• Donkiszoteria So, 4 lutego 2012 Komentarzy: 9

     

    kalendarz 2012

    fot. własna

    Czasami budzę się i nie wiem jaki jest dzień. Czy to niedziela, czy wtorek, zawsze jest coś do zrobienia. Budzik dzwoni łagodnie i, od niedawna, za zasłonkę przedziera się świt. Obietnica ciepła. Któregoś dnia myślałam, że zaspałam. Ocknęłam się dopiero pod zimnym prysznicem. Z czerwonych płytek spływały drobne smużki jeszcze letniej wody. Z tytułu trzaskających mrozów w łazience i ubikacji jest o dobrych parę stopni mniej niż w innych pomieszczeniach mojego mieszkania, wiec poranna toaleta bywa nie lada wyzwaniem. Zimno budzi najszybciej. Uciekam w ciepłe i wymagające pielesze pracy. Z gorącą herbatę w jednej dłoni i myszką w drugiej snuję się po kartkach kalendarza na rok bieżący. Zważywszy, że już luty, może wydać się to dziwne, a na pewno sporo pośliźnięte w czasie. Ale takie mam zlecenie – zaprojektować kalendarz. Niby nic, tak prychnęłam na początku, ale… Samo poznanie programu zajmuje sporo czasu. A projekt naszkicowany na kartce musiał być 10 razy zmieniany, bo moje fantazje nijak nie przystają ani do rzeczywistości, ani do umiejętności. Pstrykam fotki – dobieram tkaniny, układam przedmioty. Potem marznę przed komputerem i nad podręcznikiem, wariuję nad kolorem i czcionką. Daję sobie czas do poniedziałku, tak na wszelki wypadek parę dni przed oddaniem projektu do drukarni.

    I jest obawa, że wielu się nie spodoba. A niech to, pierwsze koty za płoty!


  • Donkiszoteria N, 31 lipca 2011 Komentarzy: 11

    Mała, niepozorna książeczka z pożółkłymi, tanimi kartkami. Napisana barwnym i wnikliwym językiem, z dużą wiedzą o sobie i świecie – pamiętnik Elizabeth „W krainie prozaca” Dała mi potężny ładunek wiedzy na temat człowieka w depresji. Nie będę rozwodziła się tu na temat depresji, bo mówi i robi się z nią wiele. Wiele jest na ten temat w sieci, i myślę, że jest wielu ludzi, którzy odczuwają ciągły lęk, zdradzają oznaki depresji. Najczęściej tego nie widać, przechodzimy obok nich niezruszeni, bo są przecież powszedni, radzą sobie. Czy oni w ogóle szukają pomocy? Koleżanka zza biurka, znienawidzona szefowa? Choroba nie bierze się znikąd, zasiana głęboko, może w dzieciństwie, rozwija się w czasie, kiedy człowiek ma dorosnąć do odpowiedzialności. Odpowiedzialność okazuje się zbyt ciężka i … ucieka.. 

    Mówią, że trzeba być silnym, by przetrwać w naszych czasach. Śmieją się z nieudaczników i wrażliwców, którzy nic nie osiągnęli, z tych, którzy się boją finansowanej porażki, wahają się, by zainwestować, obawiają się ludzi, ich krytyki. Znam kilka osób, które dzielnie torują sobie drogę na przekór niechęci otoczenia i dają radę, i wielu, którzy nikną, bo środowisko ich tłamsi, w domu wieczny płacz i choroba, a są tacy zdolni i pracowici.

    Patrzę na moich bliskich i zastanawiam się, czy nie zasiałam (zasiewam) w nich zbyt lękliwego ziarna. A jaki mam wpływ na ich znajomości, nauczycieli?

    Posłużę się kilkoma cytatami z książki, chociażby po to, by zostały w pamięci.

    Miernikiem normalności, kryterium zdrowia psychicznego w naszym społeczeństwie jest poziom wydajności, stosunek do obowiązków, prosta zdolność zdobycia i utrzymania pracy. Jeśli znajdziesz się w stanie, który pozwala na wykonie obowiązków – przychodzenie do roboty, płacenie rachunków – jesteś O.K. albo w marę O.K. Pragnienie zanegowania depresji własnej i cudzej jest w naszym społeczeństwie tak silne, że wielu ludzi uzna, że masz problemu dopiero w chwili, gdy fruniesz z okna dziesiątego piętra. Nikt nie bierze pod uwagę czynnika społeczno-ekonomicznego, istnienia poczucia winy, bezkompromisowego sumienia, a w moim przypadku, zrozumienia delikatnej, niestabilnej natury mojej matki. Tak często wymieniałyśmy się z matką rolami pomagałam jej dobierać facetów po rozwodzie, moczyłam papierosy, żeby nie paliła, a kiedy siedziała w kuchni i ryczała, ponieważ straciła pracę i bała się, że nie dostanie nowej, mówiła, że z pewnością wszystko będzie dobrze – że teraz bałam się porzucić obwiązki rodzicielskie, do jakich się w stosunku do niej poczuwałam. Znałam granice wytrzymałości bliskich mi ludzi i nawet w najgorszej depresji byłam na nie wyczulona. Depresja dała mi niezwykłą przenikliwość.

    Nikt nigdy nie pojmie potęgi moich wspomnień, które są tak niewzruszone i żywe, że nie potrzebuję psychiatry, że doprowadzają mnie do szaleństwa. Zajmuję w moim umyśle poczesne miejsce i ciągle narastają. Mam bardzo brzydkie myśli, kiedy wspominam obozy letnie. Chce zabić rodziców za to, co mi zrobili! Rokowałam nadzieję, a oni wykopali mnie z domu i próbowali zmieć w kogoś zwyczajnego. Wsadzili mnie w gromadę normalnych dzieciaków, które uważały, że jestem dziwna i sprawiły, że czułam się dziwna, aż naprawdę stałam się dziwna.

    Tęsknota za domem jest naturalnym stanem mojego umysłu.

    Twoje pokolenie ma skłonność poszukiwania chemicznego panaceum na wszystko. Byłoby pięknie, gdybyśmy mogli zażyć pigułkę szczęścia i odegnać zło. Żyjemy w kulturze leków, legalnych i nielegalnych.  Ale nie będę ci kłamać, mówiąc, że istnieje tabletka, która ci pomoże, skoro wiem, że jej nie ma. Z tego co mówiłaś o swoich rodzicach zwłaszcza o ojcu, wynika, że wyrosłaś w odebraniu od rzeczywistości, taki mechanizm obronny zastosowałaś. Nie potrzebujesz leków Elizabeth. Potrzebujesz bliskich, trwałych związków z innymi ludźmi. Musisz komuś zaufać. Musisz przekonać się, że ludzie są O.K.

    Czuję się jak alkoholik, który  robi wszystko, by uniknąć pójścia na odwyk, wszystko, by odwlec decyzje o rzuceniu picia. A czego ja nie chcę rzucić? Bycia w depresji?

    Ryczę całymi godzinami. Siedzieć przy komputerze i wystukuję pracę o Przestrzeni, Czasu i Ruchu (są to jedyne zajęcia na jakie się fatyguję) i pochlipuję w przerwach miedzy rozmyślaniami o Kancie i o wiedzy apriori…

    Budzę się rano i nadal płacze i zastanawiam się, czy to możliwe, żebym płakała przez całą noc. Spać mogę tylko po zażyciu halcionu, które podkradam Alden z szuflady biurka…

    Płaczę nad ulotną naturą miłości, niemożnością posiadania kogoś tak bezwzględna, by mógł wypełnić pustkę, w której czai się depresja. Rozumiem dlaczego ludzie chcą czasem zabić swych kochanków, chcą pożreć swoich kochanków, chcą wdychać prochy swoich martwych kochanków. Rozumiem, że jest to jedyny sposób, by posiąść drugiego człowieka, zaspokoić rozpaczliwe pragnienie zamknięcia go w sobie.

     

     



  • Donkiszoteria Cz, 9 czerwca 2011 Komentarzy: 14

    Ostatnio wszystko, co napiszę nie ma końca, nawet do środka nie mogę dobrnąć. Jest wiec wielka dziura i cisza, bo formułując zdania od razu wskazuje je na niedające się do niczego. Wyrzucam je do kosza.

    Jest ich dużo, różnego kalibru, organiczne, bądź nie. Odrzuty cywilizacyjnego świata, zużyte podzespoły pralek, komputerów, samochodów, zbędne opakowania i niechciane zabawki, puste słowa i niepotrzebne myśli, nawet cisza będąca komuś nie na rękę, którą ktoś tu ulokował i jeszcze zmarnowany czas.

    I gwoździe i nieprzetworzone butelki. I buty, które widziały niejeden kraj. Zjeździły Peru i Rosję, Nepal i Japonię. W końcówce swej drogi znalazły dom w Afryce, na nogach małego chłopca.

     

    sandał

     

    I drut spinający blachę na dachu sprzedawany, jako gratis z narzędziami rolniczymi. Dostał go ktoś, kto ma nadzieję na lepszą przyszłość i zrealizuje swoje marzenia za 10, 20 lat, a może nigdy. Na razie ma mały, ale własny rower, motor.

     

    rower z drutu

     

    motor

    fot. własne, Noc Kultury

     

    Ze śmieci można robić cuda, cuda potrzebne do zachowania zdrowia, do przeżycia. Gdyby ci z Afryki mieli dostęp do naszych odpadów Afryka byłaby bogatsza o bardzo pomysłowe wynalazki.

    Zawsze miałam żyłkę do zbieractwa, a potem wyrzucałam te rzeczy, bo nigdzie mi się nie mieściły. Ostatnio to zacięcie obudziło się ponownie. W wielu rzeczach widzę jakiś potencjał, w rzeczach zużytych coś do ponownego użycia. W starych notatkach pomysł na zajęcia; z połamanego parasola wyjmuję druty i robię podstawki na zdjęcia; ze starych listów odklejam znaczki doskonałe do ozdobienia notesu… Jeśli sobie przypomnę ile rzeczy wyrzuciłam, a mogłabym zrobić coś z pozornie niczego.                                                

  • Donkiszoteria Pn, 7 grudnia 2009 Komentarzy: 10
    fot. Neven S

    fot. Neven S

    Przemierzając wirtualny świat natykam się bez przerwy na jego wytwory, na e-produkty. Nie dziwi fakt istnienia e-książek, e-banków, e-sklepów, e-wróżek i terapeutów, itp., w końcu schodzimy do e-świata i musi on sygnować się własną marką ;) . Potknęłam się też na e-papierosy. Pierwsze moje skojarzenie – podłączymy się papierosem do portu USB komputera i będziemy wdychać e-inhalatory. Niewiele się myliłam, ale gnana za e-produktami zaczęłam szukać substytutu alkoholu. Bo skoro papierosy, to, dlaczego nie trunki? Przydałby się kabelek z dobrym winkiem. Nie znalazłam nic podobnego, żadnego zastępczego wlewu, który zamknąłby świat w chwilowym szczęściu. Realnie nie ma problemu, gdy czujemy się źle, szczęście nas opuszcza, uciekamy w pijaństwo, papierosy, przemoc, prochy, bóle głowy. Nie ma problemu. Nie, bo teraz jest przynajmniej dwa problemy. Paradoksalnie, zabijamy siebie, chcąc żyć jak najdłużej i najszczęśliwiej.
    To tylko małe niepowodzenia, niewyjaśnione sprawy albo smutne dzieciństwo, jutro odłożymy papierochy, odmówimy w pracy „jednego”, dla podwyższenia temperatury (nie grzeją, a zima). Kiedy człowiek zorientuje się, że nie może przestać, a chwilowe szczęście (a właściwie – zapomnienie o realiach) staje się nieszczęściem zdrowotno-finansowo-towarzyskim, trudno rzucić sztuczne dopalacze. Nie wierzę, żeby komuś udało się to z dnia na dzień albo nie wróci po dłuższej abstynencji do nałogu. Sama wychowywałam się w domu, w którym od początku kopciły dwie lokomotywy. Nie wiem, kiedy postanowiłam, że papieroch będzie jednym z moich wrogów nr 1. W każdym razie wytrwałam, aż do dnia, kiedy moja koleżanka zapalała się papierochami z powodu chłopaka. Pomogłam jej wypalić, żeby nic już jej nie zostawało. Zostało jedynie jezioro, ale nie chciała nie topić…

    Nałogi są jedną z ucieczek, którą się salwujemy. Jako droga łatwiejszego odwrotu powstają m.in. portale psychologiczne z poradami online. Czy to jest złe? Zagraża szczęściu? Nie, pomaga, a nawet jest źródłem promocji i dochodów rzeczonych. Produkty i usługi powstają po to, by mieć wybór.

    I jako alternatywa dla papierosów wypuszczono na rynek gumy, plastry nikotynowe i właśnie e-papierosy. Wszystkie te produkty zawierają nikotynę, ale w znacznie mniejszych ilościach niż zwykłe papierosy. E-papierosy, chociaż doskonale imitują prawdziwego papierosa i można go „normalnie” palić z dymkiem, mogą wcale nie zawierać nikotyny. Wszystko zależy od wkładu. Czytam dalej, że ich legalizacja jest pod znakiem zapytania, dlatego, że zawierają nikotynę. W tym momencie ogarnia mnie wielkie zdziwienie, bo skoro rząd nie chce truć (powiedzmy sobie prawdę) mniej świadomych obywateli to, dlaczego nie zakaże sprzedaży alkoholu, tytoniu i innych dopalaczy? Coś mi tu śmierdzi zakulisowymi machlojkami pewnych grup nacisku (przemysłu tytoniowego, alkoholowego, farmaceutycznego…), z których rząd czerpie duże dochody. Dochód z uśmiercania człowieka, obietnicą chwilowego szczęścia. A tyle się mówi o ochronie… czego? Myślałam, że zdrowia, ale chodzi tylko o interes.

  • Donkiszoteria N, 4 października 2009 Komentarzy: 36

    fot. vudi

    fot. vudi

    „Jedynie w piekle pamięć się nie myli”. Madejowe łoże wydobędzie ze mnie zapis każdej minuty…

    Przeprowadzki – znienawidzone, czasochłonne i diabelnie uciążliwe. Jedynym ich plusem jest przymusowy porządek, czyli pozbycie się ukochanych reliktów przeszłości. Zawsze coś musiałam zostawić w starym miejscu, bo nie mieściły się w pudełka albo do samochodu, albo ktoś życzliwy nadmienił „po co ci to?” Po nic, te przedmioty przypominały mi o przeszłości. Rzeczy, z którymi łączył się człowiek. Ilu ludzi poznałam, na ilu miałam wpływ, a oni na mnie? Zapomniałam o tylu sprawach, opowieściach, fantastycznych chwilach z całego życia. A teraz gubię się, nie pamiętam faktów, gdy ktoś przypomina mi zabawną historyjkę, a co gorsze, prosi o fragment życiorysu. Natykam się na mur. Porządki robione w szafie, to wyrzucanie starego i miejsce na nowe. Sprzątanie w głowie, to wyrzucanie wspomnień, chcianych na równi z niechcianymi. Nowe miejsce ma otworzyć nową drogę ku udanej przyszłości. Nowi ludzie – lepsze horyzonty.

    A ja wciąż nie rozumiem – czemu pozwoliłam rzeczom, sprawom przeszłym odejść bez walki. Przecież formułowały, kształtowały, określały moją osobowość. Przeżyłam wiele cudownych chwil, by w końcu o nich zapomnieć. Zgubiłam je niczym pęk kluczy.

  • Donkiszoteria Cz, 30 lipca 2009 Komentarzy: 7

    fot. Marquito

    fot. Marquito

    Ciepła, mała rączka wcisnęła się w moją, dorosłą. Wpatrywaliśmy się uważnie w rozświetlone jezioro. Obok kąpały się dzieci, dalej grupa grająca w piłkę i, już całkiem daleko, dwóch mężczyzn.

    - Mama… – malutki pokazał palcem na jeszcze całkiem wyraźną, płynącą głowę.

    - Mama zaraz wróci, płynie po pieska.

    - Mama… – w oczach miał łzy.

    Targnął mną jakiś nieznany nerw. Nie potrafiłam go przytulić, głaskałam tylko po głowie. Może się uspokoi? Obok, w piasku, okopywało się dwoje trochę większych brzdąców.

    - Proszę pani, mama zaraz przypłynie, prawda? – drugi chłopiec oderwał mnie od natrętnego oceniania odległości.
    Oszalała – pomyślałam.

    Jezioro było szerokie. Duży, dmuchany pies zmienił się w kieszonkową, kruchą piłeczkę, do której uporczywie dążył jeszcze mniejszy i mniej ruchliwy punkcik. Człowiek płynął uparcie wciąż naprzód, ale wiatr dął zajadle jeszcze szybciej. Filigranowa postać człowieka jakby zmieniła pozycję i kręciła nad wodą młynka maleńkimi wiosłami. Pies obrał kierunek na ośrodek wypoczynkowy. Coraz bliżej nurkujących. Obok przepłynął czerwony kajak. Nic, zero reakcji. A przecież widzieli samotny materac, a za nim człowieka ślepo dążącego do jedynego celu. Wiatr znów zmienił kierunek, zabierając żółty punkcik na środek jeziora, a może już w sitowie? Nie, to nie mógł być drugi brzeg! Słońce wyszło zza chmur i oślepiało, gubiąc rozsądek wzroku. Sięgnęłam po aparat. Zzumowana odległość na matrycy nie oddawała prawdy. Punkty znikły!
    Boże, ile to trwa!

    - Gdzie jest wasz tatuś? – zapytałam siedmiolatki.

    - Jesteśmy tu sami, w domu też.

    - Masz numer telefonu do kogoś z rodziny?
    Dziewczynka podała telefon wraz z przyczepionym pękiem kluczy.

    - Ten do tatusia, a babcia wyjechała do Włoch – wskazała kolejną pozycję na małym wyświetlaczu.
    Wielość cyfr i obcy numer kierunkowy.

    Nabrałam powietrza, gdy dzieci błagalnie wpatrywały się we mnie, szukając odpowiedzi na niezadane pytania.

    - Mama… – malutki rozpłakał się, a dziewczynka zaczęła do niego łagodnie przemawiać, jak matka.

    - Mama zaraz przypłynie, pokażcie, jaką fortecę zrobiliście!

    Ten sprzedany dzieciom uśmiech był tak sztuczny i ciężki, że ani jedno z nich nie poruszyło się. Trzymając się za ręce wpatrywaliśmy się na wdechu w kołyszącą dal wody. Nic, cisza i dalekie, radosne wrzaski wczasowiczów.

    Nie wiem ile trwaliśmy, ale gdy udało nam się dostrzec, już całkiem blisko, znajomą głowę, niemal słyszałam serce ich matki. Może to moje biło jak oszalałe, z powodu zupełnie nieznanej osoby? Pokonać zmęczenie. Wdech i wydech, jeszcze jedno machniecie, poruszenie nogą. Jeszcze pięćdziesiąt, dziesięć, jeszcze metr.

    Coś ty głupia zrobiła, przecież one mają tylko ciebie, a ty masz tylko je! Musisz chronić dzieci, ale też siebie! Zamilkłam, widząc jej wyczerpanie

    - Wiatr był silniejszy. Nie martwcie się, widocznie piesek potrzebny był komuś innemu. Po drugiej stronie jeziora – wyszeptała zdyszana, biorąc na ręce najmłodszego.
    Jakby nigdy nic.

  • Donkiszoteria Śr, 13 maja 2009 Komentarzy: 9

    fot. Ozlem Dirgin

    fot. Ozlem Dirgin

    Rzadko czytam książki polecane, najczęściej te leżące swobodnie w drewnianych bibliotecznych skrzynkach. Można powiedzieć – też polecane, skoro bibliotekarz nie nadąża z przeniesieniem ich na półki. I tak wpadła mi w ręce „Samotność bogów” D. Terakowskiej. Młodzi bohaterowie i lekkość pióra sugeruje, że jest to książka dla dzieci, ale zagłębiając się dalej, zdecydowanie nie dla nich przeznaczona. Terakowska sięga po nietypową konwencję, przedstawia bajkę i prawdę o dylematach naszej wiary.

    Wśród wielu bóstw i bożąt, sprzymierzeńców człowieka w walce z siłami natury, największym był Światowid. Groźny bóg, któremu ludzie składali ofiary z ludzi. Nastał jednak czas nowej wiary w Dobrego Boga – Boga Miłości (czyżby naszego obecnego?). Walka Światowida o wskrzeszenie jego kultu kończy się błaganiem o godną śmierć.

    Bogowie umierają, ale ich agonia jest dłuższa i straszliwsza niż ludzka. Umierają, gdy przestanie się w nich wierzyć…

    Jakkolwiek akcja rozgrywa się w czasach prawie pogańskich, Terakowska zabiera to do średniowiecza, w czasy Chrystusa i do współczesności, gdzie przewijają się motywy mitologii słowiańskiej i tradycji chrześcijańskiej. Bóg Dobroci powoli wplatał się w życie plemienia. Autorka jednak stawiała przed dylematem. Światowid był bogiem okrutnym, ludzie bali się go tak bardzo, że nie było nikogo, kto by się mu przeciwstawił. A jednak pojawił się Bóg Miłości i korzystając z udręki ludu, stopniowo zajmował miejsce starego boga. Był miłosierny i wszystko wybaczał. Czy taki bóg mógł mieć posłuch, mógł zrzeszać tysiące i nie wystawiać się na pośmiewisko?
    Jak radzili sobie z łagodnością Boga Miłości ludzie? Ba! kapłani. Człowiek w każdych czasach dążył do lepszego, poprzez rozwój doszukał się licznych wynalazków, taką szansę dał mu nowy bóg. Cywilizacja jednak wymagała ofiar. Wraz potęgą nowego boga rozwinęła się wyobraźnia człowieka, by np. przysporzyć mu więcej wyznawców. Wygnanie w puszczę, pławienie w wodzie, stosy? To przecież wymysł człowieka, nie Boga Dobroci. A gdzie owo dobro?

    …trzymasz się kurczowo tego, co zapisano w księgach, lecz nie zapisano wszystkiego. Każdy pomijał to, co mu było niewygodne, lub pali księgę uznaną przez siebie za heretycką, choć dla innych była księgą świętą. Ludzie są omylni i słabi. Żeby nie błądzić trzeba… wiary i serca.
    Wiara to właśnie serce. W księgach, które czytasz, niewiele o tym napisano. Wiara to nie tyko zasady, ale i czucie. A ja czuję, ze ten starzec nie zrobił nigdy niczego złego, nie dopuścił się grzechu. Cale jego życie wypełniała powinność, która nałożono na niego, gdy został czarownikiem, tak jak nałożono dla ciebie, gdy zostałeś kapłanem. I każdy z was czyni to, co wydaje mu się najlepsze, choć są to tak różne czynności.

    Powoływanie do życia nowych bóstw nie jest łatwe, podobnież jak utrzymywanie ich przy życiu. Kiedy wiara w nich umocni się, a potem rozrośnie, z większym impetem ingeruje w nią człowiek. W końcowym efekcie, to człowiek steruje wiarą i religią, wymyślając przeróżne fortele, by wtrącać się w życie drugiego człowieka.

    Tak był ujęła jedno z wielu przesłań „Samotności bogów”. Nie da się jej jednak pojąć do końca, jest jedną z wielu książek, którą, trzeba zgłębić i odczytać na nowo.

    … pomyślał nagle, że to jest ten sam świat, w którym znajdzie się Isak, że w tym wspólnym dla obu starców Świecie Zmarłych nikogo nie będzie się oceniać po stroju, słowach, znakach, które czynili za życia, religii, jaką wyznawali, i Bogach, w których wierzyli. Nie będzie tam znać takich słów, jak „heretyk”, „poganin” czy „bałwochwalca”; nikt nie powie słowa na cudzych Bogów, bóstwa i bożęta, gdyż wszystkie boskie istoty będą tam sobie równe.

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

luty 2012
P W Ś C P S N
« stycznia    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  

Kategorie

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u