Archiwum z kategorii: »Moje podwórko «

Pismo obrazkowe

Mży. Obawiałam się deszczów co dnia, przez dwa tygodnie. Ale tylko dziś jest nieciekawie na wyjście z domu, reszta urlopu upłynęła pogodnie i wietrznie, bezdeszczowo. Gryzły mnie jednak wspomnienia poprzednich lat, kiedy byłam zamknięta pod bezpiecznym i ciepłym dachem. Uzbroiłam się wiec w narzędzia. Postanowiłam zadrobić zaległości w oglądaniu filmów. Po czterech seansach miałam dość i wzięłam się za czytanie. Najpierw sieć, potem leżąca koło mnie grubaśna książka. Cały czas dużo jeździłam po okolicy, może nawet więcej niż zwiedzałam. Łapałam małe ślady promieni słonecznych przebijających się pomiędzy grubą warstwą fantazyjnie uformowanych chmur. Tak wybiłam się też z rytmu czytania. Obserwacja była dla mnie tym, czym tlen, mogłam nie mówić nic przez całą podróż. W sklepie za 2E zobaczyłam blejtram, a w LIDLu dokupiłam 5 podstawowych akryli. Tylko pędzli nie mogłam znaleźć, nawet te w zestawach były miniaturowe, kiepskie jakościowo. Któregoś dnia, na wyprzedaży, znalazłam książki – Color palette do scrapookingu i Great parties. A od czego mam palce? Palców nie wypróbowałam, na szczecie nie pozwoliły na to warunki domowe. Często znajduję coś, czego nie szukam, a co się przydaje i rodzi się kłótnia – za dużo mam tych giftów! Na razie nie mam tu szans posłużyć się którymś z projektów, ale co najważniejsze, to doskonała inspiracja i świetne zdjęcia bez konieczności wgłębiana się w tajniki języka obcego. Zostawiam robótki ręczne na deser. Bardzo okazyjnie udało mi się trafić album S. Dali. Pięknie wydany, z dużą ilością reprodukcji i tekstu. Postaram się przebrnąć przez literki, w przeciwnym razie zostaje wyobraźnia, moja i Salvadora…

Są jednak przypadki, kiedy na piśmie obrazkowym opieram wszystko. Weźmy na przykład, kolokwialnie mówiąc, jadłodajnię, niekoniecznie w obcych krajach. Czytając menu, zagłębiając się w sekretny przepis, nie bardzo mam pojęcie nie tylko o jakimś składniku, ale jak potrawa wygląda. Pech może być wtedy, gdy zdjęcie jest spłowiałe, kiepskiej jakości albo niczym nie przypomina dania, które stanie na stole. Nie zaznajomiona z kulturą, językiem, widząc przy nazwie potrawy zdjęcie, skacze z radości – zrazy w sosie pomidorowym albo naleśniki z serem. Tak PROSZĘ pana – pokazuje – TOOO. Pominę fakt, że TOOO, to nawet nie suflet i gryzę się w język przy jedzeniu i wymawianiu nazwy potrawy. Najczęściej dobrze odczytuję pismo obrazkowe i trafiam w smaczek. Kręcenie nosem tłumaczę oryginalnym składnikiem, nigdy inaczej!

Do życia potrzebne jest światło. Do fotografii najlepsze światło słoneczne. Ono potrafi wydobyć kontrast z dotykanym przedmiotem, nadać mu wyraz i niewidzianą wcześniej ciekawość.

Przez parę popołudni udało mi się je złapać jak na zamówienie. Połapię i dziś. W przeciwnym razie poszukam w sklepach ;) .


fotografie własne

Śniadanko

Śniadanko nie zawsze musi być zdrowe. A co zrobić jeśli bardzo rzadko jest? To już problem na powakacyjne rozterki, kiedy przychodzi konfrontacja z ulubionymi dżinsami i zbyt prawdomównymi koleżankami. Wakacje trwają, słychać szum oceanu, słońce od czasu do czasu wyjrzy zza chmury, upału nie ma, a i popada przelotnie. Najważniejsze jest błogie lenistwo, które czasem we śnie realnymi koszmarami się przyśni. Ale jak napisałam powyżej, głowa od niepozałatwianych spraw będzie mnie bolała po wakacjach.

fot. własna

Jeszcze wczoraj za płotem rosła pszenica, dziś rano ją zżęli, stąd ten rogalik na śniadanko. Od kłosa do bułeczki ciężka droga, ale czego nie robi się z czasowej nudy ;) . Po herbatę i cytrynę pobiegłam do sklepu, było o wiele bliżej :D .

Rzeczywistość wraca jak niespłacone weksle

…albo niewierny mąż.
Niewolnicy życia spłacają zaciągnięty dług. Jestem dziś tego przykładem, jeszcze na urlopie, a jedną nogą w pracy. Ostatnio na blogu przestoje powstają jak w szwajcarskim serze. Z braku weny, ale głównie czasu, bo nie umiem opublikować czegoś napisanego na siłę. A to trwa i trwa. Nie pamiętam jak przeżyłam tydzień przed urlopem, galopowałam pomiędzy poprzeczkami i bojami, a na urlopie nie potrafiłam się zatrzymać. Dopiero upał i nasycone wodą powietrze przypomniały mi, że muszę porzucić zawrotną szybkość i przygotować się nicnierobienia. Zastanawiam się ile człowiek musi spędzić czasu na nicnierobieniu, by się znudzić. Podejrzewam, że długo, w żadnym wypadku nie dwa tygodnie! Dwa tygodnie ucieczki od rzeczywistości, to okres wytężonej pracy! Z zakupionymi przewodnikami i mapami trzeba udać się w jak najwięcej wskazanych tam miejsc! I są nerwy, że nie można się porozumieć, trzeba płacić za autostradę, że się zgubiło, że się przejadło miejscowymi frykasami… Niewolnik czasu musi kupić pamiątki i wysłać do rodziny kartki, miałby ochotę pobyczyć się na plaży, pofotografować obce ciała, ale kolejne, obcojęzyczne muzeum powinno być zaliczone. Wszakże trzeba się uczyć, chociażby wiedza i duma z wycieczki miałaby być nabyta głównie z internetu, a przewodniki mogą nie wspominać o wielu kruczkach, które opowiada się znajomym po powrocie do rzeczywistości. Już widzę otwarte ze zdziwieniem usta, wpatrujące się w zamorskiego wczasowicza. Dziś ludzie wyjeżdżają coraz częściej i coraz dalej. Ale jest dużo wiecznych niewolników swojej rzeczywistości. Nigdy niewyjeżdżających poza okrąg własnej gminy, województwa. O odrębnych rzeczywistościach czerpią wiedzę z TV, często przekłamaną, na książki ich nie stać.

Wtedy przydają się miejscowe rodzynki, którym poszczęściło się w doświadczeniu odmiennych stanów świadomości, lecz opowiadając sąsiadom narażeni są niedowierzania i kpiny. Przykro się robi nawet, kiedy niedowierzają zdjęciom, posądzając autora o znaczny retusz. Nie dziwi jednak. Żeby zrozumieć niejednokrotnie trzeba poczuć wiatr, kamień, pasek na skórze, być w trudnej sytuacji czy własnoręcznie nacisnąć guzik migawki.

Świadomość zmienia człowieka, o ile chce przyjmować informacje, które do niego zewsząd płyną. Nie jestem jednak pewna czy czyni go szczęśliwszym. Żyjąc na własnym końcu świata, uprawiając poletko pszenicy, oddychając własnym lasem, można zatęsknić na śmierć za czymś niedoścignionym i mało ważnym. Tak naprawdę.

Wracając do rzeczywistości bardzo miło jest usłyszeć: jest nam bez ciebie ciężko.
Życzę tego każdemu człowiekowi – osiadłemu i wędrowcowi.

fot. własna

Klasyka nie wychodzi z mody

wiosna

fot. własna


Parę dni temu próbowałam dostać się do domu z odległego miasta. Kierowca odesłał mnie z kwitkiem – nie ma miejsc. Poszłam na Stare Miasto, a tu jak nie lunie gradem! Norma. Katar i reszta choróbska gotowa. W sumie klasyka.
Da się odczuć przednówek.. ptaszki śpiewają, czuć coś w powietrzu. Moda niby się zmienia, ale w sumie każdy dąży do poprawy samopoczucia i widoku za oknem. Wiosną najcenniejsza jest jak zwykle zieleń liści i trawy, słodki (!) ćwierk wróbli, muskający wiaterek. Banalne? Klasyka nie wychodzi z mody ;) .
Przez przypadek nie zmieniło się też moje nastawienie do dnia wagarowicza. Dziś odpuściłam zajęcia licząc, że konsekwencji nie będzie.

Dyktatorzy wymyślają coraz to inne cuda na kiju, ale wiosna nigdy nie wyjdzie z mody. Nie mam pojęcia, co zaplanowali dla mnie na tę porę roku. Moja klasyka wiosenna ma zielono-trawiaste rajstopy, żółtą spódniczkę i niebieską bluzkę, a w uszach czerwone filcowe kolczyki. Banale? Po szarzyźnie błota i ogólnej pluchy pozwolę sobie na wszystkie kolory naraz.

Dylematy bakałarza

fot. własna

Parę dni temu przyniosłam książkę mojego ulubionego autora. Nie czytałam jej wcześniej, ale byłam przekonana, że spodoba się Miśkowi. Nie chciał wziąć jej do domu, postanowił przeczytać ją wszystkim na głos. Przez najbliższe dni nie było czasu. Misiek malował portrety, to jeszcze było w miarę ambitne, ale robienie kwiatków i kartek świątecznych godziło w jego godność. Nigdy jednak nie skarżył się na prace ręczne, czy infantylne zabawy, żył w zamkniętym świecie człowieka samotnego i nieśmiałego. Znałam go zbyt krótko, by do niego dotrzeć, a stara nieszczęśliwa miłość zmniejszała tę szansę. Misiek nie ufał kobietom. Uciekał wzrokiem, patrzył w martwy punkt gdzieś poza mną, był grzeczny, a ja nie chciałam posuwać się do poleceń, które go zniechęcą, a z nabytej uprzejmości wykona je. Na razie nasze rozmowy nie wychodziły poza techniki plastyczne i fotografię. Sprawę otwarcia, szczerych rozmów i nieskrępowanego śmiechu pozostawiłam czasowi.

Wczoraj Paulina zaproponowała, że przeczyta nam książkę. Przy dłubaniu dłutem i zajętych rękach wybawiła nas od językowych jatek. Zacznijmy od żywotów świętych… Święty Aleksy niech się schowa pod schodami – przyszło mi na myśl. Na stół poszła Maria Goretti, męczennica w obronie czystości. Misiek ożywił się, zaczął dyskutować z Pauliną. Głównie o filmach i książkach, o Karolinie Kózkównie i świętej Filomenie. Niewiele miałam na temat do powiedzenia. Może w żywotach świętych tkwił haczyk na Miśka? Kierunek mnie zaskoczył, musiałam przeczytać trochę archiwów, by dokopać się do człowieka tak różnego od przeciętnego, niczym nieskrępowanego nastolatka. Misiek musiał już iść, nie zdążyłam go zapytać, ale nie byłam też pewna czy zdaje sobie sprawę, że dziś beatyfikacja kogokolwiek w obronie czystości mijałaby się z celem. Dziś delikatność nie jest w cenie, na pewno nie w tłumie. Nie ma indywidualnych gwałtów, wszystko wrzuca się do jednego wora przypadków albo prowokująco zachowujących się kobiet. Co było możliwe 50 lat temu, teraz wydaje się śmieszne. Inne czasy… w których trudno mówić o wyświeceniu kobiety za śmierć w obronie dziewictwa.
Dziś zaczęłam czytać książkę zaproponowaną Miśkowi. O ile większość broszurowych książeczek tego autora traktowało o sprawach poważnych w łagodnej formie, o tyle ta opierała się na brutalizmie. Zaczęło się od dziwkowania, dawania w żyłę i napadach na nieletnich. O święci pańscy czuwali nad Miśkiem! I nade mną, bo zamknęłabym sobie drogę do dialogu z nim.

Kiedy przeglądałam się w oczach Miśka miałam wrażenie, że urodził się nie w tej epoce, nie w tym kraju… I wszyscy z tamtego otoczenia pasują do siebie, a ja nie znalazłam się wśród nich przez przypadek.

Szósty bieg
znak

fot. własna

Zaczęła się ostra jazda. Zasypało wszystkie drogi, nawet te najbardziej uczęszczane. Niedzielni kierowcy mieli dylemat – jechać, czy pozostawić auto w śniegowym tunelu? Wyjechałam w poniedziałek. Pierwszy raz byłam na drodze ze znakami, światłami i trenerem, na którego barkach, tudzież nogach, spoczywał ciężar prowadzenia.

Znaki i sygnalizacja nigdzie nie są tak widoczne jak na tej drodze. Pomimo, że samochód gaśnie na rondzie, inni grzecznie czekają, aż silnik zaskoczy i ja z prawem pierwszeństwa, za minutę albo dwie, pojadę dalej. To nic, że pod nosem klną i złorzeczą, a niekiedy wymuszają, mnie to nie interesuje. Nawet się nie boję, że ktoś mi wjedzie…

Przychodzi czas, kiedy z ucznia staję się nauczycielem. Czas różny dla każdego, w dosłownej lub mniej wersji. Wtedy ja stawiam znaki na nieoświetlonej i śnieżnej drodze, pokazuję ścieżki, ale uczeń sam musi je wydeptać. Nie wszędzie jest sygnalizacja i znaki, na polnych drogach, w lesie nie obowiązuje nawet zasada prawej ręki. W tej części życia łatwo się zgubić.

Gdyby na każdej z dróg poustawiać odpowiednie znaki wiedziałabym, co jest nieodpowiednie. Gdyby każdy uczeń stosował się tylko do rad nauczyciela, zredukowałoby to wypadki. Gdyby dla bezpieczeństwa pewien procent ludzi pozostawić dziećmi, zahamowałoby to rozwój dróg i wypadków, które prowadzą do poznania nowych znaków.
Od czasu do czasu oddycham w ławce ucznia, chociaż, na co dzień jestem nauczycielem.

Co tydzień
ławka

fot. własna

Znów autobus. Dobrze, że nie pociąg, bo mogłabym ugrząźć na parę godzin w szczerym polu. A tak, jest okazja złapać „okazję”. Nie jestem w staranie podliczyć wszystkich moich podróży autobusowych, było ich więcej niż prywatnych, wygodnych na tylnym siedzeniu pasażera. Jestem miłośniczką pieszych wycieczek i transportu komunikacji tłumnej, wiec nie odstrasza mnie wizja pięciogodzinnego siedzenia koło nieznajomego, w niezbyt wygodnym fotelu. Tak na oko, przez rok, mniej więcej co tydzień. Najczęściej wyłączam się ze słuchawkami w uszach, szarość świtu albo zmierzchu nie pozawala na czytanie. Dosiadają się ludzie – nieletni z butelkami piwa kurczowo trzymają torbę przed niebezpieczeństwem brzęknięcia, znudzony-porzucony z obsmarkaną komórką
albo pani z epilepsją, próbująca odnaleźć spokój w autobusie pełnym ludzi. Sami mnie zagadują, jakby moje przytakiwanie niosło ulgę. Nie umiem wbić się w ich potok zdań. Podejrzewam, że wcale nie chcą ani moich rad, ani doświadczeń. Dla nich jestem z innego świata i tak też się czuję. Nie sądzę by zainteresowała ich historia sztuki (skądinąd strasznie nudno przekazywana), czy zastosowanie gazu rozweselającego do uśmierzania bólu. Nie umiem, a nawet nie chcę równać.
To coś na kształt uczepionego do ramienia narzeczonej wiernego przyszłego małżonka. Niech facet posmakuje ile sklepów będzie musiał z nią przemierzyć, na ile wystaw popatrzeć, jak się znudzić, zanim stanie przed ołtarzem i zapadnie się w prawdziwe życie. Jako narzeczony ma możliwość wycofania się z interesu, może stanie przed wystawą z klockami Lego i tam zostanie?

Gdyby tak można było bezboleśnie zmienić siedzenie, autobus. Najczęściej jednak otacza mnie tłum i już samo siedzące miejsce jest komfortem. Wysiadam obolała. Kiedy przychodzi czas na zakupy, sklepy zwiedzam sama i nie z powodu obcego miasta. A raczej z oszczędzenia temu ktosiowi mojego długiego zastanawiania się i zaglądania w dziwne miejsca.

Kategoria: Moje podwórko  Tagi: ,  17 Komentarzy