• Listy Wt, 1 listopada 2011 Komentarzy: 10

    A gdyby ktoś zapalił ci świeczkę, wąską albo długą, i kazał opowiedzieć swoje życie zanim się ona wypali? Czy starczyłoby ci czasu?

    Niektórzy umieją streścić swoje życie w paru podpunktach, inni zaczynają snuć tyrady i przypominać maniusie wątki. Ogarek mruga w ciszy albo gaśnie, gdy człowiek nie dotarł jeszcze ze swoją opowieścią do połowy.

    Mały znicz migoce na grobie bezdomnego, stara kobieta modli się nad mogiłą noworodka, a tam, pod płotem, niedawno pochowano siedemnastolatka. Dziś na cmentarzu jest wyjątkowo ciepło i jasno, choć to szczere pole z rozhulałym wiatrem. Ktoś milczącym dał kolejną szansę na wypowiedz, a łuna ognia powoli popieli przeszłość.

    Moja opowieść byłaby kolorowa, mieniąca się kryształami, miękka w dotyku i bardzo melodyjna. Nie, nie kiczowata, a wielobarwna, z jak namieszą ilością czerni i szarości. Bo czerń i gorycz chciałabym ukryć. Gdzieś tam koncertowałaby orkiestra i słychać było śpiewy w różnych tonacjach. Pod roztańczonymi nogami wirowałyby kwiaty i liście, a każdy dzień ciągnąłby do światła…

    Może słuchający dopatrzyłby się lekkiego koloryzowania, ale u mnie wywołałoby to tylko uśmiech – udało się nie zanudzić i zmieścić w czasie do końca.

    fot. własna

     Wpatruję się w drgający płomień znicza na grobie taty i słucham, może mi coś opowie?

  • Listy Pt, 15 października 2010 Komentarzy: 20

    fot. własna

    Nie pamiętam wiele z przeszłości, tylko drobne fragmenty, z których teraz będę próbowała przypomnieć sobie to, o czym nie zdążyłam Ci powiedzieć, a chciałabym, żebyś wiedział.

    Mogę tylko się domyślać, ale ze strzępków rozmów w naszej rodzinie poskładałam, że miałam być chłopcem. Od najmłodszych lat zabierałeś mnie do prac polowych, zbijania skrzynek, wbijania kołków… Pamiętam, jak chodziliśmy na targ, gdzie sprzedawano najróżniejsze gwoździe, śrubki i gadżety dla domu. Ja zajmowałam się oglądaniem tych cudeniek, a Ty, bez poganiania, wybierałeś odpowiedni zawias, czy uszczelkę. Nikomu się nie spieszyło, to był nasz tajemny świat. Ty robiłeś coś pożytecznego, ja uruchamiałam wyobraźnię. Jednak nie byliśmy nigdy blisko, to, że trzymałeś mnie za rękę przy przechodzeniu przez ulicę albo zbieraliśmy jabłka w sadzie, znaczyło jedynie, że jesteśmy koło siebie.

    A czy było między nami jakieś porozumienie? Myślę, że było zwłaszcza wtedy, gdy próbowałeś nauczyć mnie być twardą. Nie pamiętam, żebyś mi to kiedykolwiek mówił wprost, ale to chłopców stawia się na baczność, uczy naprawy urządzeń, pokazuje, że trzeba przebijać mury, chociaż nie starcza do pierwszego i niewiele z tego jest szczęścia. Byłam jednak dziewczynką, którą byle choroba kładła do łóżka. Chyba trochę Cię zawiodłam.

    Nie próbowałam jednak na siłę sprostać Twoim oczekiwaniom. Zapewne, dlatego, że byłeś spokojnym człowiekiem i tylko zmęczenie doprowadzało Cię do ostateczności. Wtedy nadchodził strach i uciekałam w bezpieczny świat mojej głowy. Jako zagrożenie odebrałam urodzenie się mojej siostry, bo to ją traktowałeś, jako wyczekiwaną córkę. Dlaczego tak jest, że pierwsze dziecko jest zawsze ślepcem w ciemnościach, musi torować sobie drogę do serca rodzica maczetą, a to drugie ma już gotową, przytulną polanę? Pierwsze musi doskoczyć i zarobić, drugie być tylko milusim brzdącem, od którego nikt nic nie oczekuje. A może tylko się uczyłeś na mnie, by prawdziwie zrozumieć i kochać moją siostrę?

    Nigdy nie byłam grzecznym, przymilnym dzieckiem, żadną przylepą. Drażniło mnie mazanie się i słabość koleżanek, a szczególnie mojej siostry. Chodziłam swoimi drogami i nic nie mówiłam o kłopotach w szkole. Może czułam, że nikt mi nie pomoże? Nie wiem nawet, czy znalazłbyś czas na rozmowę ze mną. Wiecznie zmęczony albo w pracy. Potem już nie chciałam rozmawiać, byłam za duża byś pogładził mnie po głowie. O uczuciach nigdy nie rozmawialiśmy, ale czuję, że Cię zawiodłam. Musisz wiedzieć, że starałam się zawsze sprostać Twoim oczekiwaniom.

    Nasze uczucia, porozumienia tkwiły we wspólnej pracy. Jak wtedy, gdy tapetowaliśmy wspólnie pokój, kiedy słuchaliśmy muzyki tak głośno, że przybiegł sąsiad, skarżąc się na zbyt hałaśliwe wiertła. Rozumieliśmy się także w śmiechu.
    Pamiętasz jak upierałeś się, bym sama nie jechała do Lublina po jakiś tam element stroju do sukni ślubnej? Bałeś się o mnie, ale nigdy tego nie okazałeś. Dostałeś szału i pojechałeś ze mną. Wiesz jak to dziś odbieram? Oddałeś mnie pod opiekę innemu mężczyźnie, bo nie umiałeś mnie ulepić taką, jaką sobie wymarzyłeś. A ja nie umiałam wspiąć się ponad siebie. Mogłam nauczyć się wielu rzeczy, chłopięcych rzeczy, ale zawsze stałabym w rozkroku, między wyborem tego, co przynależy też dziewczynie.
    Najżywsze wspomnienia mam z wczesnego dzieciństwa, kiedy niosłeś mnie przez śniegi do przedszkola. Kiedy byliśmy na miejscu, byłeś cały mokry, potem chorowałeś. I strasznie mam sobie to za złe. Dziś wiem ile kosztuje wychowanie dziecka. Szkoda, że przekazujemy sobie tej wiedzy w genach, na pewno uniknęlibyśmy wielu błędów. A tak tylko powielamy błędy naszych rodziców.

    Od dawna uczę się życia bez Ciebie, nierzadko brakuje mi Twojego wsparcia i cennej rady. Chociaż ani Ty, ani ja, nie umieliśmy sobie okazać miłości, ona jest. Tkwi głęboko. Bez ostentacyjnego tulenia i pustych deklaracji słownych. Niektórzy tego potrzebują, my potrzebowaliśmy ciszy.

  • Listy Cz, 14 stycznia 2010 Komentarzy: 27

    fot. negateven

    Kiedyś wyszłam za mąż, kiedyś miałam dzieci i kiedyś dostałam jeden z najdziwniejszych prezentów. Kiedyś, bo to ostatnie było niespełnionym marzeniem. Nie moim. Kartką, którą wyjęłam z zardzewiałej skrzynki na listy. Czarno-białą fotografią jakiegoś pokoju. Obietnicą.

    Ładny pokój – pomyślałam.

    Był podniszczony. Mała szafa, toaletka, która służyła również za stolik nocny, na niej lampka i ściany z odrapaną tapetą. Wielka miska i dzbanek na wodę wskazywały, że nie było nawet bieżącej wody. Do pokoju wkradał się wiatr, nadymając lekko długą firanę, a słońce zachęcało do wyjrzenia na… Mulin Rouge? Już czułam zapach przegniłego papieru, starych szmat, kurzu, ale rozdźwięk z całością stanowiło łóżko. Gdyby nie ono, reszta byłaby tylko kurewską norą.

    Nie rzucało się w oczy, ale było jak tron, na tle żółtawych, zalanych ścian i surowych desek podłogi. Z okuć odleciał prawie cały chrom, rażąc zimnym metalem i rdzą. Dopiero po dłuższym przyjrzeniu nabrałam przekonania, że wnętrze łóżka jest ciepłe. Alchemiczna biel pościeli i gładkość wykrochmalonych prześcieradeł spowita była kolorową kapą. Wywiniętą i zapraszającą.

    Zaproszenie do środka było tak sugestywne, że niemal czułam dotyk wiatru i słońca na skórze i kogoś jeszcze. Kogoś, kto kiedyś mnie tam zaprowadzi.

    Spod fotografii wypadła niezgrabnie przyklejona kartka.


    Widzimy się codziennie, mamy do siebie wgląd.

    Czasem ubieram je na szaro, żeby ich nie zidentyfikowano. Niekiedy chodzą w purpurze żądając nierządu, za chwilę w błękicie chłodno patrząc nawzajem na siebie. Pan w czarnym kapeluszu jest nieugięty, pan w pomarańczowym pomysłowy. Myśli – szaleją, gdy jesteś przy mnie. Na paluszkach badam kolor Twoich myśli, liczę na pomyślne wiatry pastelowych kolorów. Wierzchem otwartej dłoni głaszczę Cię po policzku, gdy siedzisz zadumana, a kiedy chcesz mnie zagadać kładę kciuk na Twoich wargach, abyś nie myślała, a czuła. Obejmuję Cię, zawsze odwracasz w żart moje zbytnie mruganie powiek, niepewnie zdejmuję ubranie. Ty nie protestujesz, nie wiesz, co kryje się w głowie siedzącego naprzeciw pajaca, nie możesz poczuć mokrych dotknięć języka na Twoich stopach, rąk ogrzewających nagie, zziębnięte uda. Kulisz się w ciele dziewczynki, ściągającej nieporadnie przykłady z pożądania. Jesteś mistrzynią odwracania uwagi od rzeczy, z którymi nie umiesz sobie poradzić albo ze strachu. Boimy się oboje. Ja pieszczoty Twojego ciała, Ty nienazwanych pragnień. Nie znasz ich jeszcze, ale obudzą się i połkną innego mężczyznę. Nie mnie, ja mam zbyt duże obawy, by dotknąć Twoich myśli zapisanych rumieńcem na policzku. Stoimy na konkretach i żadne nie chce kochać. Tak jawnie.

    Dziś złamałem ciszę w maleńkiej części słów, których wtedy nie umiałem wymówić
    -Maj 1994

    Ilu ich było? Kochali, a ja nie zdawałam sobie z tego sprawy.

  • Listy Wt, 1 grudnia 2009 Komentarzy: 17

    fot. TrixyPixie

    fot. TrixyPixie


    Zbyt długo siedziałam za zamkniętym oknem przyglądając się w oczach kochanych osób. Zbyt intensywnie żyłam życiem obcych. Niedługo otworzę lufcik…

    Całowałeś się kiedyś przez szybę? To całe moje życie – nie czuć. Zaciskać mocno zęby, gdy boli, poddawać się, kiedy nie wychodzi, zamykać oczy, gdy nie mogę powiedzieć „nie”.

    Widzisz te krople deszczu po drugiej stronie? Grzmocą w szybę, nie mogąc dostać się do środka. Tylko niektóre liżą delikatnie szybę. Jakby mogły, wyrwałyby wielką dziurę i zalały ciało. A tak, niezaspokojone, spływają w dół nierównymi drogami. Łączą się tworząc zgrupowania małych rynienek, by na końcu wpaść do wspólnego potoku podokiennego parapetu. Myślałeś kiedyś skąd ta siła? Nie wszystkie są jak burza z piorunami, część potrzebuje delikatnego dotyku, inne spadają gradobiciem i zabijają namiętnością okno. Siedzę za szybą i obserwuję walkę o dominację. Która szybciej, która większa, która mocniejsza i sprytniejsza. Powalczą chwilę, aż scalą się w jeden potok wypluty rynną. Zazdroszczę im, bo chociaż siedzę w bezpiecznej odległości, nie martwię się smrodem ziemi, która mnie wchłonie, nie poczuję nic. Ani chwili uniesienia, ani namiętności zimnej szyby. To ciężki rodzaj egzystencji, rodzaj tortury – widzieć i nie móc poczuć.

    Nie powiem też nic. Nic, co mogłoby kogoś urazić i przekonać do obrania innej drogi, nic, co poruszy serce na tyle, by zacząć płakać prawdziwymi łzami. Życie bez okazywania uczuć zabija je całkowicie. To strach przed reakcją, bluźnierstwem, brudem zaszybowego świata. Trwoga przed prośbą ciała, twojego i mojego. W końcu – za niewiedzą. Zostaje tylko ta, wyuczona z mądrych książek, teoria akademicka niemająca nic wspólnego z praktyką, albo sucha anatomia ludzkiego ciała. Nieporównywalnie ciężej uczyć się uczuć z książek aniżeli od prawdziwego człowieka. Łatwiej, jako dziecko, kiedy automaty nie zostały jeszcze zbojkotowane przesz stereotypy. Ale dzieckiem już nie jestem. Za późno na naukę? Zapewniasz, że nie, ja mam nadzieję, że nie…

    Dziś otworzyłam mały lufcik. Nie pada. Poczekam na deszcz, spróbuję poczuć.

  • Listy Pt, 23 stycznia 2009 Komentarzy: 9

    Zakończył się II etap konkursu na Blog Roku 2008. Dziesięć blogów z poszczególnych kategorii będzie teraz bić się o SMS-y swoich czytelników i znajomych, a kapituła jury wybierze najgłośniejszego, który chwyta za serce i umysł. Mam swoich faworytów, na których będę głosować i nie z sympatii do autorów, a do przeczytanych treści. Każdy z nich podchwycił mnie czymś innym i dziwię się, że można ująć to w tak wąskie kategorie konkursu. Trzeba się jednak gdzieś wpasować, by się przebić.

    Na tym etapie moje uczestnictwo w konkursie kończy się. Chciałam podziękować wszystkim, który na mnie głosowali. Tych, którzy mnie czytają i znają z literek, i tych realnych, którzy mnie dobrze znają, ale nie czytają ;) . Nie zebrałam wymaganej liczby głosów, może nie nastawałam zbytnio na telefony, może nie wzbudziłam „czegoś” w czytelnikach, może za mało się udzielałam w sieci, może… ale to nie jest ważne. Konkurs pokazał blogi, których dotąd nie znałam, a są rzeczywiście wartościowe, można w nich odszukać zapomniane cząstki, tematy do rozmów, wenę do dalszego pisania. Bardzo często zdarza mi się czytać kogoś, pod kim nigdy się nie podpiszę, nie skomentuję. Spośród myśli, które tłoczą się do głowy są takie, których się wstydzę, tematy, których u siebie nigdy nie poruszę, pomimo, że są ważne także dla innych. Najczęściej nie mieszczą się one w ramach mego bloga, są śmieszne, nie do pojęcia dla wielu ludzi, a pietą achillesową kogoś podobnego do mnie. Właściwe to banał, bo każdy ma tajemnice, do których sam boi się przyznać, coś, co go najbardziej gnębi, gdy zostaje sam. Ten konkurs pokazał mi blogi, a przez nie i inne blogi, które są nieocenionym źródłem informacji.

    Czy czytając zagorzale, identyfikując się z piszącym, a nie pozostawiając śladu nie ignoruje jego wysiłku? Nawet minimalnego, bo wiadomo, każdemu pisanie przychodzi z różną trudnością i ma inne podłoże. To można poddać dyskusji. Bo skoro piszący otwiera komentarze liczy na dialog, chce poznać inny punkt widzenia, pragnie wiedzieć czy jego myśli nie zbaczają z toru. A jednak większość przechodzących nie pozostawia echa. I to ich prawo, bo nie w każdej gazecie (mam przecież możliwość publikacji;)) zostawiam na marginesie swoje notatki, a większość treści zapominam, skoro nie wzbudziły oczekiwanych refleksji. Zabrać gazety niepodobna, bo jest wliczona w koszt publikacji. Jedynym wyjściem jest słowo pisane. I tylko tak mogę dowiedzieć się czy się zgadzacie ze mną, czy też nie :D .

    PS. Ostatnio wybuchła dość energiczna dyskusja na temat mieszczenia się w wybranej kategorii konkursu. Co jednak, gdy autor nie zawiera się w ramy jednej, albo żadnej? Pociąć się na kawałki? Miałam z tym problem, bo kategorie „literackie” nie ujmuje moich fanaberii. Jeśliby przyjąć definicje, że „literatura to wszystkie >sensowne twory słowne<, czyli dzieła artystyczne, tj. literatura piękna, oraz teksty użytkowe, tj. literatura stosowana, zachowane w formie pisanej lub w przekazie ustnym”, to, czym jest blog? Coś mu ujmuje jego treściom wg ww. wymienionej definicji pani profesor Stefani Skwarczyńskiej?
    Można jeszcze mówić o grafomanii – jest nim „patologiczny przymus pisania utworów literackich. Określenie o wydźwięku pejoratywnym (…) Jednak grafomania nie musi wiązać się z brakiem predyspozycji pisarskich, może wynikać z rozmijania się z percepcją sztuki i literatury właściwej dla danej epoki. Grafomania jest bardziej zauważalna u autorów, którzy łączą przymus pisania z dążeniem do upowszechniania swoich utworów, mimo negatywnej oceny ich poziomu artystycznego”. Tak wiec dyskusja jest bezcelowa, bo słowo „literatura”, to worek bez dna, grafomani mogą wyprzedzać swoją epokę, co dyskutantom nawet do głowy nie przyjdzie ;) . Ponadto konkurs jest realizowany w różnych celach, wątek literacki jest jednym z wielu.

  • Listy Wt, 2 grudnia 2008 Komentarzy: 13



    Kiedy ona pozwoli mi odejść, uśmiechnę się spokojnie. Zawieszę niewielki tobołek na ramieniu i pójdę, nie chcąc wracać do wspaniałych wspomnień. Jeszcze jedną nogą będę w jej ciepłym pokoju, a już wprowadzi się nowy gość. On rozłoży się na rozklekotanym szezlongu, jak pies pilnować będzie jej snu… Ona jutro wyjmie stare zdjęcie ze srebrnych ramek i zamieni na świeże – jego; pozbędzie się tych wszystkich rzeczy, które przypominają jej starego chłopaka. Niedużo tego, ale zawadza stara pocztówka, poduszka z rozbrajającym pyszczkiem kota. Najbardziej szkoda będzie fioletowego ziela przymocowanego do gitary. Tak zgrabnie komponuje się z układanymi wspólnie słowami i nutami. I tej muszelki na dnie ciężkiej butelki z piaskiem, która miała przynieść szczęście. Nie mnie – jej. I zostawionych przypadkiem rad, złości i łez. Nie wyrzuci ich od razu, zalegają niewidocznie półki, wiec odkurzy je przypadkiem, kiedy on zapragnie prawdy. Wtedy strzepnie wspomnienia i śmiejąc się zapomni. Będzie znów jak niezapisana kartka papieru, czkająca na delikatny dotyk stalówki z czerwonym atramentem.

    Pamiętam jak mnie przygarnęła. Wiedziałem od początku, że wyrzuci, kiedy nie będę już potrzebny. Wszystkie tak robią. Nie, nie zabronię jej wspominać mnie dobrze. Niech wspomina, ale ja już nie będę miał wpływu na jej decyzje, nie moje gusta kształtować będą jej bibliotekę, nie moje ucho proponować muzykę, ani obraz… I nie moje łzy będą gładziły po policzkach. Ona też, jak wiele przed nią, mówiła, że tylko ja potrafię płakać z kobietą. To bardzo ważne, powtarzała. Wyleczę się ze śpiesznych złudzeń, nie wyszedłszy nawet za próg jej domu. 

  • Listy Wt, 23 września 2008 Brak komentarzy

    F. Boucher Diana kąpiąca się

    F. Boucher Diana kąpiąca się

    Kiedy młody chłopiec dojrzewa atakuje go jakby niewidoczna, niewolnicza substancja, z którą bezskutecznie próbuje walczyć i stara się wyrwać.

    Był jednym z trzech braci. Miał jeszcze młodszą siostrzyczkę, która urodziła się dużo później. Mała była rozpieszana, traktowana, jako maskotkę i całkowicie ignorowana, gdyby przeszkadzała w ich męskich grach. Matka zajęła się wówczas nią, oni wychowani w dyscyplinie stronili od wszelkich tuleń i obecności kobiet w domu.
    Pamiętam tamto lato, gdy biegł przez wylane słońcem pole. Nad nim orły zataczały kręgi, a pisklęta wróbli piskały w ostatnich zielonych liściach gruszy. Biegł widząc ostatni raz oczy żniwiarek, zmęczone, jak oczy żniwiarzy. Jeszcze mały chłopiec, w ruchu, uciekający, zawsze sam, albo w towarzystwie braci. Bawił się, tylko, że teraz czas chłopięcych zabaw dobiegł końca.
    Starałem się wynagrodzić mu obojętność matki, ale on już nie potrzebował czułości. Z lubością oddawał się różnym ćwiczeniom fizycznym, wspinał się na urwiska, wykonywał salta i inne akrobacje, angażował się w gry z kolegami. Nie można było oprzeć się wrażeniu, że próbuje przyciągnąć coś albo kogoś, uwolnić się od czegoś. Podobnież jak człowiek na bagnie ogania się od chmary komarów.
    Jego siostra byłą już pąkiem, jeszcze nierozkwitłym, a już z cudownymi kobiecymi zalążkami. Często wyjeżdżały z matką w gościnę do sąsiadów i rodziny. A on odwracał wzrok, ba! uciekał, gdy chciały się z nim pożegnać.

    Starałem się zawsze stać blisko niego, bez słów okazując, co do niego czuje. Podobnie zachowywały się kobiety w naszym domu, obserwowały, ale nie podchodziły bez przyzwolenia. Chciał być niezależny. Nie był wobec nich szorstki, ale zawsze odwracał głowę, kiedy chciałby mu spojrzeć w oczy. To jakiś uraz z dzieciństwa, do kobiet, tych najbliższych. Matki i siostry.
    Któregoś dnia poszedłem do naszej figurki Artemidy, nieco dalej podążał za mną on. Był ciekawy, co zrobię, co robi dorosły mężczyzna. Niepewnie dotrzymywał mi kroku i nagle przypomniało mi się dzieciństwo i dzieciństwo mojego ojca. Obydwaj kochaliśmy się w Dianie. Zawsze ukradkiem przynosiliśmy jej pod pomnik drobne podarunki. Jej wizerunek kobiety-łobuziaka towarzyszył mi w czasie zabaw, była kimś, kto doskonale mnie rozumie. Moim skrytym marzeniem było zobaczenie jej żywej w leśnej głuszy wraz z licznymi towarzyszkami. I przyszedł czas, może miałem parę lat więcej niż mój syn, iż uznałem ją za młodą dla siebie i przeniosłem swoje uczucia na Artemidę.
    Położyłem u stóp bogini bukiecik kwiatów. Liczyłam, że on rozumie, co czuję, gdy zobaczy. Nie mogłem mu powiedzieć, wprost, że jego matka i siostra nie są jedynymi przedstawicielkami płci przeciwnej.
    Chłopiec wpatrywał się ze mną w Artemidę. Była ideałem piękna, nie musiała nawet brać udziału w nieszczęsnej rywalizacji pomiędzy Herą, Ateną i Afrodytą. Jej uroda nie była jednak urodą wynioślej Hery, ani urodą dostojnej i mądrej Ateny, ani też zmysłową urodą Afrodyty. Byłą to piękno sportsmenki, znane z boisk i pływalni. Ideał.
    Próbowałem bez słów przekazać mu, że niezależnie od tego, jak trudne chwile czekają go w życiu, zawsze będzie mógł polegać na Artemidzie. Ona nigdy nie odejdzie i go nie zostawi. Była mi bliska, jak matka, zawsze tu była z jej twarzy nigdy nie zaniknął łagodny uśmiech.

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

luty 2012
P W Ś C P S N
« stycznia    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  

Kategorie

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u