
fot. własna
Ulubione. Nie bardzo wiem jak ugryźć temat, a że mam tendencję do dzielenia włosa na czworo, widzę w pytaniu przynajmniej dwa rzeczy. Chociażby rzeczy błahe, w których mogę od czasu do czasu się rozsmakować (lody waniliowe, wakacje, spacer po mokrej łące) i elementarne, które stawiam zaraz po jedzeniu czy spaniu. Zacznę od początku, od ulubionych, bez których trudno się obejść, jeśli się je miało.
Lubię ludzi. Przeglądać się w ich oczach i widzieć sens rozmowy, chociaż miałaby być ona milczeniem z jednej lub obu stron. Milczeniem ze zrozumieniem nie tylko dziwnych sytuacji/uczuć, w które ciężko się wczuć, ale milczeniem z wyrozumiałością, że takie rzeczy mają miejsce. Lubię słuchać ludzkich historii, od pomarańczowego poranka, przez burzowe popołudnie, po ciemną noc. Lubię odpowiadać na ich pytania, chociaż zadają je w formie twierdzącej. Lubię ludzi smutnych i wesołych, chorych i trudnych, tych, co potrafią wbić wzrok w ścianę i przeorać całe życie dla swojego dobrego samopoczucia. Lubię ludzi prostych i szczerych, ale i skomplikowanych i broniących się przed prawdą o sobie samych. I ludzi, którzy nie parają się niewłaściwie (psycho)manipulacją (upadlają się). Lubię szukać w nich swojej bratniej tuszy.
Lubię swoją pracę. Robię to, co lubię i do czego pasuję. W niej: że nie zamyka mnie w ciasnej komórce programu komputerowego, nie plącze odnóży w schematach, nie patrzy na ręce kierowniczym wzrokiem, a ona każe rozwijać się wciąż i w najdziwniejszych kierunkach. Lubię pewną nieprzewidywalność, wynikającą z własnych pomysłów i ludzi, nad którymi i z którymi pracuję. Dzięki niej będę miała masę pomysłów, gdy doczekam czasów starczej demencji.
Lubię być potrzebna, udzielać pomocy. Nie zabieram pod swoje skrzydła wszystkich biednych zwierzątek, realna pomoc dotyczy ludzi. Lubię robić coś z niczego. Bez zapotrzebowania na moją osobę nie umiałabym się niczym cieszyć.
Lubię samotność. Mogę zapaść się w niej nawet w przeludnionym mieście i nikt nie podejrzy, że nie ma mnie obok. Lubię być z nią sam na sam, z nią dialogować i trwać w niej dopóki jakiś człowiek nie rzuci liny i krzyknie: wracaj! Jest specyficzną półką skalną, bezpieczną przystanią, w której mogę sama po sobie jeździć, dowartościowywać się, być wszystkim i nikim. Lubię ją oswajać i konfrontować zbyt wiele niepotrzebnych słów świata z moim milczeniem.
Lubię książki. Miejsca, w których nigdy nie będę, kultury, której realnie nie poznam, ludzi, z którymi nie porozmawiam. Lubię litery i obrazy, mogę je zamknąć i wrócić do nich w każdej chwili. Lubię obce światy z bezpiecznego fotela.
Lubię kolory. Kontrasty. Tęczę, ubrania w żywych barwach, goniącą na zdjęciach czerń i biel. Lubię łapać w kadr ich prawdziwość i soczystość.
Lubię symbolikę i niejednoznaczność. Na zdjęciach, w książkach, moim pisaniu. Są zagadką i poszukiwaniem rozwiązań. Wielu.
Lubię podróże. Uzupełniają moją nikłą wiedzę o świecie. Pozwalają przebić dziurę w umyśle mieszczanina-Polaka, łamią stereotypy, serca i strach.
Lubię mojego pana Doktora. Pokazał mi ścieżki, po których nigdy nie chodziłam. Bez jego pomocy za nic nie trafiłabym na ważne skróty w krzakach.
Żeby na tym etapie nie przedłużać, to koniec..