• Donkiszoteria So, 18 kwietnia 2009 Komentarzy: 16

    fot. Candas

    fot. Candas

    Zawiść to rzecz ludzka, tak jak np. obżarstwo, lenistwo. O ile te dwie ostatnie występują dość często i są pobłażane, tyle zawiść jest mocno wstydliwą emocją. Doświadcza jej prawie każdy, bo trzeba mieć w sobie mocne prawo moralne, by nad nią zapanować. Nie ma takiego człowieka, któremu los słodzi pod każdym względem. Każde dobro cudze mami, chociażby przez to, że nie jest nasze… Zawiść obejmuje wszelkie dobra, a nawet takie trudne do uchwycenia jak: umiejętność pisania wierszy, wianuszek przyjaciół, elastyczność, szczerość. Niedawno spotkałam się z zawiścią podszytą zaborczością: nie będziesz rozmawiać/przyjaźnić się z tym i tamtym, bo ten ktoś jest moim wrogiem. Jeśli nie zastosuje się do ostrzeżenia mam liczyć się z bardzo nieprzyjemnymi konsekwencjami (osoba, która grozi/ostrzega dobrze wie, co mnie ugodzi najmocniej).

    Dwie strony medalu zawiści doskonale do siebie pasują. Na awersie jest napisane „ja chcę mieć to samo, co tamten”, na rewersie – „ja nie chcę, by tamten miał więcej niż ja”. Zawiść na pewno nie jest elementem świata zwierzęcego. Zwierzęta współzawodniczą ze sobą w razie głodu albo zabiegając o samice. Czy najedzony lew będzie wyrywał drugiemu lwu upolowaną gazelę? Tyllko dlatego, aby głodny nie mógł się najeść?

    Pewne elementy zawiści (a na pewno zaborczości) można dostrzec w aktach seksualnych zwierząt i ludzi. Większa część zwierząt, tu samce, zabiegają o względy samic tylko w okresie rui. Jedni próbują zgromadzić na swym terytorium jak najwięcej samic i zapłodnić, inne zaspokajają się jedną partnerką, niekiedy na całe życie. Jest to aspekt jak najbardziej biologiczny. U człowieka (jako przykładu użyję mężczyzn) ma to również podłoże biologiczne, ale przez znaczne zaawansowanie ewolucyjne, niestety i obłudne. Mężczyźni (nie wykluczam kobiet) wymyślają bardziej skomplikowane fortele by zdobyć kobietę, przy czym nie chcą doprowadzić do zapłodnienia, nie pragną nic w zamian pozostawić naturze. Akt ma dawać tylko przyjemność, najlepiej z coraz to nowymi „samicami”. Kobieta ma trochę inną naturę, ale w tej grze uczestniczy. I gdyby nie powróz w postaci nakazów religijnych i społecznych kaganiec moralny niektórych ludzi rozpadłby się w rozpuście.

    Można doświadczyć zawiści patrząc na swoją byłą dziewczynę w objęciach innego? Albo dostać nagłego ataku agresji oglądając zdjęcia całującego się męża z inną kobietą? To sprawa indywidualna jak zareagujemy. Zwierzęta najczęściej odchodzą, szukając innej samicy/samca, ludzie posuwają się do – „ja nie chcę, by tamten miał więcej niż ja”. A jeśli ja jej/jego nie mogę mieć, nikt tego nie dostanie!

    Ludzkie potrzeby nie mają granic fizjologicznych. Nigdy nie cierpią na nadmiar władzy, pieniędzy, popularności, seksu czy uznania. Z jednej strony potrzeba posiadania coraz większych dóbr sprzyja twórczości; niezaspokojenie staje się motywem do twórczych wysiłków. Z drugiej strony ograniczenia w zdobywaniu potrzeb stają się nieszczęściem człowieka, swego rodzaju kalectwem.

    Spotkałam zawiść parokrotnie (także u siebie). Widać ją codziennie, np. słowach: „no zobacz, jaką krzywdę wyrządzili nam Niemcy!”, „podpalę mu warsztat, co się będzie baran puszył”. Zawiść niszczy, jeśli chce się komuś zaszkodzić, niejako zrównać do swojego poziomu. Ale szkodzi przede wszystkim samemu niszczycielowi. Zawiść ciężko ukryć, a jest czymś wstydliwym. Zawistnicy są na tyle ślepi, by tej emocji u siebie nie zauważać. Dążą do celu po trupach, rozstawiając po kątach prośbą/groźbą kolejne ofiary.

    Do mojego zawistnika pasują stwierdzenia „zawiść jest pasją, która gorliwie goni za tym, co sprawia cierpienie”, a „własny charakter tak ich pożera jak rdza żelazo”.

  • Donkiszoteria N, 15 marca 2009 Komentarzy: 38

    - Nie lubię cię – powiedziała mała Krysia, obrzucając Basię piaskiem.

    - Zośka, coś ty jej zrobiła? – starszy brat solidarnie wycierał Zosi oczy z piasku.
    Chciał ją mocno zganić, ale mógł tylko bardziej straszyć. Zośka chlipała, z zasmarkanego gardła udało się usłyszeć:

    - Huśtałam się z Bartkiem, Basia nie miała się, z kim bawić.

    - Głupia jesteś! Bartek to zdrajca, wczoraj podkopał naszą fortecę i ukradł ze środka wszystkie szklane kulki.

    - No to, co! On nie krzyczy jak wy. Daje mi się pobawić swoimi zabawkami i dzieli się batonikami. Jest sprawiedliwy w zabawie.

    Basia dostała łopatką po głowie.

    - Jak będziesz się z nim bawić, to więcej się do piaskownicy nie zabiorę!

    I Zosia odtąd patrzyła z przeludnionej piaskownicy jak Bartek sam bawi się samochodzikami przy huśtawkach. Był wolnym żołnierzem.
    Ona była w jednej z grup, które okupowały piaskownicę po prawej stronie podwórka, przynosiły plastikowymi kubeczkami wodę z kałuż i babrały się boso w fosie zamku stojącego na środku. Poligon wytyczały końce patykowatych flag, przy których pełniła funkcje straż.
    Nieco pośrodku, po lewej, rozbił się garnizon wroga. Ci upaprani na twarzach błotem i guanem wojownicy omawiali strategię kontrataku. Ich zaciekłość, była jeszcze większa na myśl o straconych dwóch walecznych żołnierzach. Przeszli na stronę wroga.

    Walka wręcz schodziła na dalszy plan, kiedy w grę wchodziły mechanizmy podprogowe. Niestrzeżeni żołnierze omamieni lepszym żołdem przechodzili na stronę wroga. W szczególnym niebezpieczeństwie znalazły się małe dziewczynki mające do zaoferowania znacznie więcej niźli nabuzowany testosteron. Chociażby to, że w towarzystwie sukienek chłopcy bardziej starali się i częściej myli…

    *

    Kiedyś z internetem wiązano nadzieję, że będzie to świat bez przemocy, uprzedzeń, rasizmu… Powstaną w nim grupy wspierające się wzajemnie, bez zgrzytów z zewnętrznego świata. Szybko rozpierzchła się ta mrzonka, głównie, dlatego, że do internetu wchodzimy z bagażem doświadczeń. Z uprzedzeniami do członków swojej piaskownicy, którzy, jak się nam zdawało, są podobni do nas i uprzedzeniami do tych z obcej piaskownicy, która się z nami nie zgadza, wyśmiewa nas, etc.

    Każda grupa broni swego terytorium, kiedy uzna, że jest zagrożona jej członkowie silniej egzekwują reguły wewnątrzgrupowe, przyklejają się do siebie, tworząc mur nie do pokonania. Grupa przeciwna obrzucana jest błotem zgodnie z przyjętymi stereotypami. Oni są źli, obłudni i chamscy, bo nie nasi. Grupy próbują wyrwać sobie, co zacieklejszych żołnierzy, podkopując ich lojalność i moralność. Ale jeśli pojawi się jakiś ważny cel wymagającej współpracy (np. konkurs, który ma wyłonić zwycięzców z trzeciej, czwartej grupy), napięcia zmniejszają się (w myśl zasady –lepszy swój wróg niż obcy). Na szczycie stoją przywódcy stanowczo wymagający przestrzegania regulaminu, piętnujący dezercję czy nieposłuszeństwo. Wbrew pozorom, z daleka można też dotkliwie kąsać.

    Ludzie mają skłonność identyfikowania się z grupą i faworyzowania jej członków, mimo przypadkowego i absurdalnego wyboru. Komuś może podobać się czyjś nick, sygnaturka, umiejętność pisania na temat. W rzeczywistości, jakie ma znaczenie, że jest budowlańcem z Belfastu, skoro tak dobrze zna się na samochodach? Najbardziej jest to widoczne na nieokreśloną treścią towarzyskich portalach. Gdy zostaniemy do kogoś przydzieleni, poleceni, wydaje się, że członkowie grupy są do nas podobni, co często jest blefem. Inne grupy stoją w opozycji.

    Skoro niełatwo zbadać status rozmówców jesteśmy skłonni myśleć o kimś, że jest podobny do nas. Tak jest w kontekście międzygrupowym, a w samej grupie? Jeśli żołnierz próbuje dostać się do przeciwnego obozu z powodu przewagi wroga, niekoniecznie jego przekonania pokrywają się z wizjami grupy. Podobnie jak ślepa identyfikacja z grupą, jego celem może być bezpieczeństwo lub chwała. Gotów poświecić inne cele. Ludzie różnie radzą sobie z dysonansem; z brakiem konsekwencji, miedzy przekonaniami a stanowiskiem, jakie obierają lub tymże stanowiskiem a zachowaniem. Jeśli nie są dość zaślepieni upojeniami przywódcy, chcą zmniejszyć dysonans. Często jednak wbrew własnym przekonaniom słuchają i wykonują, ich własne pragnienia zlały się z wizami ogółu (bądź boją wychylić z szeregu). Inni sprzeciwiają się, ich niezadowolenie manifestowane jest pozorną niezależnością, działaniem z boku, ale na rzecz grupy – pomocą, czy walką z ukrycia. Można powiedzieć, iż działają na dwa fronty – są niezależni, ale i związani z danym obozem. Tzw. wolni strzelcy są doskonałymi kopaczami, napastowana grupa nie bardzo wie czy skupiać swoje wysiłki na pojedynczym, wściekłym psie, czy na zbrojnej grupie. Osaczona jest z paru stron.
    Mniej jest takich członków, którzy odchodzą gdzieś i wcale nie musi być to inna grupa. Ci także są niebezpieczni, bo jako odszczepieńczy – liderzy mogą stworzyć inną, silną konkurencję. A jeśli nie, to lepiej – samotnika łatwiej namierzyć i zestrzelić.

    Wywody te i podobne można by snuć bardzo długo. Na jeden wpis wystarczy.

    Dlaczego zaczęłam od dzieci w piaskownicy? W relacjach miedzy dziećmi i ludźmi w necie istnieje wiele podobieństw. Pominąwszy nawet powyższe, tak u dzieci w piaskownicy, jak w necie sporadycznie zdarzają się rany fizyczne. Tu ktoś klepnie kogoś łopatką, rzuci piachem w twarz, albo zmiesza z błotem. Pozostaje jakaś niechęć, uraz i żal.

  • Donkiszoteria Cz, 19 lutego 2009 Komentarzy: 17

    Nic nam w życiu nie jest dane za darmo. Talenty, pieniądze, zdrowie… Kamila Skolimowska odeszła. Niespodziewanie – utalentowana, młoda, szczęśliwa, zdrowa. Miała 26 lat.

    Naturalną potrzebą człowieka jest chęć wykazania się, wybicia z tłumu. Niejednokrotnie koszty przedsięwzięcia przekraczają zadowolenie z bycia na szczycie. Ilu jest sportowców, których osiągnięć już nikt nie pamięta? A oni jeżdżą na wózkach, poruszają się przy balkonikach, mieszkają w spartańskich warunkach, mają skromną rentę, emeryturę. Znakiem niepamiętnej świetności są medale, puchary i zbutwiałe dyplomy. Dodać trzeba jeszcze zniszczone torebki stawowe i odzywające się kontuzje, których żadna operacja czy rehabilitacja nie uzdrowi.

    Wielu po tragedii Kamili, Artura Gołasia, Agaty Mróz, poważnie zastanawia się czy uprawianie sportu ma sens. Jeśli mamy talenty sportowe, to dlaczego nie? Trzeba jednak zdać sobie sprawę, jak treningi ponad siłę, kontuzje, których nie sposób uniknąć, wpływają na zdrowie i późniejsze życie. Jak przyjmowanie odżywek (już nie piszę – sterydów), środków przeciwbólowych, nienaturalny przyrost mięśni, wagi, obciążenie narządów wewnętrznych (szczególnie związane z uprawianiem sporów siłowych) niszczy organizm. Młodzi ludzie nie są tego świadomi. Są silni, pewni siebie i chcą być sławni. Jeśli jesteśmy młodzi ustrój radzi sobie z obciążeniami, ale nie zaciera żadnego wysiłku, stłuczenia i choroby. Pamięta, by w przyszłości, kiedy będzie mniej wydolny, a treningi (organizm musi stopniowo „odstawiać” dozowanie ćwiczeń) przejdą do lamusa, upomnieć się o chwilę słabości. Upomni się podwójnie i szybciej.

    Przypadki śmieci młodych sportowców, smutna starość byłych wyczynowców, może skutecznie odstraszyć ludzi od uprawiania sportu. Nie jesteśmy społeczeństwem wybitnie zdrowym, można powiedzieć nawet – chorym fizycznie. Swoje zdrowie upatrujemy w osiągnięciach naszych sportowców. Dopingujemy, jesteśmy dumni z osiągnięć, zachęcamy do coraz większego wysiłku, sami siedząc na kanapie przed telewizorem. A oni widząc nasze zaangażowane, pieniądze płynące z tego biznesu, całą oprawę marketingowo-reklamową, psychologiczną, zmuszają się do nadludzkich wyczynów. Dla nas i dla siebie.

    Doszliśmy do paradoksu. Sport stał się przyczyną śmierci i chorób, a oczywiste jest, jak dobrze wpływa na funkcjonowanie organizmu. Człowiek nie może zaprzestać ruchu, nieużywane narządy tracą swoje funkcje i powoli obumierają.
    Może istnieje jakieś wyśrodkowanie?

  • Donkiszoteria N, 8 lutego 2009 Komentarzy: 11

    Kto wierzy w hybrydy, niech się nie łudzi, że znajdzie je wśród ludzi. A ściślej biorąc, wśród mężczyzn. Mężczyzn, którzy pchając dwa etaty, znajdują czas dla swoich dzieci, byłych żony, psa, kota, wędkowanie i cotygodniowe mecze z kumplami. Dzieciom fundują dodatkowe zajęcia, coroczne wakacje i czas o każdej porze dnia i nocy. Z żonami spotyka się co drugi weekend na pogawędkach daleko za miastem. Telefon komórkowy służy im jedynie do kontaktu z „rodziną”, a samochód do pożyczania dzieciom (tylko czasem, jako transport do pracy) … Jeśli dojdzie do tego kieszonkowe dla małoletnich, prezenty dla żon, minus opłaty za mieszanie i kartę wędkarską, to niewiele zostaje. Ale prawdziwy mężczyzna – hybryda, nie marnuje ostatnich groszy ma piwo „do meczu”. On zbiera na czarną godzinę.

    On też nie istnieje.

    Kobiety i mężczyzn natura inaczej wyposażyła, jak i dała im inny stosunek do potomstwa. Mężczyzna beztrosko może rozsiewać swe nasienie po świecie, kobieta ma nieporównywalnie mniejsze szanse na zostanie matką. To kobiety są bardziej opiekuńcze i nie jest to działanie wyuczone, a wrodzone. Są też mniej agresywne. Zachowania bitewne u kobiet można zauważyć głównie w obronie potomstwa albo podczas rozpraw rozwodowych.

    Właściwie zachowanie mężczyzn, w przypadku zrzucenia obowiązku opieki nad dziećmi kobietom, podobne jest do zachowań szympansów. Samce pozostają przy samicach, z którymi mają potomstwo, ale na zasadzie dominacji, ochrony swojego terytorium. Zastraszają je i oszukują, aby zapewnić sobie jak największy posłuch w stadzie.

    Poza tym więź do dzieci u mężczyzn przejawia się w dużym stopniu relacją z matkami ich potomstwa. Większych kobiet negatywnie ocenia stosunek ojca do ich wspólnych dzieci po rozwodzie. Mężczyźni oceniają go jako dobry i przyjazny w o wiele większym procencie aniżeli kobiety. Widać to w życiu, badania tylko potwierdzają prawdę. Mężczyźni najlepiej czują się, gdy zapłacą comiesięczną składkę alimentacyjną, a kobieta nie chciałby już żadnego łożenia, tylko bardziej serdecznych, częstszych kontaktów z ojcem. Może rola ojca jest rozumiana przez kobiety znacznie szerzej?

    I co najdziwniejsze, dzieci zawsze stoją murem za stroną pokrzywdzoną. To nieprawda, że zostając z matką, widząc ją, jako bohaterkę wojny, są do niej bardziej przywiązane. One kochają obydwoje rodziców a rany po rozstaniu przysparzają wiele cierpień nim się zabliźnią. Dla dzieci bardzo ważne jest utrzymanie dobrych relacji miedzy rodzicami. Ciężko im to idzie, rodzicie bowiem są skłóceni jak najgorsi wrogowie (człowieku, weź tu nie wątp w miłość, a zwłaszcza mając namacalny dowód). Nie dziwi zatem fakt, iż kobiety poświęcają się dla własnych dzieci, żyjąc w toksycznych związkach lub papierowych porozumieniach.
    Dzieci umieją fantastycznie podpatrywać skrzętnie ukrywane (wrogie, przede wszystkim) miłosne proporcje obydwojga.

    Najlepsze, co mężczyzna może zrobić dla swoich dzieci, to kochać ich matkę.

  • Donkiszoteria Wt, 3 lutego 2009 Komentarzy: 22


    Francisco de Goya y Lucientes Asta su abuelo

    Diabły. Istnieją dwa różne pojęcia – jednym jest niewiara w ich istnienie. Druga wiara i przesadne, zarazem szkodliwe, zainteresowanie się nimi. One same są zadowolone z obu błędów i tak samo wesoło witają i kuglarza i materialistę, mędrca i prostaka.

    Wierzę, że są, anioły, które przez nadużycie wolnej woli stały się nieprzyjaciółmi Boga. Ich natura jest taka sama jak dobrych aniołów, ale zepsuta. Diabeł i anioł mają się tak do siebie, jak zły człowiek, do dobrego człowieka, ale Szatan, ich przywódca, wyznawca totalnego zła, nie jest przeciwieństwem Boga -wszechmocnego dobra.

    Coś w tym jest skoro sztuka i literatura przedstawia nam diabły ze skrzydłami nietoperza, a anioły ze skrzydłami ptaków. Ludzie wolą ptaki od nietoperzy. Może moralne diabelskie zepsucie zamieniło pióra w błony, dziób w ostre kły, śpiew w śmierdzący ryk? Aniołom nadaje się ludzką postać, bo człowiek jest jedynym rozumnym stworzeniem, jakie zna. Postać ta jest jednak tylko symbolem, kogoś stojącego wyżej w porządku naturalnym, a niedostępnego naszemu poznaniu.

    Skrzydła sugerują lotność nieskrepowanej siły umysłu. A mają je zarówno aniołowie, jak i diabły.

    Diabły cały czas od nas uczą się, tego, co dla nich dobre w danej, np. dobie literackiej. Mają swych nauczycieli, którzy podpowiadają jak na każdym kroku odwieść nas od uczciwych zamiarów. Wystarczy nawet najmniej podatny grunt, a rzucają zatrute ziarna, a zaraz zbierają się wrony, kruki i inne nieloty. Przenoszą zatrute nasiona, zasilając sferę diabelską. Pożywką są dopiero, co wyrosłe wici, padlina liter, plotkarskie języki sąsiadów i niewspółmierna z daną, chęć pokazania swego „ego”. Obnażają swoje przywary, chęć poznania, dopieczeniu drugiemu, jest równoznaczna ze schodzeniem w dół, po czarnych schodach do piekła.

    Diabły bardziej lubią biurokratów, naukowców o logicznych umysłach, nierzadko domatorów ciasnych teorii poznania. Mają z nimi mniej kłopotu. Dzisiejszy świat jest dla diabła łatwiejszy – w dobie witrualu, adminowania, zarządzania. Zło nie rodzi się w podrzędnych knajpach, nawet nie w obozach zagłady, gdzie jest tylko produktem końcowym. Powstaje ono, a potem wchodzi w życie (argumentowane, głosowane, wykonane i raportowane), w przyjaznej atmosferze biur, wśród puszystych dywanów, w cieple i czystości biurka. Ludzie w czarnych garniturach, ze schludnie ułożonymi fryzurami stają na straży policyjnego państwa lub korporacji.

    Diabeł węszy zło też w aulach uniwersyteckich, młody umysł łatwo zmanierować różnymi niestosownymi teoriami, zwłaszcza jeśli nie on umie kochać prawdziwie. Ma kłopoty z wyrażaniem uczuć, a same emocje opiera na suchych filozoficznych doktrynach. Wśród studentów diabeł sieje największe spustoszenie. Student pragnie kochać, ale kłóci się to z jego czasem poświęconym nauce, i podstawowym codziennym czynnościom. Nie ma czasu popatrzeć na świat z dystansu przeciętnego człowieka, przesłaniają mu go czytelnie i profesorowie. Diabeł zaciera kopyta, bo nie mając w sercu miłości, poczucia chęci bycia kochanym, bezinteresownie, człowiek jest bezbronny. W studencie, później w naukowcu, jest tylko umiłowanie wiedzy. Tu sami ułatwiamy działanie diabłu; namiętność skierowana na zdominowanie drugiego człowieka, by jego życie intelektualne, emocjonalne było przedłużeniem własnego życia, aby wykrzyczeć własną mądrość, nienawiść do miernoty, dać upust egoizmowi, równa się z wchłonięciem go, jak to robią diabły z duszą. Na ziemi najwyżej pożądanym „produktem”, którego nie sposób kupić jest miłość. W piekle odpowiednikiem miłości jest wieczny głód duszy. Podobnie czyni kanibala z diabla i człowieka. Diabeł nie ma skrupułów w pożarciu, w sensie duchowym, kamrata. Człowiek waha się, ale i pożera, depcze w imię wyższych zasad zapisanych gdzieś, kiedyś dawno, a niekiedy z lekka zdezaktualizowanych.

    Nie ma człowieka, który obroniłby się przed ogłupieniem diabła, a ten wewnętrzny głos (diabelski) odbiera, jako wielką chęć nauczania.

  • Donkiszoteria Pn, 26 stycznia 2009 Komentarzy: 16



    Walka dobra ze złem jest powszechnie znanym chwytem w malarstwie, literaturze, filmie… Jest wytatuowana dość jasno. A kiedy nie wiadomo, kto jest dobry, a kto zły? Kiedy dylematem świata nie są te dwie przeciwstawne cechy? Właściwie, po obejrzeniu dwunastu odcinków serialu Carnivale wybór nie jest prosty, na tyle by nie mogło powstać kolejnych dwanaście. Akcja Carnivale zagnieżdżona jest w kryzysie lat 30 ub. wieku, w USA, gdzie fala recesji i bezrobocia splata się z kataklizmami i epidemiami. Z jednej strony przez serial przewija się seria huraganów historycznych, marsz fotografii w sepii i materiałów dokumentalnych, z drugiej – marzenia i magia. Cyrk na kółkach wędruje przez pustynię. Przez pryzmat nieudaczników, wykolejeńców, odmieńców, za pozorami blasku, przepychu kryje się gorzka prawda o życiu zagubionych ludzi. Carnivale nie pokazuje piękna, bohaterowie są autentyczni, bez makijażu, polepieni potem, kurzem starają się walczyć o resztki miłości, człowieczeństwa, dobra i zła z kratami tarota, które niejako scalają wszystkie odcinki. Są tam bliźniaczki syjamskie, kobieta tańcząca z wężami, połykacz ognia, rodzina striptizerów, widomy ślepiec, kobieta w śpiączce, która porozumiewając się z córką interpretuje mowę kart. Dodatkowo cała ekipa dziwaków i wybrańcy. Jest ich dwóch – zły i dobry. To oni mają pomóc widzowi ocenić, jakie dobro jest lepsze (przy założeniu, że do tego dążymy). Czy ksiądz mający objawienia, szykującą misję i przytułek, czy bezdomny więzień. Ten ostatni jakimś dziwnym trafem jest dzieckiem cyrkowego stada. I to jego wybory dezorientują widza. Kiedy stawia na zdrowie dziecka umiera cała plantacja, kiedy „leczy” złamanie – jezioro ryb. Gdy chce wskrzesić musi odebrać komuś życie. Życie za życie. Proste? Nie jest to jednak jasne, długo waha się, szuka ofiary, której do życia życie niepotrzebne. Musi wybrać, jak wtedy, gdy będąc dzieckiem ożywił martwego od trzech dni kota. Nie wiadomo, jakiego męczennika zażądał koci żywot… Pierwsze odcinki (oglądane hurtem) pochwyciły mnie niejednorodnością postaci i klimatem, jednoczesnym poczuciem bycia poza czasem, ale też wewnątrz niego. Każdy nakreślony epizod pozostawia resztki obrazów i wrażenie, że musi minąć trochę czasu, by je przyswoić. Film bez akcji, nasuwa wiele wątków, tych, które są opisane w całości i tych, których widz nigdy się nie dowie. Magia i prawda przeplatają się z prawdziwymi fotografiami i kartami tarota. A może kryją się tylko w jednym z wozów ukrytego kierownictwa cyrku?

  • Donkiszoteria Śr, 21 stycznia 2009 Komentarzy: 15



    Najpierw jest walka ze wstawianiem. Jedno oko, drugie, a to pierwsze z powrotem się zamyka. Pod prysznicem walka z mydłem. Potem balsam i rozterki – lawendowy czy cytrynowy. Największy problem jest z garderobą, walka z wagą, która chowa się pod wannę, bo nie chce dostać kopniaka, a potem pranie. Lepiej bluzkę w biało-czarne paski uprać z białymi czy ciemnymi? Proza. Codzienne lęki, głupie i banalne. Od tego się zaczyna zanim dziecko dorośnie, zanim wyjdę do pracy i spadnie na mnie tysiąc poważniejszych spraw. Czy walczyć, czy dać sobie spokój? Chyba lęk przed porażką jest największą mentalną barierą. Często daje sobie spokój w ogóle z działaniem. Negatywizm? Chyba zakorzeniony tym głębiej im więcej sobie liczę lat. Życie to ciągła walka. O wszystko, o miejsce w kolejce, racje w małżeństwie, bicie się z myślami, o kawałek wolnej przestrzeni w pewności, czy wykrzyczane słowa były prawdziwe. Walczę o poranne ciepło, bo komin się zapchał… Mam talent do wkręcania się życia na negatywną rolkę papieru. Skąd to się rodzi? Dorastamy z pewnymi przekonaniami, które wrastają w nas bardzo mocno. Jako dziecko nie oceniamy świadomie tego, co inni o nas mówią. I ja też przyjmowałam bezkrytycznie każdą łątkę, jaką do mnie przypięli. Pozwoliłam łatce stać się fundamentem, na którym buduję mój system wierzeń, przekonań na temat siebie. Nie, nie były to budujące przekonania.

    Trafiłam do jakaś kałuży cywilizacyjnej skąd wiele razy słyszałam, że do wielu rzeczy się nie nadaję. Trawi mnie ta filozofia do dziś. Prawdziwie zagrożenia pojawiają się późnej. Kiedy człowiek nie jest świadomy wpływu swego negatywizmu na innych, albo, kiedy nie decyduje świadomie, w co warto wierzyć, jakich wyborów dokonywać dla własnego dobra i osiągnięcia celów. Lęk przed niepowodzeniem. Zaniechanie jakiejkolwiek szansy na sukces z obawy o krach. Zaniechanie dania sobie szansy na popełnianie błędów. Chyba same porażki nie są problemem, chociaż zniechęcają, jeśli jest ich wiele. Jest to lęk. Ciężko niekiedy uwierzyć w swój rozwój, realizacje marzeń, kiedy tyle lepszych wokół siebie. A może ja tylko wyolbrzymiam nierealistyczne przeszkody? Weźmy np. konkurs na Blog Roku. Jest to rodzaj zabawy. Niektórzy traktują go bardzo poważnie, co ocenić można ilością zdobytych głosów. Oczywiście poważnie to znaczy działaniem realnym i wirtualnym, bo nie sądzę by wszyscy czytający (także przypadkowi) wysłali SMS-a, ale gdyby, to czy wystarczy ta liczba głosów?

    W sprawę zaangażowane są najczęściej osoby, które niewiele wiedzą o blogowaniu. Pozostaje ów lęk potencjalnego blogera czy ma wystarczającą liczbę znajomych, by ocenili jego zdolności piśmiennicze(!) W przeciwnym razie znowu poniesie porażkę i zadaje sobie pytanie: po co znowu narażać się na krytykę i ośmieszenie? Samo niepowodzenie jest stanem na tyle nieprzyjemnym, że niektórzy nie umieją go w inny sposób złagodzić, niż tylko rezygnując, gasząc iskrę, nie dając jej się nawet rozżarzyć. Unikanie porażek daje poczucie bezpieczeństwa. Zabawa w Blog Roku wnosi emocje do blogosfery, jest o czym pisać i co krytykować. Jest to zabawa, nie prestiżowy konkurs. Na tym etapie oceni nas głównie cud techniki, zdolność przerobowa i agitacja piszącego, a co z samą treścią? Ona często umiera przywalona krzyczącymi głośniej. Jest w necie wiele prestiżowych blogów, którym nawet nie śniło się startowanie w konkursie. Można powiedzieć – mają inne priorytety. Ale gdzieś istnieje lęk, czy jako poczytny, rzetelny bloger, przekazujący innym wartościowe informacje, będący podporą codzienności, przegrywając nie postawię się w gorszym świetle, powodując w ten sposób obniżenie swej wartości? Walka trwa nadal, nieważne czy jest zabawą, grą czy prawdziwym życiem. Rywalizacja to energią, która toczy każdą rzeczywistość…

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

luty 2012
P W Ś C P S N
« stycznia    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  

Kategorie

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u