadają im inni. W Świętego Mikołaja, Wróżkę Zębuszkę, nadprzyrodzone zdolności rodziców. W dziecięcym świecie wszystko to kłamstwa. A w świecie dorosłych? Gdy mężczyzna stoi przed ołtarzem i przed pełnym Kościołem obiecuje kobiecie u swojego boku szacunek i miłość do końca swych dni, świadkowie wiedzą, że prawdopodobnie kłamie.

    - Jutro Wigilia, a ty jeszcze w Warszawie? Wciąż czekasz? – stała przed nią starsza kobieta.

    - Nie czekam i nie wracam do tego co było. Mówił, że kocha ją i mnie. Uwielbia przeszłość, jaka łączy ich rodzinę, przede wszystkim dzieci. Ale kocha też mnie. Ze mną czuje się silny, potrzebny. Przy żonie tego nie czuje.

    Kobieta zaśmiała się, pochylając się do jej twarzy.

    - Wszystko to kłamstwa. Znam temat z innej perspektywy. Więcej niż raz byłam kochanką. I wszystkim mężczyznom, bez wyjątku, wydawało się, że mnie kochają. A wiesz co tak naprawdę kochali? Nie mnie. Swobodę bycia ze mną. Utraconą młodość, beztroskę spotkań, brak odpowiedzialności za dzieci, żonę, kredyty. Kiedy spotykali się ze mną stawali się na moment wolni, zamknięci w idealnej bańce własnego egoizmu.

    A tamta miała łzy w oczach.

    – Chciałbym, abyś to przemyślała. Jeśli on odejdzie od żony zwiąże się z tobą, jak myślisz, jak dugo będzie wam tak cudownie? Może pojawią się dzieci, nowy dom, coraz więcej rachunków do spłacenia. A on znów będzie uciekał do czasów, kiedy świat był mniej skomplikowany i gdy jeszcze tak wiele nie stracił.

    - Przestań! Nigdy nie będzie tak jak mówisz. Nie spotkam się więcej z nim.

    - Dlaczego? Przecież go kochasz.

    - Nie mam szans z nią. Kochanka często przegrywa na starcie. Może jest młodsza, ładniejsza, energiczniejsza, ale co ich łączy? Głownie seks, bo nie mogą beztrosko nigdzie wyjechać, pójść na przyjecie ich wspólnych przyjaciół… On ciągle się boi i okłamuje ją, że odejdzie od żony. A ona trwa, jak posąg z nadzieją, że jeden łyk jego wody doda jej życia. Bo on jest samotny, nie ma, kto go pocieszyć. Żona się nim nie interesuje. Kochanka ma czas wysłuchać i przytulić, bez nerwowej krzątaniny przy garach. Ale miałam gest!

    - Wielki – zaśmiała się kobieta. – Czasem romans to dobra rzecz, ale nie dla nas. Oczyszcza atmosferę, zmusza dwoje ludzi do przewartościowania swojego życia i zastanowienia się, co zrobili nie tak. Zdarza się, że małżeństwa nie tylko przetrwają romanse, ale i stają się silniejsze.
    - Przecież nie można kochać dwóch kobiet na raz!

    - Pytanie – czym dla niego jest miłość? I, o ironio, on musi wybrać. Teraz, już, musisz od niego tego żądać. Czy to nie trwa za długo?

    Kto wie jakby czuła się pięć, dziesięć lat temu? Jednak, kiedy człowiek robi się starszy zaczyna rozumieć pewne oczywiste prawdy. Miłość jest jedyną rzeczą, o którą warto walczyć.

    - Nie siedź tu, przeziębisz się…

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

luty 2012
P W Ś C P S N
« stycznia    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  

Kategorie

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u