• Donkiszoteria Cz, 15 stycznia 2009 Komentarzy: 19

    Wiele razy życie zmuszało mnie do racjonalności, odpowiedzialności, ograniczenia swoich potrzeb na rzecz lepszego, zdaniem użyteczności, wykorzystania okazji. Do czego? W ten sposób, niestety, ograniczałam – siebie. Kiedyś poszłam po głos mało rozsądny i zaczęłam pisać bloga. Wcześniej nie miałam zbyt dobrego zdania o blogwaniu. Blogi, jak i ich autorzy nie były wiarygodne, inaczej z książkami, czy konkretnymi ludźmi. Blogowicze to płynna masa, komentujący – przypadkowi podglądacze, bezwstydnie spluwający, bądź cieszący się z niezobowiązujących powiązań. Teraz mam zupełnie inne pojęcie o tej sferze ludzkiej działalności.

    Daliśmy sobie tu nowy dom, nową tożsamość, ale budowaną nie przez każdego indywidualnie, a przez uczestnictwo w różnych wspólnotach emocjonalnych. Dała mi ona więcej i zupełnie, co innego niż bym się spodziewała. Na początku, nawet w trakcie, pojawia się pytanie – o czym pisać, na ile się odkryć, w jakiej formie, co zawrzeć, by kogoś zainteresować. Chyba nie da się pogodzić anonimowości z blogowaniem, nawet, gdy pisane będą tylko opowiadania, recenzje, przemycę siebie. Sprzedam to w prostych zdaniach. Pisanie w różnych osobach, różnymi stylami dezorientuje czytelnika. Nie wiadomo, z kim ma do czynienia, czy z fikcją czy prawdopodobieństwem, z emocjami czy prześmiewczością. I tu pojawia się prosty kruczek emocjonalny– ludzie chętniej czytają domniemaną prawdę, coś, co znają z ulicy, niż pięknie wymuskane zdania z nudnej książki. Najlepiej sprzedają się emocje, opisy nawet najnudniejszego życia, najlepiej w formie żartu. Smutków nikt nie lubi. Czy nie zdarzyło wam się nigdy nasłuchiwać sąsiada zza ściany, albo zaglądać w oświetlone okno czyjegoś domu? Tu jest podobnie – nawet lepiej – wiele otwartych drzwi prosi się o ustosunkowanie przechodnia do prawdy bądź wyobrażeń. Jeśli jest się autentycznym, wiarygodnym przez dłuższy czas, ludzie odwzajemniają się podobnym. Istnieje jeszcze grupa rebeliantów, którzy wnoszą powiew świeżości do ugrzecznionego światka. A co tak będziemy wiecznie sobie słodzić?! Oni też grają na podstawowych ludzkich emocjach, manipuluj swoją przeciwstawnością, burzą sztywne reguły. Do rozpoznawalności przyczynia się kontrowersyjność lub autentyczność, dowcip, fachowość, pomoc. Te dwie pierwsze opcje są najlepiej notowane.

    Nie umiem się sprzedać, nawet same słowo ohydnie mi się kojarzy, jako przykra konieczność szarej rzeczywistości. Sprzedaję się codziennie tam, tu robię nieco inaczej.

    Kiedyś chciałam kupić rolki. Nie był to chwilowy kaprys, a zakup pewny (choć warunki drogowe kiepskie). Ale zobaczyłam buty, które przydałyby mi się o wiele bardziej. Wybrałam buty. Skojarzyło mi się to z konkursowymi kulkami – kołami od rolek. Czy jeżdżenie na kółkach zarezerwowane jest tylko dla nastolatek? Każdy chce mieć tu frajdę na kółkach, ja też! Wzięłam udział w konkursie na Blog Roku 2008. Wygrana nieosiągalna, ale przy odpowiednim sprężeniu, uda się uciułać 3 kulki do moich rolek (głosy z komórek sygnowane są odpowiednio rzeczonymi).

    Blog jest alternatywą dla rzeczywiści, rządzi się innymi zasadami. Jest swoistą grą, jej uczestnik sięga swobodnie po różne sztuczki, by go zauważono, bo może. Pełni też rolę rynku, gdzie mapy kulturowe autora są zestawiane i porównywalne z mapami innych piszących. Bawi mnie sama gra. Sztucznie wytworzony świat jest często brutalny dla tych, którzy swoją samoocenę przekładają na wirtualne sukcesy i porażki. Blogwanie, jak i konkurs traktuję jako świetna zabawę. Jako środek do pokazania co jest dla mnie ważne, co wywiera na mnie wpływ. Niektórym wystarczy kameralny zaułek, inni szlifują opanowane reguł blogerskiej wspólnoty. Z wielkiego arsenału blogerskiej ekspresji wygra ten, który najlepiej posiadł umiejętność grania w bloga.

    Więc grajmy!

  • Donkiszoteria So, 10 stycznia 2009 Komentarzy: 17

    Każdy zapewne zna bajkę o Czerwonym Kapturku – dziewczynce która wyruszyła z wiktuałami do domku swojej babci. Droga wiodła przez las, gdzie czaiło się zło. Wszystko zakończyło się dobrze. Kapturek był rozsądna dziewczynką, a jej babcia i matka dobrymi nauczycielkami.

    Bajka pokazuje prastary schemat, konflikt pierwiastka męskiego i żeńskiego. Bajka dla dzieci czy dla dorosłych? Wg E. Fromma Kapturek jest symbolem dojrzewającej kobiety (czerwony strój mówi sam za siebie), stojącej przed problemem płci. Ostrzeżenie matki, by nie zbaczała ze ścieżki, nie upadła i nie stłukła butelki, stanowi przestrogę przed niebezpieczeństwem seksu i utraty dziewictwa. W drodze przez życie – las niebezpieczeństw, dziewczynka spotyka wilka. Wzbudza w nim pożądanie i zwierzę zwodzi ją na leśne ostępy. Kapturek, znosząc harmonogram życia ustalony przez matkę daje się zapędzić w gęsty las. Stąd nie ma prostych ścieżek, ale usprawiedliwia się zbieraniem kwiatów dla babci. Wilk ze ślinotokiem świdruje koszyk dziewczynki: „Dasz mi choć łyk wina?”

    Zboczenie ze ścieżki zostaje ukarane przez wilka – mężczyznę. Nie udało się mu skonsumować Kapturka, wiec ukarana zostaje babcia.
    Jednak motywem bajki nie jest jedynie przestroga przed niebezpiecznym seksem.
    Wilk jest przerysowany. Oprócz swego cwaniactwa i braku litości jest też kanibalem. Mężczyzna pożera kobietę. Przeciwnego zdania są kobiety, które lubią mężczyzn i rozkoszują się seksem.

    Końcówka bajki podkreśla szczególną nienawiść i uprzedzenie do mężczyzna. Bohaterka wystawia wilka na pośmiewisko. Połykając babcię próbował naśladować kobietę w ciąży (pewną rolę spełnia tu leśniczy, którego rola nie polega wcale na bohaterstwie; tylko na rozpruć zwierza), karą będą zszyte w brzuchu kamienie – symbol bezpłodności. Wilk zdycha. Zgodnie z prastarym prawem odwetu, zachcianka wilka zostaje ukarana, dodatkowo jest wyśmiewany na przywłaszczenie sobie roli kobiety brzemiennej. Triumf święcony przez nienawidzące mężczyzn kobiety kończy się pełnym ich zwycięstwem.

    Symboliczna wersja Kapturka nie nadaje się jednak dla dzieci. A może one rozumieją ją całkiem podobnie?

  • Donkiszoteria Cz, 18 grudnia 2008 Komentarzy: 12

    Pamiętasz jak Achmatowa pytała, co ma po sobie zostawić? Cień? A po co cień tobie?

    Mnie? Cienie nie są dla żyjących.

    Ale widziałaś go dzisiaj. Jak myłaś okna, w szybie okiennej! Cień twój, szare odbicie całkiem zgrabne. Przyglądałaś się mu długo, z niedowierzaniem, że można komuś ukraść cień, chwilkę, obraz kwiatu, kadr z mignięcia aparatu.

    Szyba ma tę przewagę, że nie oddaje pełni kolorów, tworzy rys ogólny. Wydawałam się sobie ładniejsza. Lubię swoje narcystyczne spojrzenie i zamgloną prawdę. A raczej czyste kłamstwo o zmęczeniu, zmarszczkach i nerwach. Szyba kokietuje uroczo.

    Nazwij to po imieniu – kradniesz! Chwile przyjemności w samouwielbieniu i część życia paprotki, którą utrwaliłaś na obrazie. Zamknęłaś ją w ramach, podpisałaś swoim nazwiskiem. To kłamstwo! Mam namacalny dowód!

    Jak według ciebie miałam podpisać? Paprotka? Wszystkie gatunki paproci są już dawno namalowane bądź sfotografowane, zatytułowane i zautoryzowane. Nic nie da się więcej. Tak jak nic nie rodzi się z próżni. Większość podstaw wymyślono już dawno, wszelkie teorie są tylko powieleniem przeszłych, tylko nieliczni nadają im nieznaczny poler i chwilową świeżość.

    Dorosły człowiek umie wyselekcjonować dla siebie treści, na które go stać, które rozumie, reszta jest zbędnym dodatkiem. Musi jednak poruszać się miedzy zapisanymi myślami wielkich, mądrych a nawet błaznów. Nikt nas nie kształcił w przedmiocie „do towarzystwa”, wbijając tysiące cytatów, kilometry książek wraz z ich autorami. Czy ktoś robi to dziś dla przyjemności, czy jak te panie w wielkich krynolinach, by złapać męża, żonę, zalśnić w towarzystwie?

    Masz do mnie pretensję, że powieliłam nerecznicę? Podobnie mogłabym mieć pretensję do rodziców o powielenie siebie samych, co ciągnęłoby się wstecz do zarania dziejów. Jakim prawem? Prawem niebanalnego spojrzenia na myśli, słowa a nawet kody innych? Idąc dalej, ktoś mi to prawo jednak dał obdarzając umysłem i wolą a nawet chęcią myślenia. Odbierzcie mi wzrok i dłonie a nie skopiuje żadnej materii, i zdolność abstrakcyjnego myślenia a nie pomyślę o geometrii mojej twarzy w szybie okiennej.

    Nasz świat jest tylko popłuczynami innego świata. Nie ukryjesz, że jesteś czyjąś kopią. Podpisując się imieniem i nazwiskiem nie zapominaj, kto wmyślił pismo, kto papier… Nie wiesz? Dlaczego więc używasz nie pomyślawszy, chociaż, że nie twoje?! Nie zasłaniaj się cieniem własnych myśli, je także ktoś już pomyślał.

  • Donkiszoteria Pt, 14 listopada 2008 Komentarzy: 17


    Vitor Silva Soares

    Zapytajmy mężczyzn czy którykolwiek chciałby być kobietą (z wyjątkiem tych, którzy uważają, że są kobietami przed pomyłkę uwięzionymi w ciałach męskich). Rzadko, który przytaknie. Właściwie dlaczego miałby to robić? Mężczyźni mają więcej przywilejów, więcej pieniędzy, cieszą się większą władzą i niezależnością niż kobiety. Czy chcieliby to oddać? A jednak jest w kobietach coś, co sprawia, że mężczyźni czują się niezręcznie, a w ich podświadomości czai się strach.

    Tu naturalnie w świetle dziennym bryluje męski szowinizm. Wypełzł on z czci Nicolasa Chauvina do swojego wodza – Napoleona, człowieka o wybujałych ambicjach. Chauvin aż do śmierci celebrował cześć wodza, a jego płomienna miłość stałą się synonimem wyjątkowego patriotyzmu i ślepego posłuszeństwa. W słownikach szowinizm uściśla się, jako wyjątkowe przywiązanie lub oddanie grupie bądź miejscu, do którzy się należy.

    Na tejże kanwie w latach sześćdziesiątych ub. wieku powstało pojęcie „męski szowinista” dla oznaczenia mężczyzny, który nie chce uznać kobiet za równe mu istoty. Idąc dalej – ślepe posłuszeństwo i bezgraniczne oddanie swojej męskości na zawsze, z czym łączy się otwarta lub skrywana pogarda dla kobiet, które budzą w tym mężczyźnie lęk.
    Czym jest wiec męski szowinizm? Na pewno męską obroną przed kobietami, jest też i obrazą… Niektórzy mężczyźni boją się kobiet i tylko w snach czują się im równi.

    Zaczyna się od pierwszej kobiety w jego życiu i pierwszej miłości – matki. Jeśli była ona nawet delikatna, łagodna, czuła – zawsze się jej bał. Wydawała mu się wszechpotężna, wszechwiedząca. Część tego strachu pozostaje w mężczyźnie na zawsze i zostawia swe piętno w jego dojrzałych związkach z kobietami. Często bogaty, zadowolony z siebie mężczyzna może odczuwać nieuświadomiony lęk przed kobietami. Czyżby obawiał się władzy kobiety? To panowanie różni się od jego władzy. Jest bardziej przerażająca.

    Mimo to mężczyźni nie chcą zamienić się miejscami z kobietami. Żyją w niebiańskim przekonaniu, że wszystko co męskie jest lepsze. Wygląda na to, że znaczna część kobiet też tak uważa…

  • Donkiszoteria Pn, 10 listopada 2008 Komentarzy: 12

    On
    Mieszkaliśmy z żoną w wieżowcu, w dużym mieście. Gdy urodziło się dziecko, wziąłem kredyt i kupiliśmy domek na obrzeżach miasta. Był dla nas o wiele za duży, ale świetne nadawał dla gości, których mieliśmy przyjmować, gdy awansuję. Nie stać nas było na niego. Przez wiele lat ściany i podłogi były gołe, a meble darowane przez rodzinę. To nam nie przeszkadzało, wiedzieliśmy, że sytuacja się zmieni. Uradziło nam się troje dzieci, byliśmy ciągle zmęczeni, marzeniem stało się przespanie spokojnie chociażby jednej nocy. Przez pięć lat… W tym czasie znalazłem lepszą pracę w dużej firmie reklamowej. Przynosiłem papiery do domu, harowałem nocami i w niedziele. Było ciężko…
    Całkiem nieźle nam się żyło. Przed lata jedynym szaleństwem, na jakie nas było stać to butelka taniego wina i jednogarnkowe dania przed telewizorem. Ale potrafiliśmy się śmiać do łez, żartować z płytek, które odpadały, gdy ktoś za gwałtownie odsunął krzesło, i marzyć patrząc na bajzel za oknem. Jednocześnie, gdy przypomnę sobie te nieprzespane noce, kiedy leżałem nasłuchując powoli zapadającej dziecięcej ciszy, myślałem ze strachem, co się dzieje w biurze… Kto próbuje, pod kogo się podkopać i jak przechytrzyć konkurencję. Nie chciałbym wracać do tamtych czasów, a jednak coś w nich zostało, coś zgubiłem. Wtedy dwukrotnie awansowałem. To była zmiana! Zaczęliśmy kupować meble, cichy, urządzać dom… Kiedy podniecenie opadło okazało się, że czegoś brakuje. Nie musiałem już tyle pracować, wieczory miałem wolne. Mogliśmy wyjeżdżać na wakacje i na weekendy z dziećmi, zapraszać przełożonych do domu, który głównie temu miał służyć. Bardzo szybko zacząłem się nudzić. Żona działała mi na nerwy, potrafiła rozmawiać wyłącznie o dzieciach. Nie z taką kobietą się żeniłem. Nie umiała odpowiednio się ubrać, jej światopogląd był makabrycznie ograniczony, z jej dawnej zalotności pozostał jedynie popiół… Poznałem Izę na jednym ze służbowych spotkań. Była przeciwieństwem mojej żony. Lepiej ubrana, potrafiła rozmawiać na różne tematy, robiła karierę za granicą. Miała w oczach ten kokieteryjny błysk… Nasza znajomość trwałą jakiś czas. Dowiedziała się o Izie i zażądała rozwodu. Dostała go.

    Ona
    On uważał, że kobieta powinna być matką i gospodynią. Na początku tak było. Kupiliśmy dom, nieco przyduży na nasze potrzeby. Zadłużyliśmy się. Potem posypały się oficjalne obiady, kolacje z ludźmi z jego pracy. Byłam wściekła i skrępowana. Żony przełożonych męża rozmawiały wyłącznie o ciuchach, fryzjerach, grze w tenisa, plotkowały… Ja miałam wciąż tę samą spódnicę zamiennie z czarnymi spodami i bluzką wyszperaną z ciuchlandu. Wytrzymałam. On dostał wymarzony awans. Miał zacząć się cudowny czas oddechu od codziennego być albo nie być. Mogłam w końcu wysłać dzieci na wymarzone ferie, wychodzić co tydzień do fryzjera, mieć samochód. I ten wyśniony czas z marzeń okazał się jałowy. On pozrywał stare przyjaźnie, nowi znajomi byli wysoko sytuowanymi ludźmi, z którymi nic mnie nie łączyło. Często stałam w salonie jedynie, jako aranżacja jego wnętrza, czując coraz wyraźniej pustkę.
    Czego można oczekiwać od kobiety, która zabsorbowana od rana domem i dziećmi, męża widzi dopiero późno w nocy? Wszechstronnego kunsztu?
    Przeczuwałam, że to jego przyjaciel ich ze sobą poznał. Ja już swoje zrobiłam, zajmowałam się domem i dziećmi, rezygnowałam z wielu rzeczy. Wierzyłam w niego, myślałam, że razem do czegoś dojdziemy, odetchniemy. Ale on chciał oddychać z kimś innym. Długo się zastanawiam i postanowiłam odejść. A on wcale nie był zbytnio zmartwiony.

    Żadnemu z nas nie przyszło do głowy, że idziemy dwiema różnymi drogami.

  • Donkiszoteria Cz, 23 października 2008 Komentarzy: 11

    Dzieci zawsze są radosne. Potrafią cieszyć się z błahostek, z kukurydzanej laleczki, czy krzywego patyka nadającego się na łuk. Czemu uśmiechają się te, które chodzą boso, mieszkają na ulicy, nie mając dosłownie nic, często nawet rodziców? To, że na twarzach dorosłych nie widać uśmiechu, jest zrozumiałe, zważywszy jakie wiodą życie. Ale dlaczego dzieci wyglądają na szczęśliwe? Może nie zadają sobie jeszcze sprawy z własnej sytuacji i nie mają jej z czym porównać? Zapewne smutne dzieci szybko umierają, wiec ich nie widać. Przeżywają tylko wesołe.

    To było w kraju, gdzie samochód przedstawiał ogromna wartość. Dzieci podbiegały do szyb i z szerokim uśmiechem nadstawiały chude rączki. Nie daj Boże jak zorientowały się, że samochodem jedzie ktoś nowy. Ugrzęźniecie w korku, chwilowo dawało złudzenie wielości ryczących wraków, ale to nie ich ilość, lecz znikoma ilość dróg koncentrowały ludzi w tym miejscu. Spoza ruder połatanych dyktą, blachą falistą, przysłoniętych dachów liśćmi palmy wyłaniały się wille – niewątpliwe piękne, teraz w ruinie. Tam też koncentrował się handel, ludzie oblepiali uliczki i sprzedawali różności. Takie, które my z sentymentu wrzucamy na strych zamiast do śmieci.

    Gdzieś z boku klęczała kobieta. Całkowicie ukryta pod czarnym materiałem. Tylko luźniejszy splot włókien na oddech i delikatne wybrzuszenie pozwalało domyśleć się, gdzie jest jej twarz. Sprzedawała chusteczki higieniczne. Od czasu do czasu kołysała rocznego synka. Obok niej biegła mała dziewczynka proponując, niemal wciskając, przechodniom towar. Komu były potrzebne chusteczki? Czy ktoś w wysokiej temperaturze cierpiał na katar? Do otarcia czoła i twarzy służyły poły długich rękawów.
    Dziecko zaczęło głośni płakać i nie udało się matce dłużej powstrzymywać ani jego krzyków, ani swobody. Musiała odejść, upał był nie do zniesienia. Mała dziewczynka z ostatnim krzykiem przyzywającym matki sprzedała paczuszkę chusteczek. Instynktownie wiedziała, że dla uśmiechniętego dziecka ludzie są milsi.

  • Donkiszoteria Cz, 9 października 2008 Komentarzy: 22

    Był sobie człowiek, żył nad wielką wodą. Sam od świtu do zmierzchu, jedynie w nocy odwiedzały go duchy, jedyni jego towarzysze. W ciągu dnia łowił ryby, wędził je, suszył; zbierał owoce, nauczył się uprawiać warzywa na maleńkim pasku żyznej ziemi. Jego szałas był ostoją bezpieczeństwa. Nie brakował mu niczego, a jednak…

    Gdy tylko otwierał oczy marzył o zmroku, kiedy będzie mógł porozmawiać z niewidzialnymi postaciami i kiedy one będą go uczyły innego świata. Dzień zaczynał od spaceru brzegiem plaży, wpatrując się intensywnie w widnokrąg rafy. Szukał niewidzialnego. Było tak pięknie, lecz nie cieszyło go to. Cele, do jakich dążył osiągnął, nie potrafił wyrazić, czego mu brak, co uczyni go jeszcze szczęśliwszym.

    Samotność dokuczała mu tak bardzo, że zaczął uczyć się różnych rzeczy, które nie były mu potrzebne do przeżycia. Z lip ciosał rzeźby, z dębów budował tratwy, stworzenia wodne i rośliny lądowe posłużyły mu do mieszania farb i klejów. Klecił blejtramy i obciągał błoną wielorybią. Plaża zmieniła kolory wraz rozwijającym się talentem człowieka…

    W nocy człowiek poznawał tajemnice duchów, ich rytuały i muzykę, alegorie i poezję . Wtedy świat wydawał mu się lepszy, wart jego wysiłków. W ciemności, gdy był tylko ze swoimi myślami i duchami. Nie mógł ich dotknąć, przepływały mu przed palce. Czy były prawdziwe?

    Pewnego dnia wypłynął na tratwie nieco dalej. Kiedy zabrakło mu wody wpadł w panikę. Suchość ciała trawiła go tak bardzo, że tracił zdolność racjonalnego myślenia. I w tym momencie zobaczył łódkę. Inną niż jego tratwa, zbitą z innego drewna, z innym ładunkiem. Resztką sił podpłynął do znaleziska – w łódce spał człowiek. Taki sam jak on.

    Nieznajomy oddał mu ostatnie krople wody. Złączyli łódki i zasnęli wyczerpani. W nocy rozpętała się burza. Rano ich ciała woda wyrzuciła na brzeg plaży człowieka.
    Człowiek obudził się pierwszy. Obejrzał dokładnie przybysza i stwierdziwszy, że nie różni się od niego prawie niczym, zaczął cucić.
    Cieszył się, że będzie mógł z kimś dzielić dni, cieszyć się nocą, odkrywać drzemiące zdolności i dal, która nie była jeszcze przebyta. Na jego malej wysepce zwanej światem.

    Obcy szybko zaaklimatyzował się w światku człowieka. Razem z nim nurkował, malował, żeglował i rzeźbił, łatał sieci, gotował i lepił garnki. Był mu powiernikiem i wiernym towarzyszem.

    Człowiek coraz rzadziej rozmawiał z duchami, stały jakby mniej potrzebne, niemal zbędne. Ich inność już nie zachwycała. Podczas jednej z długich nocy zażądały by usunął obcego z wyspy. „Jest obcy, zaszkodzi ci w rozwoju. Kiedy byłeś sam lepiej malowałeś, rzeźbiłeś, miałeś więcej czasu na łowienie i rozmowy z nami. Więcej i szybciej pojmowałeś. Teraz twoje myśli biegają tylko wokół niego, to tępi twój talent. My byliśmy tu pierwsi”.

    Tak, obcy był inny, nie mówił, i nie słyszał. Ta odmienność nie przeszkadzała człowiekowi, jak i niemoc usłyszenia jego myśli. Na początku, wykorzystując zdobytą wiedzę, próbował nauczyć przybysza słów, ale niesłyszane dźwięki zamieniała się na ustach w ochrypły jęk. Jakakolwiek gramatyka nie wchodziła w grę, ponieważ przybysz nie znał mowy na tyle, by czytać z ruchu warg. Ich system porozumiewania opierał się na obrazowaniu. Uczyli się od siebie nawzajem, swoich ciał i emocji, bez słów, gestykulacją i zmysłami. Każdemu ich działaniu towarzyszyła wzajemna spontaniczność, pociągała ich własna inność.

    Człowiek stanął przed dylematem. Co będzie dla niego lepsze – dalszy rozwój i obcowanie z duchami, czy obecność namacalnej istoty. Co jest lepszą drogą – ciało obcego czy mądrość zjaw.
    Uległ duchom. Spętał obcego i położył pod starym drzewem, które miało zapewnić mu przetrwanie rośliny.

    Obiecali mu bóstwo. Od niego będzie zależał dzień i noc, przypływ i odpływ, zima i lato, śmiech i płacz. Dostał dar tworzenia, myślą i mową. Tylko dwóch rzeczy nie mógł zrobić – zapanować nad duchami i otworzyć obcemu ust i uszu.
    Został sam, znów sam w sowim geniuszu i samowystarczalności. Z duchami nie musiał rozmawiać, wystarczała rozmowa z samym sobą. Sam, bez skazy i obcych myśli.

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

maj 2012
P W Ś C P S N
« kwietnia    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u