Alarm w telefonie, śpię dalej ale dzwonek nie ustępuje, dzwonek sympatyzujący z szubienicą, dzwonek jak pętla na mojej szyi. Sen chce wziąć mnie siłą, mamiąc niezłym filmem o Tobie. Śniło mi się, że leżysz koło mnie, boję się otworzyć oczy, żeby nie okazało się, że to co obejmuje jest tylko poduszką. Czuje się zawiedziony, że wciąż żyje, że nie umarłem we śnie. Umrzeć z miłości…. to taka śmierć za pomocą pistoletu kupionego razem z Twoim palcem na spuście. Błagając Cię o Twoją miłość zeszmaciłem się. Jestem psychiczny – bo miłość jest chorobą psychiczną, jej brak, jeszcze większą, wykręca duszę tak jak się szmatę do podłóg wykręca – jestem szmatą, która opadła na mą duszę, niby całun. Boję się ruszyć, bo szmata z której jestem uszyty jest z lichego materiału, jak tylko się poruszę szwy pójdą i rozsypię się wraz z całym stelażem, pod którym płonie ogień piekielny, taki specjalnie wymyślony dla mnie, za moja miłość do Ciebie za to, że sobie wymyśliłem, że kiedyś będziemy razem. I zostanę już z moją szmatławą duszą, w tym łóżku niczym w grobie, niczym w urnie, w której pozostawiam wszystko, czym byłem i wyruszam w głąb na spotkanie tego czym się stanę, składając ją w pościeli jak w ziemi w dowód miłości.
W około mnie cisza… Wychodzi z niej samotność… Porusza się na palcach, zachodzi od tyłu i szponiastymi palcami zaciska się mocno na gardle. Trzyma… Staje przede mną z drwiącym uśmiechem na ustach, po czym zaczyna krzyczeć na całe gardło te wszystkie okropne rzeczy, zaczyna bluźnić na prawo i lewo, pluć krwią i zarazą. A ja chciałabym w tym momencie umrzeć, by nie słyszeć tego nienawistnego głosu… I w takich momentach pojawia się ból. Gdzieś w okolicach serca. A z bólu rodzi się tęsknota. Klęczy prze de mną i skomlę cicho jak pies, bezwstydnie prosząc o ratunek. Składa ręce w geście pokory i rezygnacji, szukając u mnie ratunku. A ja odwracam twarz, zatykam uszy, by nie dochodził do nich ten jęk rozpaczy… I w takich momentach pojawia się strach. Wchodzi bezczelnie nie pukając i sieje zamęt i zniszczenie. A po nim zostaje już tylko pustka, bezkresne zero, pustynia bez piachu.
Po co wciąż budzę się? Znowu mi się śniłaś. Czułem zapach twoich włosów, słyszałem Twój równy oddech. Stałaś patrząc na mnie. Chciałem podbiec, przytulić się, powiedzieć jak bardzo Cię kocham, jak bardzo mi zależy, ale coś, jakaś blokada nie pozwoliła mi zrobić kroku. Powiedziałem tylko: <Ale mi napędziłaś strachu! Myślałem, że to już koniec!> ale nie odezwałaś się. Pewnych słów człowiek nie jest w stanie znieść. Ja nie byłem w stanie znieść Twojego milczenia, które zabrzmiało jak wystrzał z pistoletu. Upadłem nieżywy. Umarłem. Umarłem, ale moje ciało się z tym nie pogodziło i żyje dalej, bo jestem pozbawiony własnej woli. Straciłem kontrolę, straciłem Ciebie, jedyne źródło mojego życia. Podniosłem rękę i z pożądaniem zacząłem spoglądać na wijące się żyły pod cienką skórą, są tak blisko, tak blisko… wystarczy tylko ugryźć… Wystarczy tylko…
Muszę wstać inaczej umrę w tym łóżku… ale zaraz, zaraz przecież ja chcę umrzeć więc wszystko w porządku. Nie otworzę okna, poczekam aż zabraknie tlenu. W pokoju panowała radosna atmosfera cmentarnej kaplicy, ale słońce wychylając się za chmur, zmieniło ten scenariusz. Nagłym błyskiem niczym napalm rozlała się po pokoju jasność, zacząłem uciekać przed nią, brodząc w pościeli jak w wietnamskim błocie. Natrafiłem na ścianę, tulę się do niej, przytykam policzek, gładzę ją dłonią. Marzę, że ktoś z zewnątrz z drugiej strony także przytula się do niej swym ciałem. Może marzę za bardzo, ale kiedy myślę o Tobie, pragnę czuć Twój dotyk. Ciągle widzę nas razem, ciągle jesteśmy dla siebie, mimo tego, mimo wszystkiego, ciągle jesteśmy razem, inaczej, ale razem, czy chcesz, czy nie, a chcesz. Ja już wiem, tylko Ty musisz się dowiedzieć… Przetrwamy razem po wieki zaklęci w tej ścianie, niczym wieczni kochankowie. Nie, no bez sensu to wszystko, czegoś brakuje… Nie jestem już sobą. A kim? Nie wiem. Pustą formą , w której może zamieszkać każdy, cokolwiek. Choćby ta ściana, albo wróbel. Nie chcę, aby we mnie zamieszkał wróbel. Jedyne czego pragnę, to Ciebie. Wróć jaka jesteś, jaka byłaś, jakom pragnę Cię widzieć. Jak przyjaciel, jak przyjaciel, jak dawny wróg. I przysięgam, że nie mam broni. Nie, nie mam broni. <Dobranoc> wyszeptałem do mojej ściany, ucinając tym wszelkie zbędne pytania z jej strony. Tuląc w sobie wróbla, uciekłem w sen.
<cze – jestem wróbel> patrzę i oczom nie wierzę ale wzrok nie myli, rzeczywiście wróbel. <Poprawiłem ci poduszkę.> Powiedział. <No widzę jedną fałdkę żeś wyprostował.> <etam jedną, trzeba cieszyć się z rzeczy niewielkich, z drobiazgów, które na pozór nic nie znaczą, doceń to, doceń tamto i jesteś szczęśliwym człowiekiem.> dodał wróbel. <Doceniam. Miło, kiedy ktoś się o nas troszczy i interesuje nami.> Odparłem. <To takie przyjemne.> i wtedy wydało mi się, że dla kogoś jestem jednak ważny. Już dawno tego nie czułem. <Uważaj czego pragniesz.> powiedział niby od niechcenia, wygładzając nóżkom kolejną fałdkę. <Nie dlatego, że dostaniesz, ale dlatego, że gdy to dostaniesz, nie będziesz już tego pragnął.> Wróbel co ty wygadujesz? <Długo byłeś z Aśką.> Spytał <Nie. Tak naprawdę to bardzo chciałem z nią być, ale coś się popsuło. Nie wyszło.> Odpowiedziałem zgodnie z tym jaka była prawda. <Fantazje muszą być nierealistyczne, aby pożądanie trwało bezustannie. Dobrze wiesz, że z Aśką by wam nie wyszło, pomimo waszego braku sprzeciwu, pomimo waszej akceptacji, i z całą resztą na nie.> <Wiem wróbelku, wiem. Ale wiem też, że prawdziwe szczęście dają jedynie, marzenia o przyszłym szczęściu i dlatego tak naprawdę przez ten krótki czas, wbrew pozorom byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi> Zapadła długa cisza, w czasie, której wróbelek wygładził kolejna zmarszczę na poduszce, a ja znów stałem się sobą, tak bardzo, że dotarłem do swoich granic. <Dobra ja zrobiłem swoje, poducha jak nowa. Muszę już lecieć. Żegnaj> otworzyłem mu okno.
Wyfrunął, poszybował, odleciał – wysoko, daleko, hen. Żegnaj wróbelku, żegnaj. To co myślałem wcześniej nagle znikło, albo ukryło się za barykadą myśli. Nowszych myśli, wymyślonych teraz. Zamurowało się, zapomniało nieużywane. Zepchnięte na dno świadomości z nadejściem nocy zatopi się w poduszce i będzie mnie uwierać co noc, co sen. Miłość zbyt słodka, by ją wspominać.
Zapisali…