• Cybertaniec, Moje podwórko Pt, 19 sierpnia 2011 Komentarzy: 10

    Pstro zachęciła mnie do zwierzeń pomysłem rekomendowania na swojej stronie dobrych miejsc na wakacje, w Polsce i za granicą.

    A że z natury jestem istotą przekorną, a świeżość ostatniej przygody bardziej mnie irytuje niż raduje, wiec ją ciut naszkicuję. Tak bardziej w ramach nie polecania niż rekomendowania, aczkolwiek ktoś może w jej szczegółach znaleźć haczyk dla siebie ;) .

    Chodzenie po górach wisiało nad nami już od początku przyjazdu. Niestety, z górskiego ekwipunku miałam tylko nieprzemakalną kurtkę. Buty, typu juniorki, z cienkimi podeszwami nie nadawały się do chodzenia po ostrych kamieniach. Niestety, nie byłam sama i nie pomogło wymigiwanie się migrenami i takimi tam zaburzeniami równowagi. Przegrałam, jako mniejszość – jak idziemy, to razem!

    Z daleka – taka sobie górka 721 m, podobna do niejednej w Bieszczadach. Droga kamienisto-wyboista wiodła wprost na pastwiska owiec. Kiedy zobaczyłam zamkniętą bramę na łąkę chciałam odetchnąć i zawrócić, ale okazało się, że właściciel zaprasza, tylko prosi o ponowne zamknięcie. I zaczęła się wspinaczka po wbijających się kamieniach, kombinowanie, gdzie postawić stopę, by dało się iść i zbieranie sił, by je w ogóle ciągnąć. Mijałam parę szybko idących i mijających mnie kobiet z kijami w rękach, w tym jedną na motorze. Rzekomo w weekend jest tu bardzo tłoczno.

    Pomiędzy wieloma przyspieszonymi oddechami przypomniałam sobie legendę o Kobiecie Górze. Opowiedział ją nam Irlandczyk w innym popularnym miejscu. Podobno zakochani mężczyźni, mając poważne zamiary, co do swoich wybranek, zapraszali je na gorę i tam się oświadczali. Żeby legenda nie była taka klarowna i pozornie wiarygodna, nosi też na sobie rysę.  Chodzi o chłopaka sporo młodszego od swej dziewczyny, możliwe, że był w ogóle niedojrzały, i góra zawiodła. Nie wrócili wspólną drogą do doliny. Właściwie samo wejście na górę było przyjęciem oświadczyn. To nie był spacer po lesie…

    Dyszałam, wymijałam niedające się wyminąć owcze bobki, kępy wrzosów i rozpadliny skalne. Nie! Żaden facet nie zaciągnąłby mnie na ten padół nerwów! Co chwila myślałam, że już szczyt, fragmenty płaskich, trawiastych równinek skąd było widać przepiękną bliższą i dalszą okolice, dawały mi nadzieję na szybkie zaniechanie tej gehenny. W końcu (jak się okazało, tuż przy szczycie) usiadłam i zaczęłam się buntować widząc kolejną szybkosprawną mijającą mnie zza pleców kobiecinę.

    Nie, nie idę dalej! Koniec i kropa! Żeby tak nachalnie pchać się na tę górę bez faceta. Czy one powariowały? Stare panny biegnące po pomoc do skały? Może liczą, że wypatrzą z góry jakiegoś mężczyznę i tu go zaciągną? Zaklinaczki od siedmiu boleści! Ja trzy razy bym się rozwiodła, gdym musiała tu się wspinać. Była zła na siebie, i utyskiwałam jak stara panna. 

    Gdyby nie moi towarzysze (niedoli ;) ) i nie wyciągnięta w moją stronę dłoń, najpewniej grzałabym się w owczej wełnie przez całą noc. Wdrapałam się na szczyt, zatonęłam w chmurze (Slievenamon bardzo często jest w chmurach), przemoczyłam nogi w błocie i…. zaparło mi dech spojrzawszy na otaczającą okolicę.

     

    Droga w górę nie była taka ciężka, szybko się o niej zapomniało, zwłaszcza, kiedy doszło się do punktu kulminacyjnego ;) .

    Slievenamon

    Slievenamon

    Slievenamon

    Slievenamon

    Slievenamon

    fot. własne, Slievenamon, Irlandia

    PS. A ja i tak na Kobietę Górę już nie wejdę!

  • Moje podwórko Pn, 15 sierpnia 2011 Komentarzy: 8

    Tego lata mam bardzo długie wakacje. Nie oczekiwałam, że będę mogła wyjechać w dwa różne miejsca, i zostanie jeszcze czas na przeszukiwaniu internetu w tropieniu inspiracji na kolejny rok.

    Kiedy jestem dłużej w jakimś miejscu, a dłużej znaczy, że jest warte uwagi, próbuję wtopić się w jego atmosferę. Moje działania są usilne do tego stopnia, że nie rozmawiamy ze sobą na ulicy, nie odkrywając pochodzenia, tylko wdychamy, słuchamy, oglądamy…

    Co to oznacza w rzeczywistości?

    Poznając naprędce z przewodników (i powieści, tudzież z filmów) rytm życia tubylców, wstajemy rano wyruszając w trasę po kafeteriach, barach i restauracjach. Jest pięknie, cieplutko, nie pada, ludzie śmieją się do siebie, próbują rozmawiać. I za chwilę okazuje się, że to już dostani dzwonek na poranną kawę z mlekiem i słodki rogalik (biorę ostatni), bo tubylcy dawno są już w pracy. Ewentualnie szybkie espresso jest w tonie. Robi się upalnie, niedługo czas sjesty.

    Morze skrzy się w oddali, plaża jest już pełna. Za godzinę słońce będzie paliło tak, że zostaną na niej tylko ci, którzy wykupili całodniowe leżaki i sprzęty do pływania.

    Przy panini i świeżo wyciskanym soku z pomarańczy przyglądam się szerokim ulicom Starego Miasta i fali pielgrzymujących ludzi. Zastanawiam się, dlaczego u nas nie ma potrzeby, kultury, nawyku – trudno to nazwać – rannego, popołudniowego szybkiego wypadu na kawę, wino, ciasteczko. Chwilki pogadania przed pracą, naładowania akumulatorów na dalszą część dnia. Mogę domyślać się, dlaczego, ale na razie jestem daleko, na wakacjach.

    Chciałabym nie spieszyć się, leniwie przyglądać się wystawom, rzeźbieniom, mozaikom. Tak te się staje, jest późno. Hiszpanie przygotowują się do sjesty, a turyścijuż zwiedzili popularne zakątki. Próbuję stopić się z tłumem.

    Tak naprawdę nic tu nie jest takie jak się zdaje. Bo parę ulic dalej, poza przepięknymi bulwarami, toczy się zupełnie inne życie. Wokół Starego Miasta, koło ruin zamku widać przepych, restauracje dostosowują menu i rytm dnia do turystyki.

    Niedaleko ludzie wychodzą na ulicę z innego powodu – rozmawiają, piją kawę i piwo. Nie ma tu miejsca na place zabaw. Brudne dzieci bawią się przy krawężnikach i ciasno zaparkowanych samochodach. Bary są tu maleńkie, bez klimatyzacji, powiedziałabym nawet obskurne, ale skupiają spory tłumek. Widać to przede wszystkim wieczorami, kiedy zaduch pomieszczenia skłania do wyjścia i rozmowy na stojąco. Ludzie znajdują miejsce na gruzach wyburzonych domów, rosnących obok wstawionych plomb i prowizorycznych parkingów (parkuje się tam, gdzie nie ma zakazu, a jak jest – stoi się ile trzeba na awaryjnych, w milimetrowych odstępach).

    Stapiamy się z tłumem. Myśleliśmy, że z tubylcami, a niestety – z turystami. 

    Malaga

    Malaga

    fot. własne, Malaga

  • Moje podwórko Śr, 10 sierpnia 2011 Komentarzy: 6

    Zachód słońca nad morzem

    fot. własna

     

    Uwielbiam odkrywać nowe światy. Nie tylko takie w mojej głowie, te zostawiam sobie na miesiące zimowe. I nie takie książkowe. Te zabieram ze sobą, kiedy trzeba coś ugotować albo odkurzyć (jawnie się wymiguję). Wtedy tak, jest pretekst pod postacią nabycia wiedzy. Bo przecież każda książka niesie ze sobą coś, co zostanie na długo, co z odkurzaniem i gotowaniem ma wiele wspólnego. Jak ze specjalną potrawą, której smak się pamięta i wielokrotnie odkurzonymi przeżyciami, pamiątkami i zdjęciami.

    Czy da się zgłębić wszystkie tajemnice danego miejsca? Chyba nie, nawet, jeśli miejscem tym jest od dzieciństwa znana okolica. Nigdy tego nie próbowałam, bo w sumie jaki ma sens, skoro np. kryjówka z dzieciństwa przestawnie być już miejscem tajemniczym, ukrytym? Albo muzea, miejsca z tłumami ludzi ciągnących za sobą cywilizacyjne śmiecie, czy jest w nich coś odkrywczego?

    Często wracam do tych pięknych miejsc, które nie pozwoliły mi się sobą nacieszyć i czegoś w nich nie zdążyłam zobaczyć.

    Pierwszym z nich jest Hiszpania, drugim Irlandia. Każda kraina inna, inaczej się ją smakuje i czego innego od każdej oczekuję.

  • Moje podwórko Pn, 25 lipca 2011 Komentarzy: 2

    kapelusz w klatce

    fot. własna

    Nie czekałam na nie. Wolę wir pracy, czuć, że coś się dzieje, zmienia i przekształca. Na moich oczach przeobraża się rzeczywistość. Nie wieje nudą. Wakacje niby nic takiego nie niosą: nowe miejsca, nowi ludzie, bez napędzania samej siebie – bez obowiązków. Ale mnie brakuje znajomych ludzi, a przy tym ich nieprzewidywalności. I tu mam precedens, jeśli miałabym od czegoś odpoczywać, to od rozmowy z nimi. A ludzie z mojego otoczenia są absorbujący!

    Nie pogadam sobie tam, dokąd jadę. Może i źle – nie usłyszę wielu ciekawych historii, porad sklepowych, po przekazy ustne kroniki zawalonego domu. Może i nie poznam nikogo, kto mógłby napędzać mój świat, ale jadę tam, by odpocząć od rozmowy. Cieszyć się możliwością obserwacji żywej i martwej przyrody, i czegoś tak pośredniego jak performance, i wiecznej niewiadomej, jaki kolor będzie miała góra za zakrętem.

    Swoją historię opowiedzą mi stare mury, z których wyjmę ręcznie ugniataną cegłę jeszcze z czasów nadmorskich zesłańców. Będę światkiem balkonowej gry wstępnej nad ślimakami i szparagami. Dostanę dwadzieścia cztery czerwone róże, które będę musiała zostawić za zamkniętymi drzwiami… Rzadko notuję coś, co jest warte zapamiętania i przez to znika. Mogłabym zabrać na plaże notes i notować, bo… ale po co?

    Jadę tam, bo w końcu wystawię maź stawą na promieniowanie słoneczne w dawce wystarczającej na parę miesięcy!

     

    PS. Miałam jakiś czas kłopoty z blogiem, powyższy wpis miał ukazać się dwa tygodnie temu. Już wróciłam i naprawiłam..

  • Anioł cień

    fot. własna

     

    Kiedy o pierwszej w nocy zadzwoni telefon, a wy przed paroma minutami położyliście głowę na poduszce, nie denerwujcie się, że nawet we własnym łóżku nie macie świętego spokoju. Nerwy to najgorszy składnik, jaki możecie użyć tej nocy.

    Zanim zdążycie zakląć w słuchawkę do stu diabłów po drugiej stronie odezwie się małe (!) dziecko – NIE MOGĘ ZASNAĆ… I wtedy zacznie się przyzywanie anielskich zastępów i odganiania złego.

    Pierwsza noc daleko od domu rodzinnego bywa niebezpieczna; obce łóżko wkuwa w ciało wszystkie sprężyny, a z szafy wychodzi jakieś licho. Niepotrzebne bezsenna. Chyba nie ma takiego człowieka, który miałby łatwość spania w takich warunkach. To wtedy atakują głowę wszystkie odrzucane za dna zmory.

    Odsuwam natychmiastową chęć pojechania 150 km gdzieś w nieznane. Z autopsji wiem, że ranek będzie pachniał przygodą, a następna noc powali kamieniem. A w słuchawce chlipanie: NIE MOGĘ SPAĆ…

    Automatycznie wiem coś, czego i mi kiedyś zabrakło, i opowiadam odruchowo (jak dobrze, że są telefony komórkowe!):

    Zamknij oczy i wyobraź sobie zaczarowaną krainę, po której można przemieszczać się tylko dywanem… Z jednej strony otaczają ją góry, z innych las i morze z malusieńką wysepką pośrodku. Czarodziejski dywan jest puszysty, w kolorach, jakich lubisz najbardziej, i czaka na ciebie na leśnej polanie, aby pokazać ci jeszcze nieodkryty kraj… Jest bezpiecznie, nie boisz się czekających przygód…

    Gdyby każde dziecko miało szansę usłyszenia podobnej bajki z ust bliskiej osoby w podobnych okolicznościach nie byłoby tylu nieprzespanych nocy. A ile z nich, będąc dorosłymi już ludźmi, pamięta o koszmarach pierwszej nocy w obcym miejscu? Ja niestety nie pamiętam, a jeździłam często na obozy i kolonie. Najczęściej nikogo tam nie znałam. Nie przypominam sobie tych nocy, bo jak większość nieprzyjemnych zdarzeń zepchnęłam je w najciemniejszy kąt niepamięci. A z nich rodzą się późniejsze lęki przed ludźmi, depresje i fobie.

    Z dala od domu, od znajomych, znanych przedmiotów i ulic dobrze mieć kogoś, kto zapewni namiastkę poczucia bezpieczeństwa. Dlaczego nie mógł nim być anioł stróż? Dzieci bezkrytycznie wierzą w anioły, bo zajmują one przestrzeń między światem wewnętrznym a zewnętrznym. Ta przestrzeń jest lalką, klockami, z których można zbudować zamek i mur, kołdrą naciągniętą na głowę albo jamą ze słomy lub siana. Czasem przytulają się do psa opowiadając o tym, co leży im na sercu. Dla dziecka przestrzeń między rzeczywistością a własnym ja, które jest jeszcze w fazie dojrzewania, stanowi zabawa – iluzje i fantazje. Co ciekawe, człowiek dorosły też posiada terytorium, w którym wyraża się, jako dziecko i jest ono jak najbardziej dorosłe. Bo czym jest religia i sztuka?

    W dzieciństwie nie przytaczano mi opowiadań biblijnych, ale tej nocy przypomniała mi się, czytana parę lat temu, opowieść o Hagar, Sarze i Abrahamie. Hagar, służącego Abrahama, zaszła z nim w ciążę, za co Sara potwornie ją traktowała. Hagar nie mogła znieść przemocy i uciekła na pustynię, skąd usłyszała głos anioła, by wracała z powrotem. Anioł coś jej obiecał.

    Można odnieść to do dzieci bitych i maltretowanych, wydanych na pastwę cudzej woli, opuszczonych, choć samotność i lęk jest krótkotrwała, ale przeradza się w niebotyczny problem. Są dzieci, które wcześniej, czy później uciekają albo wypierają uczucia i funkcjonują mechanicznie. Od razu stają mi przed oczyma dzieci milczące, snujące się pod ścianami sal rekreacyjnych, odmawiające udziału w zabawach i wycieczkach. A przecież chciały jechać, a może zostały wrzucone na głęboką wodę nauki dorosłości? Bądź co bądź potrzebny im jest azyl. Tak jak w historii z Hagar, w obcym miejscu dziecku jest źle. Nie ma ulubionego posiłku, nikogo nie zna, wszystko jest obce, i co oni od niego chcą – nie umie pływać! Anioł Hagar może miał białe skrzydła i nimb, anioł naszego dziecka ma postać pani sprzątaczki, kota – przybłędy, czy przywiezionego misia. I oni obiecują mu coś (szybki powrót do domu, ale nie natychmiastowy!), po czym uspakaja się dostrzegając istnienie innego świata, w którym jest ważne i kreatywne, i możne nawet przeleżeć tę straszną noc z otwartymi oczyma

     

    Tej nocy obawiałam się czy dorosła już wyobraźnia nie zwiedzie mnie na manowce. Za godzinę dziecko usnęło, ja dopiero, gdy zrobiło się całkiem jasno.

     

  • Moje podwórko N, 22 maja 2011 Komentarzy: 17

    myśliciele

    fot. własna

     

    Grzmi i błyska, zaraz znowu lunie.

    Który to raz zalewa mieszkańców naprzeciwległego bloku?

    Parking, to jezioro, z którego w pośpiechu wyjeżdżały samochody pod groźbą zalania silnika. Wodne boisko pochłonęło siatkę z bramek. Przed klatką nie widać ławki, na której koczowały dziś dewotki, a w wodzie po uda płynie kontener na śmiecie. Grupka gapiów próbuje sforsować wodę, brodzą w „japonkach”, pstrykają zdjęcia i omawiają umiejętności architektoniczne i postanowienia urzędnicze dotyczące punktowca. On tonie już po raz enty, niestety, nikt nie zostawi go w spokoju, po raz enty.

    Biegnie jak do pożaru straż ogniowa.  Przeskakują w drzwiach bloku worki z piaskiem, podają kable i rury. Zaskakuje silnik, pompa wypompowuje wodę.

    Przybywa niemających na czym zaczepić oka ludzi. Odłączyli prąd. Nieważne lodówki, namoczone w pralce pranie, radia bez baterii. Najokropniejszą rzeczą, jaka może zdarzyć się w naszej małomiasteczkowej cywilizacji, to brak prądu. Brak telewizji, komputera i działających komórek.

    To wtedy ludzie wychodzą do ludzi i stają się na chwilkę ludźmi. Zainteresują się rozmową, zdrowiem, nierównym chodnikiem, powiększeniem rodziny sąsiada, tyko wtedy, gdy zabraknie im codziennego bodźca. Na chwilkę przestają być maszynami na prąd odbierającymi tylko trajkot obcego głosu albo muzykę, z której nic nie wynika, karmionymi papką gotowych rozwiązań i zabaw.

    Wyłącz im prąd, a będą znów czuć, słyszeć, widzieć. Choć zmysły nieco osłabione, jest nadzieja, że wrócą do dawnej świetności. Następnym razem, kiedy wyłączą prąd.

                                                                                       

  • Mniszki

    fot. własna

    Jestem tam, gdzie powinnam być.
    - Karen Blixen

     

    …mam taką nadzieję. Na blogu spory przestój i co siądę przed komputerem znajduję tysiąc pilniejszych spraw do zrobienia. Kiedyś, kiedy byłam opierzoną kurą, siedzącą w domu, gotującą nienawistne potrawy i piorącą po stokroć każdą plamkę, nieprzytomnie gderliwą, miałam czas na myślenie i pisanie, dziś myślę i działam, nie starcza czasu na ubieranie pomysłów w słowa. Dzisiaj, budząc się o tak nieprzyzwoitej późnej porze jaką jest 9 rano, obleciał mnie strach – znów zaspałam. Przespałam sporo lat swojego życia, zupełnie nieświadomie, bezkrytycznie wykonywałam czynności, a nawet myślałam „tak jak trzeba”.

    Było paru ludzi, którzy mnie budzili, ale mieli mały dar przekonywania, a reszta życzliwych usypiała troskliwie. Nie każde budzenie odnosi skutek, nie każdy człowiek i czas, w którym następuje pobudka jest właściwy. Jest tyle zmiennych…

    Z ostatniego półtora roku powstałaby dość zajmująco-okazała książka. Musiałaby się jednak skończyć, a ja dopiero zaczynam. Może napiszę ją jako stara kobieta. Siądę na werandzie, na skrzypiącym drewnianym fotelu gdzieś na zabitej dechami wiosce. Zmęczona, schorowana, z lekkim żalem braku sił, że koniec jest bliski. Wrócę pamięcią do lat młodości, do pożółkłych kartek, które z rzadka zapisuję. Napiszę, i może ktoś odnajdzie w nich przestrogę, ukojenie, namiastkę prawdy i ciągłego poszukiwania, niczym kundel przy krawężniku suchego chleba, drugiego człowieka, podobnego jemu. Nie znajdzie w jednym, bo w każdym, którego spotyka jest tylko mała cząstka tego, czego pragnie.

    Wracam na ziemię. Do teatru, zdjęć, stron internetowych, scenariusza i dekoracji Miasta Poezji, arteteterapii, Nocy Kultury, warsztatów, rozwiązywania problemów z depresją i chorobami psychicznymi…

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

luty 2012
P W Ś C P S N
« stycznia    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  

Kategorie

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u