• Moje podwórko So, 7 stycznia 2012 Komentarzy: 14

     

    Idzie nowe, a z nim postanowienia, oczywiście na lepsze. Tak się tylko wydaje, bo ile rzeczy zostaje z tamtego roku?

    O! Chociażby choinka, która bardziej jest pod niż na gałązkach. W każdym razie bałagan jest, bo to pranie nieuprasowane z trzech pralek, zabłocona podłoga, sterta naczyń w zlewie. Proza życia.

    Właściwie, czym zaskoczy mnie nowe? Niczym, muszę przecież wywiązać się z projektu, za który zaocznie wzięłam pieniądze w starym roku. Piętrzą się koło mnie sterty archiwalnych segregatorów, filmy i zdjęcia. Do przejrzenia i ewentualnego skorzystania.  Niczym, bo problem, który ciągnie się za mną przez kilkanaście lat sam nie zniknie (może w tym roku zacznę go rozsupływać?)

    Spoglądam spoza tego chaosu i mówię wam – nie chcę mi się! Chcę urlopu od myślenia, bo spać nie mogę, kiedy mam za dużo na głowie.  I koło się zamyka.

  • Moje podwórko So, 24 grudnia 2011 Komentarzy: 11

    Przez ostatni miesiąc mniej więcej tak wyglądał mój nr 3. Święta i Nowy Rok zapowiadają spore zmiany. Nieplanowane, dziwne… 

    Zawsze, kiedy staję przed kimś i składam mu życzenia próbuję odgadnąć jego marzenia… Tu trudno kogokolwiek zobaczyć. Więc życzę, by spełniły się Wam najskrytsze pragnienia, które popiskują postawione do kąta. Niech dobiorą się w pary i nigdy nie zaznają samotności.

    fot. własne

  • Moje podwórko N, 18 grudnia 2011 Komentarzy: 18

    Numer dwa pozorne niczym nie różni się od numeru jeden. Może dotyczyć wykładów, warsztatów, zajęć praktycznych… Mój numer dwa dotyczy nawet tej samej części ciała – nóg. I rąk. Istotną różnicą jest to, że nr 2 jest pozbawiony jakiejkolwiek nudy (ukradkowe ziewanie, szukanie pokątnie innego zajęcia, zalążki hemoroidów…) i ukryty sens. Jaki? Każdy musi odpowiedzieć sobie sam.

    Numer dwa wykorzystuje wszystkie zmysły. Przygoda zaczyna się od muzyki. Taka, jakiej na co dzień nie słuchamy, przenika się tradycyjną, wygrywaną przez większość stacji radiowych, by wpaść do zardzewiałego kotła z heavy metalem i obić się o rajski świegot ptaków. W końcu plątanina dźwięków, przez przeróżne wariacie, nabiera kształtu, dla każdego innego, bardzo osobistego, czego wyraz mogą nadać dłonie i stopy. Bo oto pojawiają się kolejne bodźce – płyta gipsowa i mieszanka mąki, pigmentu i wody.

    Czy ktoś przypomina sobie jakie to uczucie mieć na dłoniach farbę? Nabierać garściami granulowaną, kolorową maź i ściskać, tak, by wychodziła między palcami? Nie pamiętam podobnego incydentu z farbami, może z ciastem… Od dzieciństwa do malowania służył pędzel albo wałek. A tu trafia się gratka w postaci swawoli przypisanych dziecku!

    Tak naprawdę chciałam rzucić czerwoną farbą w ścianę. Żeby rozbryzgała się w najdziwniejsze wzory. Zaraz do niej dosztukowałabym żółtą i niebieską, potem czarną i białą… Tak naprawdę powstrzymał mnie krzyczący, dorosły człowiek i kazał zagospodarować tylko płytę gipsową – 100×70. Odpłynęłam w moje małe pole manewru i mieszaninę muzyki. Wyjechałam gdzieś w świat wyobraźni i niebytu. Drżeniem, dotykiem, gładzeniem i natarciem. Z rękami upaćkanymi po łokcie, kolorowymi stopami, w pierwotnym rytmie na czworakach, stworzyłam coś, czego nazwać nie umiem. Nie umiałabym też odtworzyć tego po raz drugi. Każdy raz jest inny.

    Dźwina i kręta jest droga do siebie.

    arteterapia

    fot. własne

  • Moje podwórko Wt, 29 listopada 2011 Komentarzy: 17

     

    Wygoniona z krzaków, pokrzepiona słowami koleżanki po sąsiedzku (że święto już inne i następne dwa za pasem), zanim znów zaszyję się w pogoni za rajem na ziemi, spisuje co u mnie następuje:

    Nr jeden – nudna konferencja, wykład, warsztat, etc.

    Nie, nie oznacza to, że każda z wymienionych dłuży się jak przysłowiowe flaki z olejem, ale samo siedzenie dwa dni po kilka godzin odznacza wielkie piętno na d. Kiedy w końcu podnoszę się po tym wysiłku… umysłowym, czuję się niczym oznakowana rozżarzonym żelazem k. Nawet najciekawszy wykład wywołuje niepochamowane ziewania i ukradkowe spojrzenia po zasłuchanych – tylko ja nie mogę się powstrzymać? Nie wiem, jak inni, ale ja mam czasem awaryjne zabawki. Wypróbowuje nowe kredki albo długopis, piszę scenariusz dramatu, o którym zaraz zapomnę, albo pstrykam co popadnie, np. swoje buty:

    konferencja

     

    Oczywiście to nie przeszkadza mi w słuchaniu ;) .

  • Moje podwórko Cz, 6 października 2011 Komentarzy: 6

    Co się stało z bezpieczeństwem? W sieci na pewno bezpieczeństwa nie ma. Wiedzą to ci, którzy zostali oszukani, okradzeni lub poszkodowani. Nie piszę tu o realnym życiu, a internecie. Logując się do kont bankowych, podając kody i wpisując hasła istnieje ryzyko, że jesteśmy śledzeni przez program wyłapujący prywatne informacje. Nazwiska, PESELe, telefony… Kiedyś znalazłam się w gronie osób, którym, dziwnym trafem, ginęły konta e-mail albo ktoś przejmował ich konta na forach. Naturalnie rodziło to bunt, bo oto obcy czyta moją pocztę, wykrada adresy i informacje, pisze głupoty do znajomych; wchodzi na czat pod moim nickiem i bardzo się stara mnie ośmieszyć. Na forach we wpisach nikt nie poznaje mojej osoby, chociaż dane się zgadzają. Wybuchają awantury i administrator kasuje moje konto z tabliczką na wieki wieków: tego adresu/nica już nie obsługujemy. A lubiłam to forum. Gromadziło ciekawych ludzi. Nie wróciłam tam więcej zakładając nowe konto, prędzej czy później ktoś rozpoznałby mnie po stylu pisania albo po poruszanych tematach. Bliższe relacje nie mogą opierać na kłamstwie.

    Bunt rodzi się, gdy masz coś pozornie swojego, dbasz, opowiadasz o sobie, jesteś wśród ludzi takich jak ty i nagle komuś sprytniejszemu nie spodoba się twoja osoba, ale poczuje mięte do twojego konta czy strony WWW.

    W internecie nie ma nic, co można nazwać „moje”, nic, co można dotknąć. No, może zobaczyć i czasem uwierzyć. Wysyłając w sieć tekst, zdjęcia, filmy stają się one publicznymi i byle kto może je podpisać swoim nazwiskiem i wrzucić gdziekolwiek. Walka o swoje? Marne szanse na wygrane. Niska szkodliwość czynu. Dlaczego nie dziwię się, że ludzie radzą sobie w niezbyt uczciwy sposób – metodami hakerskimi.

    Dawno temu podjęłam decyzję, że utrzymam swój blog na prywatnej domenie. Wcześniej był on częścią większej strony internetowej. Po początkowej fazie ekscytacji nowym miejscem i jego możliwościami zaczęły się problemy. I wciąż są. Ciągle trzeba nadążać za nowościami technicznymi, uaktualniać i zabezpieczać, żeby nie zginąć. Przez te lata parę razy haker włamywał się, pozostawiał złośliwy kod, instalował się jaklo administrator, infekował pliki i skrypty. Przeglądarki szalały, a ludzie omijali kadarkę szerokim łukiem.

    Nie zraża mnie to, a mój bunt jest przywdzianiem zbroi i ruszeniem w bój. Nie oddam swojego miejsca bez walki, chociaż nie mogę go dotknąć i schować pod poduszką. Może to zahartowanie? Może konieczność życiowa, zarówno tu, jak i w realu?

    Na tę chwilę konieczne jest umieszczenie kodu w komentarzach, który trzeba przepisać, by móc publikować swój komentarz. Chciałam uniknąć tego typu utrudnień, ale ilość różnego rodzaju spamu z zawirusowanymi linkami wdeptuję mnie w ziemię. 

    Żeby mieć trzeba walczyć, a ktoś kiedyś, dając mi blog, powiedział: tylko pisz…

    fot. własna

  • Moje podwórko Pt, 26 sierpnia 2011 Komentarzy: 12

    Waterford Crystal

    fot. własna, Waterford Crystal

    Czas wracać. Pakować walizy ze zdjęciami, zbieranymi muszlami i kamieniami. I butą w słowach – jeszcze tu wrócę i czego nie zdążyłam zobaczyć i dotknąć, posmakuję następnym razem!

    Kolejny rok tu bawię i dopiero teraz zaczynam czuć historię tego kraju.  Poznawałam miejsca nieznaczne Irlandczykom, zapomniane budowle na nieużytkach czy menhiry.

    Nazbierałam tyle fotografii i informacji o zapomnianych, dziwnych miejscach, że musiałabym zmienić charakter tego bloga, gdybym miała je opisywać. Nawet skórka nie jest przystosowana do dużych zdjęć, a panorama po poprzednim wpisem wygląda pokracznie. Nie, to nie jest miejsce na panoramy, na czym ubolewam, bo oddają ducha pięknych miejsc. Obiecuję sobie, że gdzieś to opiszę i pokażę małą cząstkę Irlandii, to, że warto jej posmakować, planując kolejne wakacje.

    Wyjeżdżam, jak za czasów uczniowskich, tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego. Bez książek, bez zeszytów. Zdążę je jeszcze kupić. Nic tak nie uczy jak podróże, grzebanie patykiem w historii i rozmowy z przypadkowymi ludźmi. Czy szkoła o tym wie?


    Update:

    Rady dla potencjalnych wakacjuszy (wyjątki z przewodnika Pascala):

    Dobry pomysł na początek. Właściwie każdy jest dobry. Nie byłeś na Kaszubach, jedz na Kaszuby. Nie pamiętasz Wenecji, wróć do Wenecji, a jeśli marzysz o Chinach, ruszaj do Chin.

    Energia. Nie marnuj jej na nerwowe poszukiwanie hotel udo drugiej w nocy albo próbę odgadnięcia, co też mogą oznaczać te przedziwne nazwy w karcie dań, bo nie chciałbyś przecież spędzić reszty wakacji na oddziale gastrologicznym jakiegoś prowincjonalnego szpitala.

    Zakupy. Jeśli chciałbyś pokazać znajomym jakąś egzotyczną pamiątkę z Kenii, na przykład dzidę, nie musisz przywozić jej w plecach – wystarczy, że kupisz ją na bazarze, i w dodatku będziesz miał pewność, że nikt nie zedrze z ciebie skóry.

    Ósmy cud świata. To może być wszystko: miasto, budowla, zapomniany zaułek, miejsce znane lub nieznane, drzewo lub człowiek poznany w czasie podróży. Odkryj swój prywatny ósmy cud świata.

    Odkrywanie świata. Być może wielcy tego świata odkryli, poznali i zwiedzili już wszystko. Być może. Teraz kolej na ciebie!!

  • Cybertaniec, Moje podwórko Pt, 19 sierpnia 2011 Komentarzy: 10

    Pstro zachęciła mnie do zwierzeń pomysłem rekomendowania na swojej stronie dobrych miejsc na wakacje, w Polsce i za granicą.

    A że z natury jestem istotą przekorną, a świeżość ostatniej przygody bardziej mnie irytuje niż raduje, wiec ją ciut naszkicuję. Tak bardziej w ramach nie polecania niż rekomendowania, aczkolwiek ktoś może w jej szczegółach znaleźć haczyk dla siebie ;) .

    Chodzenie po górach wisiało nad nami już od początku przyjazdu. Niestety, z górskiego ekwipunku miałam tylko nieprzemakalną kurtkę. Buty, typu juniorki, z cienkimi podeszwami nie nadawały się do chodzenia po ostrych kamieniach. Niestety, nie byłam sama i nie pomogło wymigiwanie się migrenami i takimi tam zaburzeniami równowagi. Przegrałam, jako mniejszość – jak idziemy, to razem!

    Z daleka – taka sobie górka 721 m, podobna do niejednej w Bieszczadach. Droga kamienisto-wyboista wiodła wprost na pastwiska owiec. Kiedy zobaczyłam zamkniętą bramę na łąkę chciałam odetchnąć i zawrócić, ale okazało się, że właściciel zaprasza, tylko prosi o ponowne zamknięcie. I zaczęła się wspinaczka po wbijających się kamieniach, kombinowanie, gdzie postawić stopę, by dało się iść i zbieranie sił, by je w ogóle ciągnąć. Mijałam parę szybko idących i mijających mnie kobiet z kijami w rękach, w tym jedną na motorze. Rzekomo w weekend jest tu bardzo tłoczno.

    Pomiędzy wieloma przyspieszonymi oddechami przypomniałam sobie legendę o Kobiecie Górze. Opowiedział ją nam Irlandczyk w innym popularnym miejscu. Podobno zakochani mężczyźni, mając poważne zamiary, co do swoich wybranek, zapraszali je na gorę i tam się oświadczali. Żeby legenda nie była taka klarowna i pozornie wiarygodna, nosi też na sobie rysę.  Chodzi o chłopaka sporo młodszego od swej dziewczyny, możliwe, że był w ogóle niedojrzały, i góra zawiodła. Nie wrócili wspólną drogą do doliny. Właściwie samo wejście na górę było przyjęciem oświadczyn. To nie był spacer po lesie…

    Dyszałam, wymijałam niedające się wyminąć owcze bobki, kępy wrzosów i rozpadliny skalne. Nie! Żaden facet nie zaciągnąłby mnie na ten padół nerwów! Co chwila myślałam, że już szczyt, fragmenty płaskich, trawiastych równinek skąd było widać przepiękną bliższą i dalszą okolice, dawały mi nadzieję na szybkie zaniechanie tej gehenny. W końcu (jak się okazało, tuż przy szczycie) usiadłam i zaczęłam się buntować widząc kolejną szybkosprawną mijającą mnie zza pleców kobiecinę.

    Nie, nie idę dalej! Koniec i kropa! Żeby tak nachalnie pchać się na tę górę bez faceta. Czy one powariowały? Stare panny biegnące po pomoc do skały? Może liczą, że wypatrzą z góry jakiegoś mężczyznę i tu go zaciągną? Zaklinaczki od siedmiu boleści! Ja trzy razy bym się rozwiodła, gdym musiała tu się wspinać. Była zła na siebie, i utyskiwałam jak stara panna. 

    Gdyby nie moi towarzysze (niedoli ;) ) i nie wyciągnięta w moją stronę dłoń, najpewniej grzałabym się w owczej wełnie przez całą noc. Wdrapałam się na szczyt, zatonęłam w chmurze (Slievenamon bardzo często jest w chmurach), przemoczyłam nogi w błocie i…. zaparło mi dech spojrzawszy na otaczającą okolicę.

     

    Droga w górę nie była taka ciężka, szybko się o niej zapomniało, zwłaszcza, kiedy doszło się do punktu kulminacyjnego ;) .

    Slievenamon

    Slievenamon

    Slievenamon

    Slievenamon

    Slievenamon

    fot. własne, Slievenamon, Irlandia

    PS. A ja i tak na Kobietę Górę już nie wejdę!

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

luty 2012
P W Ś C P S N
« stycznia    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  

Kategorie

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u