• Cybertaniec So, 14 lutego 2009 Komentarzy: 4

    Uwaga dziś na lecące strzały Amora!

    Dlaczego dziś skoro tak zimno, ziemia zmarznięta śpi pod grubą pierzyną śniegu? To dziś Święty Walenty leczy ludzkie serca jako lekarz, i kapłan, udzielając potajemnie ślubów. Zostaje stracony za pobłogosławienie związków młodych żołnierzy.
    Sama miłość, podobnie jak niezgoda człowieka, możne pokaleczyć, nawet zabić.

  • Cybertaniec Cz, 20 listopada 2008 Komentarzy: 25

    Dlaczego łańcuszki, spam i ankiety trafiają do mnie tak często? Nigdy nie jestem na nie przygotowania, bo jak można zawsze nosić gotowość na wywołanie do tablicy? Kris wywołał skutecznie ;) .

    1. O jakiej porze dnia czytasz jak najchętniej?

    Kiedy mam czas. Pora dnia i nocy przeróżna.

    2. Gdzie czytasz?

    W łóżku, wygięta czy też rozłożona w różne pozycje. W pociągu, autobusie, na przystanku i w lekarskiej poczekalni, także w szpitalu… Jeśli tylko nie mam nic na uszach.

    3. Jeśli czytasz (na leżąco) w łóżku, to czytasz najchętniej na plecach czy na brzuchu?

    Bywa tak, bywa siak i na opak.

    4. Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?

    Wszelakie, które mogę ugryźć.

    5. Jaką książkę ostatnio kupiłeś?

    Kupuje książki hurtowo, a potem ich nie czytam, albo czytam wybiórczo. Zawsze wracam do nich po pół lub roku. Najczęściej są to książki, których nie sposób przeczytać od razu i w całości, a powroty do nich, niekoniecznie chronologiczne, następują w miarę potrzeby ewoluowania mej dojrzałości. Np. „Atrybucje” F. Försterling, „Umysł” D. Casacuberta…

    6. Co czytałeś ostatnio?

    Czytam wszystko na raz, stąd chaos głowie. „Podróże Hektora” F. Lelord, „Świat bez kobiet” A. Graff, „Szczelina” Doris Lessing, „Orientalista” Tom Reiss, „Strach” J.T. Gross.

    7. Co czytasz aktualnie?

    „Przypadek Adolfa H.” E.E. Schmitt, „Egipcjanki” C. Jacq, ”51 zabaw (z) rzeczami” R. Droit.

    8. Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, to jakie one są?

    Zakładam oczywiście książki zakładkami darowanymi przy zakupie książek i przyborów piśmienniczych ;) . Wiadomej jakości i kolorystyki ;) . Rogi ośle także preferuję, jeśli mam zamiar wrócić do ciekawego fragmentu.

    9. Co sądzisz o książkach do słuchania?

    Nieoceniona przysługa dla leniwców. Korzystam przy zmywaniu naczyń i prasowaniu, miast muzyki z radia. Jak najbardziej jestem za książkami w tej formie, które zawierają materiały do uczenia się. Mimochodem łatwiej wtłoczyć konieczne treści. Pomijam tu wzrokowców.

    10. Co sądzisz o e-bookach?

    Nie czytam. Wystarczy mi wiedza wyniesiona interaktywnie (nie za każdym razem ;) ) ze stron WWW. Szkoda oczu…

    Miejsce na uwagi (dodane przeze mnie):
    Nie cierpię łańcuszków, ankiet również. Jeśli do łańcuszków ustosunkowałam już kiedyś, to wypełnianie ankiet niesie ze sobą niejednokrotnie zacny cel. Chociażby pomóc biednemu studentowi popchnąć swoją mgr. Czemu służyć ma powyższa? Lepszemu poznaniu się nawzajem, pochwaleniu, pośmianiu z samego siebie? To ostatnie robię zawsze, kiedy ktoś mnie prosi o wypełnienie ankiety, a że nie chce wyjść na buca (nie w sensie regionalizmu krakowskiego), więc wypełniam!

    Wywołuję do odpowiedzi Orchideę, L. Amicus’a, Stefana, Magentę i Paulę. Wydają mi się przygotowani.
    Wystarczy, że dwoje z Was przejmie pałeczkę, inaczej trafi mnie wszelka cholera.

  • Cybertaniec Cz, 14 sierpnia 2008 1 komentarz

    “Wakacje są, to i seks nam we łbie” – pozwoliłam sobie zacytować pewną nieskażoną czatem kobietę. Mamy lato, wszechobecna golizna pobudza zmysły do pracy fizycznej (nie tylko w zaciszu monitora). Na czacie jednak pora roku nie gra roli, wystarczy jedno słowo, właściwa emotka, kilka mniej dowcipnych uwag i okno privu otwiera się, czekając na akceptacje rozmówcy.

    Zrobiłam eksperyment. Rozpalona doznaniami realnymi podbudowałam się niemoralnie przebierając za Zuzannę i wypatrując ochoczego ogiera. Błędem było, że nie wybrałam docelowo pokoju „seks”, ale też liczyłam na jakieś merytoryczne wypowiedzi „w trakcie”. Okazało się, że w każdym pokoju można cybrzyć, a najlepiej wychodzi to na pseudochrześcijańskich.
    Do trzech razy sztuka.

    Pierwszy wpadł mi w oko zaczepnymi wypowiedziami na ogóle. Świergotał, jak typowy wodzirej poszukujący panienki na 15 minut. Zapukałam do niego i obiłam się o własne echo… facet był tak nieśmiały, że nie pomogły moje szesnaste urodziny ukończone w zeszłym miesiącu, opis delikatnej różanej bielizny i takież sugestie do rozbieranek. Nie było rozmowy, odbiłam się od ścian privu, w oddali “słysząc” tylko wyrazy dźwiękonaśladowcze.

    Drugi pan miał znaczący nicek i od razu zapukał trzy razy pięknym uśmiechem. Widząc jego determinację w brnięciu do celu uświadomiłam mu, że to ma być eksperyment. Naucz mnie – rzekłam i zostawiłam go z problemem, który okazał się jednak nie do przeskoczenia. Drogie panie, jeśli nie macie w bieliźniarce ukrytej kamerki, mikrofonu, różnorakich maskotek, rozbieranych fotek, a dodatkowo nie chcecie ujawniać loginu, to szanse na przeżycie sensualnych uniesień oscylują niskoprocentowo. Mój rozmówca kamerkę i mika przeżył (kobietki mało techniczne są), brak fotki także (już miałam zamiar podebrać komuś awatara), ale niedostępność loginowa wprowadziła go w furię. Zasłoniłam się niedoświadczeniem i rozbudzaniem wyobraźni bez wizualizacji. On jednak chciał bym patrzyła i pisała. Nie szukał też uczennicy, co najwyżej równorzędnej jemu „nałożnicy”. Kolega chyba podejrzewał, że jestem facetem i zbluzgawszy wyłączył okno.

    Zniesmaczona spróbowałam odstani raz. Podałam się za doświadczoną matronę w średnim wieku. Może takie kobietki mają lepsze wzięcie niż małolaty? A rola starszej siostry, nawet matki była sugestywniejsza? Zapytał o zdjęcie, nie nalegał na nic więcej. Umówiliśmy się, że najpierw ja postawię go do pionu, potem on wymuska dokładnie mnie. Nadziałam się z rozpędu na niego w ciemnej łazience, jęczałam mając pełne usta roboty… pielęgnowałam wirtualnie dobre 5 minut. Normalny chłop trysnął by już dawno szczęściem, ale na czacie są raczej odbiegający od standardów, wiec brnęłam dalej. Nagle piiiii, zaniepokoił mnie brak ruchu, facet milczał (zrozumiałe), ale na ogólnym nic nie migało. Pokój wyleciał w kosmos! Powróciłam jeszcze rozpłomieniona na romanse a kochasia już nie było… Każdy pamięta masowe giniecie pokoi prywatnych i pustoszenie tlenowych średnio co godzinę z początku roku. Myślałam, że to już prehistoria. Inaczej… wymienilibyśmy loginy.

    Zuzia pozostała nieukojona wśród gąszczu męskich zmienników i zamienników. Zbyt mocno chciała zmysłowo?

    Ludzie boją się ujawnić tożsamość, choćby czysto emajlową w tak znaczących sytuacjach, chyba, że log jest do tego przeznaczony. To jakaś forma obrony loginu, za którym stoi człowiek? Nikt nie chciałby być postawiony na katafalku i wytykany za cybrzenie. A tak naprawdę mało kto tego nie robi. Raz – z ciekawości, z ochoty, później dla śmiechu… Zapewne byłabym wściekła gdyby ktoś opisał mnie, dał publicznie pieczołowicie i namiętnie kleconą intymną rozmowę. Podobnie jak zrobiła to Szatniara (dobry pomysł na marketing!), opisując podchody chyba dojrzałego faceta do chyba niedojrzałej kobietki (może motyw uciekającego króliczka, rzewnych serenad i wierszy to jest metoda na zatrzymanie faceta na czacie? O ile role im się nie pomieszały).

    Opisywanie i upublicznianie podobnych przeżyć prowadzi do stopniowej obojętności. Raz napisali, kolejny pochłania emocje coraz mniej. Tak naprawdę nic się nie dzieje; czytający czytają, śmieją się i wiedzą, bo doświadczyli. Nabywamy odporność na przeszłości i przyszłość. Zmienianie loginów nic tu nie da kiedy zaufamy, kiedy obnażymy się, chcemy być naprawdę. A tu ten kretyn opublikuje najwierniej najpikantniejsze rozmowy. Ukrywanie się pod loginami, zmienianie ich w niebezpiecznych sytuacja to czyste tchórzostwo. Tchórzostwo nie bycia sobą. Dla bezpieczeństwa, dla zachowania „twarzy”. Ale skoro czegoś się obawiamy, to podświadomie uznajemy, że robimy coś, czego należy się wstydzić. Więc po co w ogóle to robić?

  • Cybertaniec N, 6 lipca 2008 1 komentarz

    Są takie miejsca, w których nie da się o wszystkim pisać. Właściwie są tylko wybrane rejony, gdzie można wiele. Zazwyczaj miejsca w sieci są ułożone tematycznie. Zaczynając pisać ten blog nie zakładałam niczego, ani tematyki, nie miałam planu, nie nastawiałam się na konkretną formę wypowiedzi. „Cybertaniec ” obiera funkcję luźnych tekstów, o nie całkiem zdefiniowanej tematyce. Jedynie, czego nie mogę wykluczyć to człowiek, jego emocjonalne reakcje w każdy przejawie życia. Nie ma określonej idei, poza samym pisaniem, a jej cząstki klarują się z upływem czasu.

    Postanowiłam stworzyć nowe miejsce, gdzie czas na chwilę przystaną a człowiek wstawszy z mogiły będzie snuł historiograficzną opowieść. Zaplątany w sieć czasu trwać będzie w symbolach, znakach, alegoriach i metaforach, archetypicznie. Wszystkie formy i typy przekazu są związane z naszą kulturą i z kultury wynikają. Uszczegółowienie znaczeń odległych i ze sobą niepowiązanych cechuje alegorię. Chcąc zastosować taką metodę wyjaśnień tekstów oraz przedstawień obrazów, wieloznaczny obraz – symbol, staje się jednoznacznym dla naszej kultury i dla obeznanego z nią widza. Z nami.
    Dlaczego człowiek zostawia takie ślady? Tworzy po to, aby w postaci symbolu, znaku czy alegorii móc przedstawić złożone uczucia i idee, których w żaden sposób nie może lub nie umie przedstawić słowami.
    Na tym blogu nie da się pomieścić wielości tematów, jak i różnego spojrzenia paru ludzi, którzy będą Znak ze mną tworzyć. Nie chce zamykać też drzwi dla nikogo, kto chciałby pisać o człowieku. Dziwne przedsięwzięcie, może… a jednak próba kroczenia po swoich śladach i być może trafienie do celu jest warta zmierzenia się z człowieczą drogą wielu istnień.

    Ślad człowieka

  • Cybertaniec Pt, 28 marca 2008 1 komentarz

    Ciekawą zmianą w moim ogrodzie było pojawienie się kolejnych niezapowiedzianych gości. W pewien słoneczny dzień wiatr przywiał orzeszki z kwiatów pokrzywy, a może to mrówki, gubiąc bogate owocki zapoczątkowały zalążek nowej ogrodowej ery. Na przeciwległych końcach tego świata pięły się jeszcze dwie czterokanciaste łodygi z naprzemiennie ułożonymi liśćmi. Ten inny, nitrofilny gatunek ziela budził ożywcze szmery całego otoczenia.

    Pokrzywy nie darzyły się sympatią, ale ich antagonizm nie był zbyt silny. Miały jakiś sprzężony cel, niezrozumiałą nić porozumienia, patent na wspólną podświadomość. Plac rozgrywek nie był miejscem krwawych bójek. Tu liczyło się słowo. Okrężnym rewirem wystawiły wszelkie zmysły, wyłapując błędy genetyczne, podarte liście, różnice i podobieństwa; liczbę szkodników przeciwstawiały liczbie ptaków, ilość zwolenników ilości przeciwników, wielość zasług i mierność niepowodzeń, aby zwietrzyć najmniejszy zapach zawahania i strachu, powalając przeciwnika złamaniem zdrewniałego honoru. Obserwacja groteskowego spektaklu z udziałem wyszukanych socjotechnik, mających na celu przekonanie do siebie różnych, co bardziej znaczących osobistości ogrodu, gdzie szala przechylała się, co dnia na inną stronę, rozwinęła we mnie ducha nałogowego hazardzisty.
    Pokrzywy doskonale rozpoznawały dążenia w obrębie danego gatunku. Umiały wykorzystać potrzeby, by stały się motywem działania w momencie, gdy intensywność odczuwania osiąga dostatecznie wysoki poziom, a zaspokojenie ich obniżało odczuwane napięcie. Zdawały się być bezwzględnymi wyzyskiwaczami żerujących dzięki mimikrze na organicznych automatyzmach, choć, co prawda automatyzmy te miały charakter niewrodzonych sekwencji zachowań, ale były regularnymi stereotypami zbieranymi w ciągu całego życia. Wszystko zaczynało się niewinnie przez delikatne komunikacyjne oddziaływanie poprzez perswazję i propagandę aż po agitacje i indoktrynację. Cały ogród wrzał, jak przed wyborami najpiękniejszej, tylko żadne wybory nie opierały się dotychczas na molestowaniu psychicznym. Rośliny wahały się, komu przyznać rację, kogo wyróżnić, kogo uśmiercić przegraną. Bały się zemsty oportunisty, ale i błędnego wyboru triumfatora. Napięcie było nie do zniesienia.

    Zapanował istny tropizm. Negatywne skutki widać było wszędzie – opadały płatki kwiatów, gniły owoce poziomek, stonki przerzuciły się na liście rabarbaru, wrony wydziobały wszystkie czereśnie, mszyce atakowały z niebywałą zaciekłością, a na wielu liściach pojawiły się grzyby… chaos wyzierał z każdej strony, zapowiadając rychły kataklizm małego światka. Otrząsnęłam się z amoku gracza w ostatnim momencie, gdy jeszcze coś ocalić było można i, już w rękawiczkach, wykopałam zdradne ziółka, nie pozostawiając jednego liścia ani korzenia głęboko ryjąc ziemię w poszukiwaniu nitek nienawiści autorytetów.
    Nie było jednak rzeczą oczywistą czy znów wiatr błędnik nie przywieje nasionek pokrzywy, czy mrówki w swym roztargnieniu nie upuszczą orzeszków w drodze do swojego kopca. Moc uzdrawiania tkwiąca w zielu odradzała się z popiołów i straszyła wizją powtórzenia dzieła zniszczenia.

    Dziś, patrząc na mój ogród zastanawiam się, kiedy ponownie zbudzi mnie ta histaminowa prowokacja jako osobliwe deja vo.

  • Cybertaniec Wt, 25 marca 2008 1 komentarz

    W odpowiedzi na post Defetystki napisałam kiedyś taką oto bajkę:

    W moim ogrodzie wyrosła pokrzywa. Jedna, jedyna, pośród wielości drzew, kwiatów, owoców i warzyw. Nie wyplewiłam jej, czekałam na reakcję ogrodu. Pokrzywa znana ze swych właściwości leczniczych, niestety, czasem bywała powodem przykrych dolegliwości. Ziele lubiło wzrastać w najmniej odpowiednich miejscach, wybijało w górę wysoko strzępiaste liście, roszcząc sobie najlepsze miejsce przy słońcu. Nie była piękna, nie pachniała też nadzwyczajnie. Nosiła jednak na sobie coś, co trzymało na dystans inne rośliny, które kosztem spokojnego snu czy karłowatością, wolały opłacić brak jej towarzystwa.

    Moje rośliny stłoczone w jedność, drżały na jej widok, gdy rano kąpała się w rosie i osuszała promieniami czerwcowego słońca. W upalne południa drzewa użyczały jej cienia zatroskane o swój los. Wieczorem miała kaprys wąchania kwiatów i te musiały mocniej wyzwalać swą woń. Późnym wieczorem życzyła sobie rzewnych serenad od krzaków bzu i porzeczek, nastrojowych ballad od paproci i kołysania traw pod łodygą. Odkąd wyrosła śpiewy ptaków ucichły, wiatr ustał w konarach drzew. Trzmiel, kolega z tamtego lata, zaprzestał odwiedzin, przyjaciółki pszczoły wybrały inną łąkę, okłamując, że tam nektar słodszy, a żuki… cóż wzniosły sobie nową siedzibę w cieniu samotnej wierzby w drugim końcu ogrodu.

    Co w niej było strasznego? Podchodziłam, co dzień przyglądać się jej z bliska. Szeptała mi niewytłumaczalne słowa, niepodobne do języka mego, zawikłane myśli w węzeł gordyjski, sugerowała zachowanie swoje, chciała przypodobać się, a jednocześnie pokazywała wyższość. Dopiero po paru spotkaniach w niezrozumiałej formie zauważyłam pokrycie jej ciała – z łodygi i liści starczały delikatne włoski. Nie śmiałam pytać, ale domyślałam się, że nie powinnam jej dotykać bez rękawiczek. Rośliny ostrzegły, że pokrzywa jest trująca, straszyły nią swoje dziadki, które nieostrożnie biegały za muchami po ogrodzie. Ona stała na honorowym miejscu, uzurpując prawo do wszystkiego i do wszystkich, pozornie każdy ulegał pod karcącym spojrzeniem intryg i manipulacji. Kiedy bawiła się z nimi w „ciuciubabkę” nigdy nie zamykała oczu, gdy w chowanego – ukrywała się tak, że żadna roślinka nie była w sanie jej znaleźć, gdy goniła nikt nie ustrzegł się oparzenia. Zawsze czujna, gotowa wbić rażący kolec w bezbronne ciało. Rozmawiała z nielicznymi, tymi, którzy bali się o tyle mniej, o ile sama na to pozwoliła. Pobłażała różom za ich piękne płatki, woń i podobną broń, świerki koiły frustracje poszumem igieł, ruta słuchała opowiadań o jej wielkości, z jaskrem jadowitym i barszczem prowadzili długie polityczne dialogi, oset wymyślał dla niej pikantne zadana. Czasem siliła się na akty pomocy w rozwiązywaniu konfliktów, będąc mediatorem w ogrodowych sprawach. Nader gorliwie pytała, zmuszając do bezgłośnej wypowiedzi, ale niewielu udawało się pokazać prawdę w swym obliczu nie zostając zdeptanym.

    Kłopotem dla pokrzywy były liczne gąsienice motyli. Nie umiała ustrzec się od napaści odpornych na wszelkie jady natrętnych, małych, włochatych fitofagów. Atakowały raz po raz w przerwach łapanki ptaków, z którymi miała podpisany długoterminowy kontrakt zawarty ze saprofityczną przebiegłością.

    Pewnego dnia i ja chciałam dowiedzieć się, co tkwi w jej wnętrzu. Przykucnęłam tuż obok mięsistych liści i stało się – wiatr zaplątany w krzaki malin poszybował w naszym kierunku. Pokrzywa dotknęła mojego ciała, włoski załamały się i skaleczyły skórę. Kwasy podrażniły nerwy, a na skórze pojawiły się swędzące pęcherze. Immunoglobulina E podniosłą alarm, wydzielając histaminę, ścianki naczyń krwionośnych stały się bardziej przepuszczalne, krew przez nie przepływająca odłożyła się pod skórą powodując reakcję alergiczną. Moja ciekawość została właściwie nagrodzona. Ale czy bolało tak bardzo? Może to była tylko obrona pokrzywy przed moim dotknięciem, przed nieznanym, broń na miarę samotnego bohatera? W pierwszym odruchu chciałam ściąć zielsko, okazało się, bowiem że jestem uczulona na kwasy mrówkowy i octowy. Podrażnione miejsce piekło przez parę dni, jednak pozostawiłam przy życiu sprawcę zamieszania – pokrzywę urozmaicającą mój ogród. Inna od pozostałych – silna i pociągająca osobowość, choć przez niewielu kochaną, dążąca do afiliacji i uznania, realizującą swoje potrzeby i dążenia niejednokrotnie przez boleść innych. Czy nie byłoby nudno bez niej? O czym szeptałyby nocne ćmy, czym straszono by młode latorośle, kto byłby autorytetem i dawał do myślenia, kto umiałby tak tworzyć muzykę, by cały ogród trwał we współbrzmieniu? Nawet piwonie ośmielone moim zainteresowaniem dziwadłem podchodziły, nawiązując dialog, po nich przyszła kolej na lilie i tawułki, najbardziej nieufne kwiaty w ogrodzie. Tylko opowieści o pokrzywie były straszne, a ona sama utrzymywała dystans otoczeniem, bo taka była – rosła nieproszona, trudno było ja wyplenić, ale zyskiwała przy bliższym poznaniu. Bezpiecznie bliskim dla niej. Była osobliwą surowicą, tchnęła w mój ogród chwile medytacji i drżenia, wyzwolenie reakcji nie zawsze pozytywnych, ale na pewno nie nudnych.

    Po pewnym czasie przekonałam się, że pokrzywa miała cechy uzdrawiające. Poza właściwościami eterycznymi pomagała przywrócić spokój, porządek w ogrodzie i oczyszczała skutecznie ze złej energii „nieprzyjemnych” uczuć, a przede wszystkim była skuteczną szczepionką na dolegliwości ludzkie – nie wszyscy jednak umieli z niej skorzystać. Obserwowałam ją nadal, rozmawiałam, badałam tak, jak ona mnie; kilkakrotnie parzydełka znalazły się na mojej skórze, ale rany zdały się przybierać mniejsze bąble, aż w końcu ból przestał być dotkliwy. Czujność moja nie malała; być może pokrzywa wyciągnie kolejną broń, zwabiając jeszcze bliżej, by zadać ranę okłamując limfocyty w swoistym ataku destrukcji?

    Szczepionką była przednią o ile odpowiednio się ją dozowało.

  • Cybertaniec So, 13 października 2007 1 komentarz

    Kiedyś, gdzieś w dziwnych i nieprawdziwych okolicznościach niefizycznego świata poznałam człowieka, pogadaliśmy chwilkę i nasze drogi rozeszły się. Potem widywaliśmy się w przelocie i rozmawialiśmy pobieżnie. Mieliśmy wspólnych nickowch znajomych i to oni dopowadzili do skrzyżowania się naszych dróg, a my wpadliśmy na pomysł nadania innej treści naszym celom. Myślę, że słowo “zdynamizować” w różnym tego słowa znaczeniu to sens naszych opowiadań, wymiany poglądów, choć różnych a budujących, tasowania myśli niczyich a naszych, ale czy prawdziwych? Wirtualnych czy rzeczywistych historii, które mogą zdarzyć się na każdym rogu zapomnianej ulicy życia, drobiazgów, których samodzielnie nie zauważylibyśmy i dziwnych pomysłów, na które czasem strach się porywać. Pierwszy wpis będzie eksperymentem, spojrzeniem na ten sam temat dwóch różnych osób: kobiety i mężczyzny. Na naszych blogach opiszemy o tym samym, ale nie to samo. Nie będziemy przeformułowywać naszych tekstów. Łączy je tytuł, a czy coś więcej? Opinia należy do czytających.W notce pt. “Ból fantomowy” z 13 października możecie przeczytać wyznania mojego polemisty na jego blogu:

    http://www.damskomeski-punkt-widzenia.blog.onet.pl/

    Szedłeś tym samym parkiem, gdzie kiedyś twoje niesforne chłopięctwo brało kąpiel w zabytkowej fontannie, drwiąc sobie z przechodniów. Rozbryzgane krople wody w kolorowej tęczy znów odbijały znajomą postać, ale koło ciebie stał ktoś jeszcze – kobieta z wózkiem. Podbiegł do was malutki chłopczyk, wziąłeś go na ręce i zawirowałeś w powietrzu. Złudzenia – wciąż je miałam. Na tej ławce w ukryciu utknęło teraz całe życie, degradacja przeszłości w najwyższym wymiarze. Nie miałam odwagi wstać i przywitać się, nie miałam dość siły, by przejrzeć na oczy. Trwanie w uczuciowej próżni tak zadawalało, że nie czułam krzywdy jaka sobie wyrządzam. Przez 10 lat. Dziś zrozumiałam, że liczyłeś się tylko ty. Dziś – kiedy byłeś z inną kobietą, żoną i matką swoich dzieci. To do ciebie wysyłałam nie napisane listy bez adresu na kopercie, o tobie były wiersze na popiół popalone, twój telefon był na pierwszym miejscu na liście kontaktów, a mail…

    Bardzo łatwo przychodziło zapominanie o co w tym wszystkim chodzi, co tak naprawdę boli. W nawale pracy i karuzeli obowiązków, między delegacją, a pracowniczym rautem, nie było czasu na dłuższe przemyślenia. Niezapełniona pustka zapychana była pobieżnie krótkimi znajomościami z przypadkowymi partnerami. Fizyczność. Bezemocjonalna parada rozkoszy, taniec na linie i nagła przepaść w środku nocy. Budziłam się często z pytaniem – bezradnie szukając podpowiedzi – jaki cel ma owo pędzenie na przód, gdzie meta, gdzie głębsze doznania, gdzie słodka granica uczuciowej błogości?

    Lata szczenięce spędziliśmy razem grając w piłkę na pobliskich polach, tłukąc szyby w starym zakładzie pogrzebowym, kradnąc winogrona z pobliskiej plantacji… Pochodziliśmy z takich samych robotniczych rodzin, nasi rodzice codziennie wstawali przed świtem, robili nam kanapki do szkoły i szli na 6 do pracy, by w hucie nie siąść nawet na minutę i nadgodzinami dorabiać do skromnych pensji.

    Kiedy zaczęłam patrzeć na ciebie jak dorastająca kobieta na dorastającego mężczyznę? Dość późno. Tego lata kiedy skończyłam wakacyjną przygodę z moją pierwszą pracą, zacząłeś interesować mnie jako niepospolita osobowość. Chłodna a zarazem przyjazna i miła w dotyku. Sprawcza huśtawka uczuć, będąca nieodłącznym pierwiastkiem ludzkiej natury, zebrała swoje żniwo i w tym niespełnionym związku. Byłam dumna, a fakt, że nie chciałeś zobaczyć we mnie kobiety, widząc jedynie dziewczynę ze szkółki niedzielnej, napędził jedynie motor zdobycia nieosiągalnego. To stało się wielkim wyzwaniem mojego młodzieńczego świata.

    Wiedziałam, iż podobam się wielu, zaczęłam więc walkę, choć nie byłam wcale pewna czy zdołam czegokolwiek dokonać. Byłeś prawdziwym ważniakiem, a znajomość ze mną nic nie znaczyła. Lubiłeś się tylko w książki i polityczne wiece. Potyczka stała się długą batalią między twoimi kolegami a moimi bezkrytycznymi zabiegami, im większy entuzjazm, tym mniejsze zaangażowanie z przeciwnej strony. Odsuwałam wszystkich, którzy starali się „pomóc” w moich zabiegach, traciłam przyjaciół i szanse na udane związki. Napływ hormonów i chęć przewagi nad tobą przesłoniły wszystko dookoła. Przełom nastąpił, kiedy straciliśmy siebie z oczu na pół roku. Przed twoim wyjazdem zdecydowałam się na ostateczną szczerą, ale i podchwytliwą rozmowę. Wyznałam co czułam, lecz nie dałam gwarancji, że będę cierpliwe czekała, możliwe też, że każde pójdzie inną drogą, bez żalu i złości. Twoja reakcja sprawiła, że wszelkie emocje których doświadczałam skostniały na parę lat, a może je odrąbałam? Miałam ochotę przytulić się i zacząć płakać, a usłyszałam tylko stalowe słowa: masz rację, spotykajmy się z innymi, dajmy jeszcze sobie czas. Ze stoickim spokojem zamknęłam drzwi swojego domu i płakałam do rana.

    Zmieniłam się. Kiedy wróciłeś byłam już przewodniczącą samorządu i czynną członkinią jednego z najbardziej radykalnych frakcji w kraju. Najbardziej lubianą dziewczyną na roku. Chyba popatrzyłeś na mnie zupełnie inaczej. Teraz stałam się atrakcyjna i godna starań, bo dzwoniłeś do mnie codziennie wypytując z kim się spotykam, jakie mam plany i marzenia. Starałeś się nawet moralizować. Sytuacja odwróciła się, ale odłamane uczucia nie powróciły: znikł gdzieś element wyzwania, który napędzał mnie parę miesięcy wcześniej. Kim był ten facet? Jeszcze jednym mężczyzną, który wali w szyby mojego domu, by uchylić dla niego chociażby firankę? Zacząłeś mnie nachodzić, co jeszcze bardziej nastawiało mnie wrogo. Dostawałam codziennie listy z płomiennymi wyznaniami i miałam serdecznie dość, bo na przekór sobie nie chciałam przyznać się, że również kocham. Przeczyłam uparcie uznając za kłam całe swoje życie. Zagrałam tą samą grą – pogardą i lekceważeniem, ale nie czułam już szacunku do samej siebie.

    Nie byłam jeszcze świadoma, że nie ma wielkiej różnicy miedzy ranami fizycznymi, a psychicznymi.

    Postrzał wcale nie musi boleć w czasie jego zadawania, przyczaja się cicho, na początku jest to tępe uczucie zapowiadające wybuch, tak jakby wnętrze brało oddech przed krzykiem. Dusza zanurza się w bezdenną czeluść, by stamtąd wydać swój bezgłośny przeraźliwy wrzask. Dusiłam się. Wybawieniem zdawał się wyjazd na upragnione studia – daleko, z dala od chorych układów i sprzedajnych ludzi, z dala od walki o dominację i braku porozumienia. Dostawałam jeszcze przez jakiś czas listy. Pozostały bez odzewu, więc ustały. Wracałam do nich, gdy los podcinał mi po raz kolejny nogi, kiedy rozstawałam się z kolejnym “facetem mojego życia” i kiedy nie wiodło mi się w kolejnych awansach. Z listów czerpałam ciepło, siłę aby wstać kolejnego ranka i brnąć naprzód, zdawać kolejne egzaminy, plątać się w tłumaczeniach o niepewności interesów, stawać przed licznym audytorium i wygłaszać nudne tyrady na nieciekawie zorganizowanych posiedzeniach zarządu. Sił mi starczało do momentu, gdy zobaczyłam cię w parku, z żoną i dziećmi. Byliście tacy szczęśliwi. Wrócił dawny ból spopielonych uczyć, ale czy nie jest za późno na walkę? Nieświadoma przez tyle lat zabijałam to co najpiękniejsze i co wskrzeszone niemal z martwych rozkwitło ze zdwojoną mocą. Teraz już nie miałam szans na wygraną…

    Wydawało mi się, że odcięłam wszelkie uczucia żywione do ciebie, pozostał jednak fantom – zagnieżdżony gdzieś głęboko, zaplątany nerwami, okalający to, czego pragnęłam najbardziej – miłości.

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

luty 2012
P W Ś C P S N
« stycznia    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  

Kategorie

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u