• Listy So, 8 marca 2008 1 komentarz

    Drogi Panie!

    Dziś premiera naszego przedstawienia, które z takim trudem pierwszeństwa wystawiamy. Wreszcie, po wielotygodniowych próbach, nadchodzi ten dzień, kiedy trzeba zderzyć się z publicznością, wygrać albo przegrać. Trema, nieprzygotowany strach, zasłona bez twarzy towarzyszy i mojej garsonierze, kiedy tępo i nieprzychylnie przyglądam się w lustrze garderoby. Czy dobrze wybrałam zawód, czy zostanę obiecująco oceniona w tej roli, jak przyjmą mnie recenzenci, publiczność, a kolega, który psuje najlepszą scenę, ranny kac i pozorna charakteryzacja.

    No właśnie, charakteryzacja, ja mam ją w środku. Jestem tak autentyczna, że widzowie myślą, iż bohater i ja, to jedność. Dochodzi do tego, że nie odróżniam jego od siebie.

    Rozwiera się ciężka bordowa draperia, oddzielająca świat magii od szarości dnia powszedniego. Próbuję tego nie zauważać. Jak radził Diderot, uzyskuję efekt „czwartej ściany”, kurtyna nigdy się nie podnosi, a ja w naturalnych ruchach, nie w żadnych olśniewających pozach, z nienaganną dykcją, co jest podstawą rzemiosła aktorskiego, porozumienia miedzy mną a nimi.

    Przyznam się, na próbach nie mogłam odpędzić zmęczenia. Wyrywałam troglodycki bełkot rodem spod budek z piwem, slang grypserko-młodzieżowy, ten pseudowytworny, debilno-rządowy radiowy, telewizyjny język. Chciałam wydobyć z siebie całą ekspresję, powietrze do płuc nabrane przytłumia jednak dźwięk, wydając głos trumienny. Usta skrzywione cwaniackim grymasem, co od razu określą dykcję – pospolitą, wulgarną, bełkotliwą. Obruszy się Pan i zaraz wtrąci, że wszystko musi być słyszalne, plastyczne, obrysowane, o najszlachetniejszym brzmieniu, w najczystszym kształcie.

    To nie jest takie proste, jeśli w prześwicie draperii widzę byłego szefa, który raz po raz wyrzucał mnie z pracy pod pretekstem utajonej choroby psychicznej. Albo kochanka, który przerzucił swoje intymne problemy na moją łóżkową nieudolność. Nie chcę leczyć niczyich kompleksów, jedynie pokazać kierunek i jak najrealniej odegrać swoją życiową rolę.

    Skuteczności nadawania nowej siły słowom szukam w ruchach ciała, które im niezmiennie towarzyszą. Pewny krok, wzniosły, dostojny, bez podrygiwania. Ręka oderwana bez wysiłku, najpierw górna część, potem dwie pozostałe, które nabiorą sił ruchem nieśpiesznym i regularnym. Palce w lekko zaokrąglonej gradacji. Niech mnie Pan strzeże od gestu w kształcie krzyża, jak u dyrygentów w czasie finału arii.

    Dialog, podstawa zrozumiałości, to nie tylko dykcja, to prowadzenie rozważania, atakowanie kolegi tekstem, zmienność rytmu podawanie pointy – myślowej. Nie poddaję się miedzy bluzgotem, rzężeniem, rozmawiam, mówię do Pana, bo odkąd człowiek zszedł drzewa i zaczął myśleć – kontakt z drugim nawiązywał poprzez słowo.

    Nie boję się też, że zapomnę treści, mam go w żelaznych ryzach. Tak łatwiej, bo sztuką jest słuchanie suflera jednym uchem, a jednoczesnej rozgrywanie tekst poprzedzającego. Nikt tego już nie umie.

    Przyglądając się próbom, zastanawiałam się dlaczego gra niektórych aktorów jest tak porywająca. Aktor powinien mieć w sobie jakąś tajemnicę, świadomość świata, w którym żyje i swego w nim miejsca, a ja chcę dowiedzieć się czegoś o nim, nie poprzez tekst, ale ponad tekstem. Techniki technikami, a jeśli aktor nie ma nic do powiedzenia o sobie? Najbardziej interesujący jest człowiek z własnym światem, a nie udający najwspanialej histrion. Staram się.

    Myśli Pan, że aktorzy, zdając sobie sprawę z konsekwencji, która pociąga za sobą dwuznaczność – z jednej strony zarzut kłamstwa, z drugiej dosłowne nakładanie na ich prywatną osobowość cech bohatera? To kłamstwo, że widz karmiony jest nieprawdą, to on ma skłonności do utożsamiania się z bohaterami. Moim zadaniem jest podsunąć odbiorcom złudzenie, że sami bohaterowie działają i mówią, a nie aktorzy ich przedstawiający. Pan doskonale wie, że jest jeszcze druga sprawa, problem matactwa. Trzeba doskonale poznać cechy, w które natura wyposażyła innych, by być panem swej duszy, przy kształtowaniu jej tak, by upodobniła się do innych dusz. To pewna manipulacja, to tu rodzi się doskonała iluzja, której widzowie nie mogą się oprzeć, która porywa wbrew woli. Widz dostrzega najdoskonalszy obraz prawdy, a taki stopień iluzji, że aktor dobrze gra.

    Tak, jestem egocentrykiem, podobno cecha nierozerwalna z tym zawodem. Można to nawet zrozumieć. To ja pokazuję się, na mnie patrzą, na mnie chodzą, jestem najlepsza. Skupienie na sobie uwagi – owszem, o to przecież chodzi; pewność siebie – tak, jeśli pomaga w opanowaniu widowni. Ale czy oprócz mnie nie ma nikogo w teatrze, na scenie, czy naprawdę reszta to… Szukam w pamięci momentów, kiedy zauważyłam innych wokół siebie, niewiele tego było. Chyba w tym zawodzie trzeba myśleć tylko o sobie, tylko ja jestem tak wyborna.

    Łatwo się pogubić w pogoni za formą, znakiem, umownością, zaprzepaścić się w tym, co najważniejsze, zawieruszyć człowieka z jego emocjami, ale i z jego myślami, człowieka, z którym chcę obcować bezpiecznie schowany w fotelu lub w blasku reflektorów. A ja chcę go obserwować, współczuć mu, myśleć jego myślami. Niech podniesie się kurtyna, albo opada, zawsze będziemy grać swoje role, bez względu czy słowami, gestami i myślami cudzymi czy swoimi.

    Pan dawno odgadł, jaka jest moja największa wada – za dużo mówię lub piszę, ja kto woli. Wszakże trzeba ważyć przerwy w dyskursie, tu i tam, chociażby po to, by dać odpocząć widzowi i pozwolić mu na rozróżnienie wrażeń oraz oddzielenie poszczególnych uczyć, narastających w marę rozwoju akcji. Aż w końcu trzeba mu dać odetchnąć od siebie, co waśnie czynię.

    Z poważaniem – V.

    Postscriptum: Teraz wiem, co chciał mi Pan powiedzieć milcząc na próbach. Dobry aktor to ktoś, kto grając, zostawia swoją prywatną uczciwość na czas przedstawienia w garderobie i doskonale manipuluje uczciwością tych, którzy go słuchają i oglądają. Prowokacja? Ma Pan rację.

  • Listy Cz, 28 lutego 2008 Komentarzy: 6

    fot. V. Frances

    fot. V. Frances

    „Biada (…) niewiastom jeśli kochają szaleńców”

    „Bo (…)
    Kto nie dotknął ziemi ni razu,
    Ten nigdy nie może być w niebie.”

    Zawsze miałam oczy szaleńca. Piękne, niebieskie mgławe opętanie. Od czasu, kiedy hormony zawładnęły moim ciałem, a miłosna mapa wnętrza napotkała przeszkodę w postaci filigranowego neuroprzekaźnika.

    Dzieciństwo – zgiełk i spokój domu, łagodny ojciec i władcza matka, żarty rodzeństwa i zapach mazurka. Spalony dom przy drodze i przyjaciółki z niedalekiego rynsztoka, zabawy w brudnej klatce schodowej i szczeniak z kulawą nogą. Dojrzewanie – ból istnienia, odlew ściekający w idealny obraz mojej sympatii. Z czasem wszystkie wspomnienia zaczynały układać się w pewien wzorzec tego, co mnie w nim pociąga, a co odpycha. Zalewały mnie uczucia erotyczne, mapy, niczym wosk krzepły w pustych dłoniach – wymarzona sylwetka, kolor oczu, temperament narowistego ogiera, nawyki z klasztornej izby, jego opanowanie, jego aspiracje, jego charyzma… Pojawiłeś się przypadkowo, wczoraj, jutro, dziś, w szkole, w biurze i na ulicy. Zaczepiłaś – nie, to ja przejmowałam inicjatywę. Teraz wiem, że nie zauważając cię dałam tylko dowód, że byłeś brakującym parametrem w moim drogowskazie miłości.

    Myślisz, że to działanie w afekcie? Możliwe, przecież nietrudno o niespójności w doborze idealnego wzorca – miłość jest ślepa.

    Euforia i udręka. Bezsenne noce, nerwowe dni, skórcz ciała, ciarki gorączki, kołatanie serca, ból w głowie. Pogrążona w ekstazie nie wiem jak upłynął kolejny dzień, jak wsiadłam do autobusu i jak odnalazłam klucz w przepastnej torbie, jak minęłam sąsiada i jak ktoś podał mi dłoń. Czekanie przy aparacie, wymyślanie scenariusza na dialog, na wyśnione spotkanie. Idealna maskę mojego „ja”, a jednak na wskroś wątła. W końcu nadchodzi ta nieśmiertelna chwila i oto najmniejszy twój gest zatrzymuje mi oddech, zawraca krew, brakuje tlenu, w oczach ciemnieje. Omdlewam. Wygaduję głupstwa, śmieję się na całe gardło, ujawniam ci najtajniejsze sekrety, nie przestaje mówić, spacerujemy przez całą noc. A potem obejmujesz mnie i całujesz – od nowa zapomniałam o świecie przeniknięta dreszczem, owładnięta upojeniem.

    Tysiące lat spisanych historii miłosnych – poematy, pieśni, opery, hymny, dramaty i mity. Pośród niezliczonych tłumów mężczyzn i kobiet jestem i ja, która opuszczę rodzinę i przyjaciół, popełnię samobójstwo, dopuszczę się morderstwa, zaczaruję cię wyrywszy na skórze miłosne czakry, uschnę poprzecinanymi tętnicami, będę kłamać, wstąpię do klasztoru, by być ci niedostępną, upodlę się, bo jestem kobietą fatalną a potem zacznę ćpać i kraść, zaszantażuję cię w mym szaleństwie wiecznie zakochanej kobiety. Po moście będziesz biegł do biblii mojego haremu, pomazany krwią nienarodzonego dziecka w szale twojego życia. Omotam cię błogim sznurem skrzypiec czarownego grajka z romansu Beethovena, muskającego najdelikatniej wysokie dźwięki w minorowej gamie.

    Kim jestem? „Seksem połączonym z przyjaźnią”, czasowym zahamowaniem bądź odroczonym pożądaniem seksualnym? Jestem mistyką, mającą wiele cech świętości, i jako taka wymykam się prawom przyrodniczym, jak i naukowej drobiazgowości.

    Zjawiskowo dotkniesz płatków moich uszu i wyszepczesz: To tylko meskalina – otwórz oczy. I codziennie w wyrachowany sposób zdradzisz mnie, jak Judasz, zaprzesz się, jak Piotr, złamiesz, jak Kajfasz i podle sprzedasz tłumowi, jak Piłat.

    Jestem potwornie zmęczona.

    Diagnoza: nieokiełznany pociąg do skrajności, zamroczenie, ekstaza. Zalanie emocjonalnego centrum mózgu amfetaminą – bezustanny doping. Miłosny odpad.

    - Zbyt mocno chcesz związać się z inną osobą; zakładam, że wyborem są nieodpowiedni partnerzy. Kiedy ci wkrótce odchodzą spadasz z wyżyn szczęścia w odmęty rozpaczy – aż do następnej próby. Cierpisz na zakłócenia miłosnych zwojów mózgowych, a w szczególności na potrzebę PEA.

    Leczenie: neutralizator MAO.

    - Ile będzie to trwało?

    - To zależy czy poradzisz sobie bez neutralizatorów, czy wystarczy jedynie wiedza o zbyt silnych emocjonalnych reakcjach twojego organizmu.

  • Listy N, 10 lutego 2008 Komentarzy: 3

    Pamiętam erę papierowych łańcuszków, widokówek, wysyłanych do szkolnych koleżanek, a potem dalej – koleżankom koleżanek pod groźbą nieprzerwanego ciągu. Nie tak dawno, te niekoniecznie oczekiwane, znajdywałam i na poczcie i w okienku komunikatora. Łańcuszki sieciowe. Czas łańcuszków szczęśliwie kończy się, chyba, że natykam się na ludzi, którzy nie potrafią brać ich na poważnie. Podróbki dzieł wielkich mędrców, naprędce klecone, rymy cechowały się stylem, o który nie podejrzewałam żadnego znajomego Pustelnika. Były słabo napisane, nacechowane strachem i polityką przymusowego obdarowywania. Bądź dobry dla ludzi, dziel się tym, co masz, uśmiechnij się do 10 osób i wyślij ten list do 20 zaufanych znajomych. Na końcu groźba – jeśli nie tego nie spełnisz – spodziewaj się wszelkiego złego.

    Zastanawiam się, co kusiło ludzi to przesyłania takich listów. Zdaje się, słały je całkiem poważne osoby, a na pewno były dojrzałe i zajęte zbyt sowim życiem, by bawić się w takie kombinacje. O co im chodziło? Jaki ja odczytywałam interes, gdy przesyłam łańcuszek dalej? Podejrzenie padło na strach. Niektóre z łańcuszków były takie sugestywne, piękne, a na końcu wielka zimna miłości w nieszczęście – WYŚLIJ, bo za rogiem ktoś cię napadnie, złamiesz nogę schodząc z parteru, wszyscy święci cię opuszczą (co już jest podejrzane). Pozytywne przesłanie łańcuszka, zamieniało się w pogrom psychiczny, groźbę karalną; czego tego autor łańcuszka mi życzy? Czy można być dobrym ze strachu przed czymś? Czy to nie będzie dobroć fałszywa, wymuszona i nieszczera? Teraz pozostaje mi tylko uśmiechnąć się do tych 10 osób, ale nie dlatego, że zerwanie łańcuszka grozi opuszczeniem przyjaciela, lecz dlatego, że mam taki kaprys.

    Za sprawą łańcuszków ciągnie się inny lichota, która jakby łączy oba tematy. Parę razy zdarzyło mi się dostawać pisemne informacje w dość poważnych sprawach. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby rozmówca nie był na wyciągniecie ręki. Skrupulatnie unikając dialogu ułatwiał sobie zadanie. Kartka nie sprzeciwi się, nie będzie miła pytań… Odpisałam, powiedziałam tak, potem nie. Reakcja była natychmiastowa – w ruch poszło więcej kartek. Z zebrana dokumentacją poszłam do związków z pisemnym donosem, zapisałam się w niemej księdze „skarg i wniosków” i odzewu nie było. Kartka przyjmie wszystko i nie odda, nawet zasłużonej sprawiedliwości!

    Teraz nie preferuję takich informacji. Zwrotów nie będzie, jeśli ktoś chce pogadać to proszę szczerze – online.

  • Listy Śr, 23 stycznia 2008 1 komentarz

    Do nieznajomego

    Ciągle odchodzisz. Ode mnie, od swoich planów i swoich opowiadań. Odwlekasz w czasie to, co nas łączy, boisz się, że nie wyjdzie; nie wierzysz jak klaruję Ci, że to tylko zabawa. Ale obawiasz się, wszak jesteś człowiekiem odpowiedzialnym i jeśli coś zaczniesz – kończysz, albo kontynuujesz do czasu całkowitego wypalenia.

    Nauczyłam się przy Tobie pić kawę. Najpierw była to kawa z cykorią i mlekiem, teraz jest już prawie czarna. Zasiadam z nią przed monitor i rozmawiamy o planach na przyszłość, Ty o swoich, ja o swoich. To prawda, ja mam kotwicę, mam port, w którym zwijam żagle i zatapiam się w puchowe pielesze, bezduszne zresztą, ale Ty wiesz… Ty chcesz mieć poukładanie życie.
    Nie wiem co robisz, nie znam Twojej przeszłości i mało mnie ona obchodzi; liczy się tylko tu i teraz. Nigdy mi nic nie mówisz o sobie, czytam tylko w niedomówieniach przemycane myśli. Co robiłeś 10 lat temu, jakim człowiekiem byłeś? I nie pytam, obawiam się odpowiedzi.Inspirujesz mnie do rozkładania kart i widzę, że przechodzisz pewien kryzys. Ciężko Ci o tym mówić, wiadomo, facet facetowi nie powie, a co dopiero kobiecie. Nadal poszukujesz tej jedynej… a nadchodzi ten czas – czas konsolidacji, kiedy to człowiek zbiera żniwo minionych lat.

    Są dwie szkoły. Pierwsza twierdzi, że warsztat jest sublimacją popędu płciowego, druga, że jest emanacja egzystencjonalnego lęku. Jest jeszcze trzecia szkoła, moja. Chęć realizacji siebie poprzez namiastkę tego, co zdołam zabrać egoistycznemu światu. Ty po trochu cierpisz na te dwa pierwsze syndromy a kryzys pewnego męskiego wieku musi minąć, aby znaleźć schronienie w zatoce równowagi. Ciągle jednak uciekasz, spieszysz się, mówisz, że masz za mało czasu. Wiedzie Cię głębokie pragnienie zmian i palenia mostów. Dlaczego, przed czym chcesz uciec? To strach przed śmiercią, uzmysłowienie sobie jak wiele od życia oczekujesz, a jak mało udało Ci się osiągnąć? Istnieje w Tobie potrzeba dalekich sukcesów, rozwinięcia pasji, nie chcesz spocząć na laurach, a jednocześnie jesteś zmęczony. Planujesz, chcesz szybko uporać się z przymusową pracą i zając się wreszcie tym, co było Twoim cichym przewodnikiem przez całe życie, a na co nie miałeś nazbyt czasu. Kalkulujesz ile potrzeba na codzienną egzystencje, przekładasz do na tygodnie i miesiące, by Twoja pasja sięgnęła szczytu a potem zarabiała sama na Ciebie. Będąc w tym psychospołecznym punkcie przełomowym, wkraczając w drugą fazę życia, walczysz z rzeczywistością, ale przegrywasz. Ta świadomość cicho wkrada się do umysłu, albo przychodzi nagle jak cios obuchem. A jak jest z Tobą?

    Jesteś moim spowiednikiem, podobnie jak ja Twoim. Mamy wspólną cechę, chcemy być niezależni. We mnie dopiero wykluwa się owa świadomość, Ty ją już masz głęboko wrośniętą. Potrafisz być przeraźliwie cyniczny, narzucasz światu własny punkt myślenia, liderowanie zmusza Cię do naginania faktów dla potrzeb własnych, częstokroć dla pokazania swojego sprytu i ignorancji dla powszechnie aprobowanych praw. Walczę z tym. Nie okazujesz oznak słabości – oficjalnie, nieoficjalnie jestem ja.

    Zapewnie chciałbyś bym utuliła Cię sztampowymi słowy, łagodząc każdą złą myśl? „Wszystko w porządku” – obawiam się, że stałabym się obiektem seksualnym. Taka nostalgia szybko przechodzi na rzecz innych zainteresowań, ale tłumaczę sobie to jak moralnie powinnam. Nie chcę być słaba, za błędy są zbyt duże opłaty. Niejednokrotnie dług przewyższa wszystko, co mamy, nie wystarczą podarte szmaty by odkupić winy chwilowych bolączek.

    A tkwi w Tobie głęboka potrzeba podbojów, zapewne istniejąca od zawsze, teraz gwałtowniej się jej poddajesz. Czy to strach, że osiągnąłeś już szczyt swoich możliwości? A miałeś dostać tę nagrodę! A tu na razie pusta kartka, plany ledwie tlące się po nocach w głowie i depresja. Na depresję najlepsza jest kobieta – młoda, wysoka brunetka w dobrze „leżącym” kostiumie z akrylowymi białymi paznokciami. Zważ jednak, że ten podbój to tylko chwilowy parawan aby poczuć się młodszym i pełnym życia.

    Jest to swego rodzaju powrót do małego chłopca, który cały czas w Tobie żyje, a teraz cofa się, uganiając za młodymi dziewczynami. Tobie jest zbyt wygodnie by wiązać się na stałe. Romanse działają jak aspiryna – są krótkotrwale. Dopóki nie uporasz się z rzeczywistością, z upływem lat, te wyziewy rozpaczy będą Ci wiernym cieniem. Ja nie zapominam o dziecku, które jest w każdym mężczyźnie. Zdarza się, że dziecko bierze górę nad mężczyzną, w chwili, gdy najbardziej potrzeba dojrzałego osądu i rozsądku. Raz impulsywność, to znów apatyczność, chwile radości i momenty psychicznego kryzysu. Możesz w kółko powstać, że rzucisz pracę, sprzedasz dom, zajmiesz się medytacją, napiszesz książkę, może dostaniesz za nią nagrodę NIKE… Wolniej, będziesz później żałował tych zapędów. To nie ma nic wspólnego z rozwagą, widzisz tylko to co chcesz zobaczyć i myślisz tylko o sobie.

    Pytasz mnie po raz wtóry co jest gwarantem szczęścia w życiu. Optymizm, kompetencje, zadowolenie z siebie, umiejętność współpracy, a może niepokój, wrogość, egoizm? Po części to i to, bo im mniej człowiek ma tym jest szczęśliwszy. Ci, co nie oczekują od życia zbyt wiele nie żałują potem, że tego nie osiągnęli.

    V.

    P.S. Twoja opcja „komunikatorowa” jest bezużyteczna, zawsze będę w Twym rozmiarze. Poza tym, ja Cię wcale nie znam.

  • Listy Pn, 8 października 2007 Brak komentarzy

    Czuła zakłopotanie i zawstydzenie, gdy pozostawiona przez ojca w wielkiej sali treningowej razem z bratem przyglądała się ogromnemu atlasowi. Jego gładkie zimne brzegi i czarne szale kpiły wielkością z małego człowieka. Łzy napłynęły jej do oczu, gdy nagle zjawił się on – ciemny pan o dobrotliwej twarzy. Zacisnęła pięści w ferworze walki, ale zdała się na los, na człowieka, który miał zaopiekować się nimi w tej niebezpiecznej chwili. Podała mu dłoń. Zaprowadził ich na ławkę przy drabinkach. Mogła teraz z bezpiecznej odległości obserwować grę mięśni obręczy barkowej przysadzistych mężczyzn, czarne sztangi przesuwające się nad głowami i rozbieganych sprinterów na regulowanej taśmie. Bała się tego wysokiego pana, którego nie znała na tyle by powierzyć mu swoje położenie i małego braciszka. Przykląkł koło nich, zaczął żartować, rozbawiać grymasami, szukając skrawka uśmiechu na pobladłych twarzyczkach. W końcu wciągnął z kieszeni dwa lizaki i wręczył brzdącom. Chłopiec uśmiechnął się i wziął lizaka, ona wahała się dość długo by od niechcenia, jakby przypadkiem odebrać upragniona słodycz. Otarła łzy ukradkiem i cichutko w kątku przeczekała do końca zajęć. Ile to lat temu?

    Zaufała temu chłopcu, który przez długi czas jej dzieciństwa oprowadzał ją przez długie korytarze świetlicy, opowiadając o zajęciach w tajemnych salach. Pokazywał świat od innej strony, badał na ile może nauczyć ją mądrości.

    Teraz znów czekała na lekcje, na ławce w słoneczne październikowe popołudnie. Przyszedł, zamiast lizaka wręczył jej różę. Nie był juz dużym czarnym panem, był dorosłym mężczyzną, podobnym temu, którego poznała parę lat temu na siłowni. Czemu nalegał na spotkanie, po tych wszystkich listach, gorzkich słowach płynących z komunikatora, braku szacunku dla uczuć innych ludzi. Ale dziś był taki sam – dobrotliwy nauczyciel, ona jednak nie była tą zagubioną dziewczynką, nie wpajała ślepo każdych usłyszanych treści. Stała się małą kobietką inaczej patrzącą na świat. Róża z kolcami – zaproszenie do pachnącej drogi usłanej kolcami. Czy mogła zaufać jak dawniej? Patrzyła na niego powątpiewaniem. Nie był już tym samym człowiekiem co kiedyś, zmieniło go życie, a może to jej zdziecinniałe oczy przekształciły ów obraz w dorosłe postrzeganie? Bez wątpienia stał się dla niej mężczyzną, nie ojcem, nie bratem, ale kimś, z kim mogłaby zapomnieć się w słodkiej mądrości słowa. Pomony tego co ich kiedyś łączyło dawne zaufanie gdzieś znikło.

    Bała się, a jednak pociągała ją ta sytuacja. Czy to randka czy przyjacielskie spotkanie?

    Wziął ją za rękę, jak kiedyś tam na salce. Może znów poprowadzi ją przez kręte życia wyboje?

  • Listy Pn, 3 września 2007 1 komentarz

    Dziś masz urodziny. Od jakiegoś już czasu te same – dwudzieste siódme. Na torcie palą się świeczki, obok prezenty, kartka z nieprzeczytanymi życzeniami i dwie lampki czerwonego wina.
    Co roku powielasz utarty schemat; obchodzisz rocznice, święta i urodziny – siedmiodniowy tydzień, trzydziestodniowy miesiąc, dwunastomiesięczny rok – masz prawo mieć własny zegar tykający wyłącznie dla Ciebie, a nawet kalendarz z pięcioma wrześniami jeśli potrzebujesz pięciu miesięcy kolorowych liści.
    Tegoroczna uroczystość przebiega inaczej. Nawiedził Cię Anioł z ważkiego departamentu niebiańskiej kontroli, chroniąc przed tragicznymi skutkami płynącymi z jednopłaszczyznowego patrzenia na świat.
    Tym razem jednak to Ty upijasz swojego nie ochrzczonego Stróża, który mianem Yehuiah rości sobie prawa do opieki nad Tobą. Ale czy Los nie zdaje się być pijany i bez tego? Twój na pewno będzie miał jutro kaca.

    Anioł zapada się leniwie w miękkim fotelu, figlarnym uśmiechem próbuje wytłumaczyć racjonalność swoich podszeptów. Yehuiah to kobieta o groteskowej twarzy czerwonych włosach wplątanych w skrzydła, szaleńczym cieniu w oczach i wielkiej mocy w ramionach.
    Butelka opróżnia się z wolna, milczenie przestaje być już zagadką, prawda wylewa się bez szepnięcia – w ciszy was obu. Nagle słyszysz szelest skrzydeł, pewnik, którego nie mogłaś się nigdy doprosić:

    “Warunkiem twojego przeżycia jest brak stałego miejsca zameldowania. Nie wolno ci mieć schronienia, musisz płynąć wraz z życiem. Zmuszona jesteś ciągle szukać szczęścia, a to niesie ciągłe zmiany, wiec nie oglądaj się za sobie, nie żyj przeszłością, nie przywieraj do teraźniejszości. Idź ciągle naprzód, tylko to cię uratuje. Czy chcesz cieszyć się jakąś melodią? Nie zatrzymuj ucha na kilku zaledwie nutach – pozwól im przeminąć, pozwól im płynąć. Gdyby jakiś konkretny fragment skupił twoją uwagę, tak, że krzyknęłabyś: Grajcie wciąż to samo; to nie byłaby to już symfonia. Radość ze słuchania symfonii zależy od twej gotowości do tego, czy pozwolisz jej przeminąć”.

    Bredzi – pomyślisz zabierając mu kieliszek niedopitego wina.
    Yehuiah osuwa się na podłogę, broczy krwią czerwonych loków, na twarzy wyryte cierpienie ze zmęczeniem pooplatane
    Podrywa się szybko łopocząc skrzydłami, wyfruwa przez okno. Na fotelu zostawia prezent – niebieskie pióro w kształcie litery V.

    Zwycięstwo? – pytasz ciemności – Do zobaczenia za rok.

  • Listy Pt, 10 sierpnia 2007 1 komentarz

    Wszystkie rozważania, Twoje, jak i cała Twa osoba, wywołują dość żywe poruszenie, krwawsze w każdym razie aniżeli można sądzić spoza sieciowych o nich enuncjacji. Jak to zazwyczaj bywa w tej dziwnej krainie, istnieją – zwłaszcza jeśli chodzi o znaczących – tradycje podwójnej erudycji: jednej ustnej, drugiej pisanej. To, co i jak człowiek mówi nie ma często nic wspólnego z tym jak pisze. Mam nadzieję, iż stan tej, wynikły z obłąkanych warunków sieciowego bytu, zmieni się. Nie jest to zdrowe.

    Na dłuższą metę wywarło to skutki dość opłakane: ciągła nauka, ciągłe szukanie, ciągłe podnoszenie poziomu i odstraszaniem przyciąganie ludzi. Zdaję się, że niektórzy zaczynają nienawidzić swych piewców, znudzeni tym, co o nich skandują, dławieni tym, czego o nich nie mogą powiedzieć, a nie umieją scalić wszystkiego. Rodzi się paradoks: ci, którzy nadgorliwej odlewają monolity, ci dysponują najpewniej wszelakimi dokumentami, przekonując innych, jak dalece śmiałek ich odległy bywa od tego, co z nim robią, jak bardzo jest inny i jak bardzo niezrozumiały. Teraz wszedłszy na drogę “monolityczną”, nie wiedzą, jak z niej wybrnąć.

    To co piszesz niewiele mówi o Tobie, kryjesz się za kamienną lawiną słów cudzych a swoich skąpisz; słów pożądanych a trwonionych nie tam, gdzie powinny się znaleźć. Niejednokrotnie trafiają w próżnię, bezkonstruktywnie uderzają w miękki beton grzebiąc po wyschnięciu całą siłę wyrazu, a ludzie.. ludzie są poza tym.

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

maj 2012
P W Ś C P S N
« kwietnia    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u