Wiele razy życie zmuszało mnie do racjonalności, odpowiedzialności, ograniczenia swoich potrzeb na rzecz lepszego, zdaniem użyteczności, wykorzystania okazji. Do czego? W ten sposób, niestety, ograniczałam – siebie. Kiedyś poszłam po głos mało rozsądny i zaczęłam pisać bloga. Wcześniej nie miałam zbyt dobrego zdania o blogwaniu. Blogi, jak i ich autorzy nie były wiarygodne, inaczej z książkami, czy konkretnymi ludźmi. Blogowicze to płynna masa, komentujący – przypadkowi podglądacze, bezwstydnie spluwający, bądź cieszący się z niezobowiązujących powiązań. Teraz mam zupełnie inne pojęcie o tej sferze ludzkiej działalności.
Daliśmy sobie tu nowy dom, nową tożsamość, ale budowaną nie przez każdego indywidualnie, a przez uczestnictwo w różnych wspólnotach emocjonalnych. Dała mi ona więcej i zupełnie, co innego niż bym się spodziewała. Na początku, nawet w trakcie, pojawia się pytanie – o czym pisać, na ile się odkryć, w jakiej formie, co zawrzeć, by kogoś zainteresować. Chyba nie da się pogodzić anonimowości z blogowaniem, nawet, gdy pisane będą tylko opowiadania, recenzje, przemycę siebie. Sprzedam to w prostych zdaniach. Pisanie w różnych osobach, różnymi stylami dezorientuje czytelnika. Nie wiadomo, z kim ma do czynienia, czy z fikcją czy prawdopodobieństwem, z emocjami czy prześmiewczością. I tu pojawia się prosty kruczek emocjonalny– ludzie chętniej czytają domniemaną prawdę, coś, co znają z ulicy, niż pięknie wymuskane zdania z nudnej książki. Najlepiej sprzedają się emocje, opisy nawet najnudniejszego życia, najlepiej w formie żartu. Smutków nikt nie lubi. Czy nie zdarzyło wam się nigdy nasłuchiwać sąsiada zza ściany, albo zaglądać w oświetlone okno czyjegoś domu? Tu jest podobnie – nawet lepiej – wiele otwartych drzwi prosi się o ustosunkowanie przechodnia do prawdy bądź wyobrażeń. Jeśli jest się autentycznym, wiarygodnym przez dłuższy czas, ludzie odwzajemniają się podobnym. Istnieje jeszcze grupa rebeliantów, którzy wnoszą powiew świeżości do ugrzecznionego światka. A co tak będziemy wiecznie sobie słodzić?! Oni też grają na podstawowych ludzkich emocjach, manipuluj swoją przeciwstawnością, burzą sztywne reguły. Do rozpoznawalności przyczynia się kontrowersyjność lub autentyczność, dowcip, fachowość, pomoc. Te dwie pierwsze opcje są najlepiej notowane.
Nie umiem się sprzedać, nawet same słowo ohydnie mi się kojarzy, jako przykra konieczność szarej rzeczywistości. Sprzedaję się codziennie tam, tu robię nieco inaczej.
Kiedyś chciałam kupić rolki. Nie był to chwilowy kaprys, a zakup pewny (choć warunki drogowe kiepskie). Ale zobaczyłam buty, które przydałyby mi się o wiele bardziej. Wybrałam buty. Skojarzyło mi się to z konkursowymi kulkami – kołami od rolek. Czy jeżdżenie na kółkach zarezerwowane jest tylko dla nastolatek? Każdy chce mieć tu frajdę na kółkach, ja też! Wzięłam udział w konkursie na Blog Roku 2008. Wygrana nieosiągalna, ale przy odpowiednim sprężeniu, uda się uciułać 3 kulki do moich rolek (głosy z komórek sygnowane są odpowiednio rzeczonymi).
Blog jest alternatywą dla rzeczywiści, rządzi się innymi zasadami. Jest swoistą grą, jej uczestnik sięga swobodnie po różne sztuczki, by go zauważono, bo może. Pełni też rolę rynku, gdzie mapy kulturowe autora są zestawiane i porównywalne z mapami innych piszących. Bawi mnie sama gra. Sztucznie wytworzony świat jest często brutalny dla tych, którzy swoją samoocenę przekładają na wirtualne sukcesy i porażki. Blogwanie, jak i konkurs traktuję jako świetna zabawę. Jako środek do pokazania co jest dla mnie ważne, co wywiera na mnie wpływ. Niektórym wystarczy kameralny zaułek, inni szlifują opanowane reguł blogerskiej wspólnoty. Z wielkiego arsenału blogerskiej ekspresji wygra ten, który najlepiej posiadł umiejętność grania w bloga.
Więc grajmy!






