• Cybertaniec Cz, 15 września 2011 Komentarzy: 19

    one...

    Dostałam nagrodę od Anaste. Dzięki!

    Czuję się trochę wyróżniona, a trochę… jak dziecko na zawodach sportowych, które zawsze dostaje dyplom, pomimo że zdobywa któreś tam miejsce z kolei. Nie, nie będę dociekać za co i po co. Po prostu, tłumaczę sobie że z prostej z sympatii i dla zabawy. Ale w tej zabawie są też pewne reguły. Oprócz podziękowań i linku do bloga osoby, która zaprosiła do zabawy, należy wkleić logo tejże nagrody i nominować kolejnych blogerów oraz powiadomić ich na blogach.

    Trudno mi wskazywać palcem i zobowiązaniem zalinkowanego u mnie bloga, ale ja widzę w tym pewien sens. Oczywiście sens dla mnie i napiszę o nim w kolejnej notce. A teraz niegrzecznie wyciągam palec (wskazujący :P ) na:

    Anioła

    Caddicus’a

    Blog Niedzielny

    Pstro i całą Alternatywną

    Zen Ona

    Saarę

    Powtarzam się? Ależ proszę!

    Żeby tradycji blogowej nagrody stało się zadość, wg regulaminu (obowiązkowo), należy spisać w siedmiu punktach notkę o sobie. Tu też zaczynam węszyć, dlaczego w siedmiu? Czyżby dla wszystkich była to szczęśliwa liczba. A dwanaście? A jeśli ktoś nie wierzy w numerologię? Dobra, nie dyskutuję, piszę. Chociaż co można napisać o sobie tylko w siedmiu krótki punktach?

    1.      Była sobie raz kobieta, która postanowiła wziąć się za ćwiczenia fizyczne i zadbać o swój kręgosłup, by na starość nie zawrzeć paktu z balkonikiem, tudzież z wózkiem inwalidzkim. Boli ją cała szyja, żadna pozycja nie przynosi nawet chwilowego ukojenia. Nie może spać, a w dzień zaciska zęby. Wieczorem najadła się tabletek rozluźniających mięśnie i uspakajająco-usypiających. Po czym przeczytała na opakowaniu datę ważności – kwiecień 2011. Nie, nie włożyła trzech palców – poszła spać i obudziła się w dobrym humorze, bez wielkiego bólu. W końcu się wyspała. To ja.

    2.      Była sobie raz kobieta, która od paru miesięcy walczyła z hakerami; spamami i pseudo  administratorami na swojej stronie www. Pomimo, że wyszukiwarki klasyfikują jej stronkę jako podejrzaną i mogącą rozprzestrzeniać szkodliwe oprogramowanie ma to daleko w poważaniu. Wie, że to blef, a wujcio google niech będzie ostrożny, ona na własnej skórze przekonała się – epidemii nie ma. Co ciekawe pan haker nosi to samo pseudo na innej stronie www, którą administruje (haker zadomowił się tam zanim zasiadła w panelu administracyjnym). Na początku trafiał ją szlag, dziś ogranicza się do koniecznego minimum usuwania spamu idącego już w setki dziennie. Stronę ma ją dla zabawy. To ja.

    3.      Była sobie kobieta, która wzięła za dużo na siebie. Ciągle przedłużała sobie wakacje, by nie musieć podejmować zaczętych w czerwcu wyzwań i marzeń. Właściwie to nie obawa przed ciężkością zadań, a ich ilością. Zawsze chciała wiedzieć więcej i robić więcej, niż dała radę. W dodatku dziedziny, w których się poruszała były dość odległe od siebie. To ja.

    4.      Była sobie kobieta, która chciała zawsze siedzieć w kącie i dłubać swoją robótkę wedle własnego widzimisię. Mogła godzinami obserwować ludzi, ich zachowania i wypowiadane słowa. Nie przepadała za rozmową, szczególnie w grupie. Zdecydowanie wolała pracować z człowiekiem indywidualnie. Wziąć go do gabinetu i wysłuchać jego historii, marzeń, a jeśli miałby jakiekolwiek trudności z słownym uzewnętrznianiem, mógł wziąć farby, plastelinę, nożyczki, a nawet wyciągnąć sznurowadło z buta i w ten sposób zawiązywali pakt. To ja.

    5.      Była sobie kobieta, która podjęła się zrobienia prezentacji z własnych zdjęć. Dziś drży, że nie tylko czas ją przegoni, co historia wymyślona ku zadowoleniu publiczności, nie rozbawi i nie zaciekawi nikogo, i po raz kolejny przeżyje porażkę. Próbuje. Zarywa każdą wolną chwilę i myśli nad nowatorskim projektem. To ja.

    6.      Była sobie kobieta, która często zmieniała pościel. I wcale nie chodziło o zachowanie higieny, a o ludzi, którzy z nią sypiali. Człowiek, którzy wprowadzał się do jej łóżka często szukał obecności innego, obcego człowieka. A to włos, a to pozostałości ręczników, czy bielizny, a nawet podejrzane perfumy. Musiała często zmieniać pościel, by nikt nie czuł się niezręcznie. On – wyczuwając zapach innego samca, ona – że ona ma zbyt duże wymagania i szybko się nudzi potencjalnym zdobywcą na jedną noc. To nie ja, ale…

    7.      Była sobie kobieta, która walczyła z masową szkołą. Wołała do trochę wolnej woli i cień indywidualnego podejścia do nauczycieli swoich i obcych dzieci. i natykała się na mur, robienie „od do” i sztywnego trzymania się zasad. To ja.

    Walczę dziś ze sobą, by nie złamać powyższych zasad. I udało mi się nie napisać nic więcej :D .

  • Cybertaniec, Moje podwórko Pt, 19 sierpnia 2011 Komentarzy: 10

    Pstro zachęciła mnie do zwierzeń pomysłem rekomendowania na swojej stronie dobrych miejsc na wakacje, w Polsce i za granicą.

    A że z natury jestem istotą przekorną, a świeżość ostatniej przygody bardziej mnie irytuje niż raduje, wiec ją ciut naszkicuję. Tak bardziej w ramach nie polecania niż rekomendowania, aczkolwiek ktoś może w jej szczegółach znaleźć haczyk dla siebie ;) .

    Chodzenie po górach wisiało nad nami już od początku przyjazdu. Niestety, z górskiego ekwipunku miałam tylko nieprzemakalną kurtkę. Buty, typu juniorki, z cienkimi podeszwami nie nadawały się do chodzenia po ostrych kamieniach. Niestety, nie byłam sama i nie pomogło wymigiwanie się migrenami i takimi tam zaburzeniami równowagi. Przegrałam, jako mniejszość – jak idziemy, to razem!

    Z daleka – taka sobie górka 721 m, podobna do niejednej w Bieszczadach. Droga kamienisto-wyboista wiodła wprost na pastwiska owiec. Kiedy zobaczyłam zamkniętą bramę na łąkę chciałam odetchnąć i zawrócić, ale okazało się, że właściciel zaprasza, tylko prosi o ponowne zamknięcie. I zaczęła się wspinaczka po wbijających się kamieniach, kombinowanie, gdzie postawić stopę, by dało się iść i zbieranie sił, by je w ogóle ciągnąć. Mijałam parę szybko idących i mijających mnie kobiet z kijami w rękach, w tym jedną na motorze. Rzekomo w weekend jest tu bardzo tłoczno.

    Pomiędzy wieloma przyspieszonymi oddechami przypomniałam sobie legendę o Kobiecie Górze. Opowiedział ją nam Irlandczyk w innym popularnym miejscu. Podobno zakochani mężczyźni, mając poważne zamiary, co do swoich wybranek, zapraszali je na gorę i tam się oświadczali. Żeby legenda nie była taka klarowna i pozornie wiarygodna, nosi też na sobie rysę.  Chodzi o chłopaka sporo młodszego od swej dziewczyny, możliwe, że był w ogóle niedojrzały, i góra zawiodła. Nie wrócili wspólną drogą do doliny. Właściwie samo wejście na górę było przyjęciem oświadczyn. To nie był spacer po lesie…

    Dyszałam, wymijałam niedające się wyminąć owcze bobki, kępy wrzosów i rozpadliny skalne. Nie! Żaden facet nie zaciągnąłby mnie na ten padół nerwów! Co chwila myślałam, że już szczyt, fragmenty płaskich, trawiastych równinek skąd było widać przepiękną bliższą i dalszą okolice, dawały mi nadzieję na szybkie zaniechanie tej gehenny. W końcu (jak się okazało, tuż przy szczycie) usiadłam i zaczęłam się buntować widząc kolejną szybkosprawną mijającą mnie zza pleców kobiecinę.

    Nie, nie idę dalej! Koniec i kropa! Żeby tak nachalnie pchać się na tę górę bez faceta. Czy one powariowały? Stare panny biegnące po pomoc do skały? Może liczą, że wypatrzą z góry jakiegoś mężczyznę i tu go zaciągną? Zaklinaczki od siedmiu boleści! Ja trzy razy bym się rozwiodła, gdym musiała tu się wspinać. Była zła na siebie, i utyskiwałam jak stara panna. 

    Gdyby nie moi towarzysze (niedoli ;) ) i nie wyciągnięta w moją stronę dłoń, najpewniej grzałabym się w owczej wełnie przez całą noc. Wdrapałam się na szczyt, zatonęłam w chmurze (Slievenamon bardzo często jest w chmurach), przemoczyłam nogi w błocie i…. zaparło mi dech spojrzawszy na otaczającą okolicę.

     

    Droga w górę nie była taka ciężka, szybko się o niej zapomniało, zwłaszcza, kiedy doszło się do punktu kulminacyjnego ;) .

    Slievenamon

    Slievenamon

    Slievenamon

    Slievenamon

    Slievenamon

    fot. własne, Slievenamon, Irlandia

    PS. A ja i tak na Kobietę Górę już nie wejdę!

  • Cybertaniec Cz, 16 września 2010 Komentarzy: 14


    Prawdopodobieństwo przyjścia na świat jednojajowych trojaczków wynosi 1 do 200 milionów, a trojaczków w ogóle – 1 do 6400. Jakie jest wśród kasztanów? Tego prawdopodobnie nikt nie bada. Wiadomo, że mają dobrą energię. Gładki kasztan w kieszeni, to gładka droga przed nami. W moim mieście coraz więcej kasztanowców rdzewieje zaatakowane przez szrotówki kasztanowiaczki. Kasztany szybciej opadają z drzew. Pierwszy raz udało mi się spotkać dorodnego kasztana-trojaczka. Może drzewo nie mogąc wydać dostatecznej ilości owoców, kosztem wielkości i jakości powiela go w jednej skorupie.

    fot. własne

  • Cybertaniec N, 7 marca 2010 Komentarzy: 22

    Kiedyś Pani Zen (interesująca blogerka) zadała mi kilka pytań. Pytania wynikały z pewnej łańcuszkowej zabawy, której nie będę kontynuować. Nie będę wskazywać palcem na nikogo, kto odpowiedziałby na moje pytania na własnym blogu. Zen podsunęła mi natomiast pomysł do obserwacji i badań własnych, które zamierzam wykorzystać w kolejnym wpisie (Zen, mam nadzieję, że się poddasz bez oporów). Do nie tak dawna miałam ciągoty do różnego rodzaju testów, uwielbiałam czytać wymyśloną przez kogoś interpretację. Dziś zdaję sobie sprawę jak są one mało miarodajne i wiarygodne, zwłaszcza te drukowane w popularnych czasopismach i portalach społecznościowych. Tym, co traktują ogólnodostępne testy i ankiety jako zabawę, gratuluję, gorzej z tymi, którzy poważnie odnoszą się do rad i próby zmiany ich sposobu myślenia. Ale zabawy przyciągają, zwłaszcza kiedy nad drukowanymi kropkami można pofolgować swojemu niezadowoleniu albo napisać parę zdań o sobie.

    Zen, to pytanie mi się nie podoba:

    Której książki z kanonu lektur nigdy jeszcze nie przeczytałaś, choć wiesz, że powinnaś ;) ? A możesz podać powód :) ?

    Jakby nie rozpatrywać słowo „lektura” ogólnie oznacza czytanie, mnie kojarzy się z przymusem szkolnych książek. Dołożyć do tego „kanon”, to już wyjdzie stonoga, czyli spis książek polecanych. Co to oznacza? Że ktoś odgórnie (tudzież znajomy) stwierdził, że książka jest wartościowa i tą mądrością zarazi i mnie. Polecanie jest o tyle dobre (jeśli nie dotyczy lektur szkolnych, i przypomniał mi się „Lord Jim”, za którego dostałam pałę, bo polonistka usłyszała ode mnie, że tego w ogóle nie da się ugryźć; dumnie do tej pory go nie powąchałam), że ma się wybór, że jeżeli ktoś mi tę książkę wciśnie w dłonie, to mogę po 20 morderczych stronach cisnąć nią w kąt, bez wyrzutów – bo należy przeczytać dzieła noblistów, czy laureatów Nike.

    Podaje przykłady, żeby nie być gołosłowną.

    Pani O. Tokarczuk „Dom dzienny, dom nocny”. Dla przyzwoitości dobrnęłam do setnej strony (przymusowość lektury wisi nade mną od czasów szkolnych :( ). I nic, nie znalazłam w książce nic dla siebie. Chaos i znudzenie, doszukiwanie się ukrytego (in plus), bo może autorka tak pokrętnie wodzi akcją (której nie ma), że dopiero na 102 stronie wszystko zaczyna się układać? Ogólnie miałam wrażenie, że Tokarczuk chcę mi pokazać jak zagniatać kluski leniwe metodą leniwą (właśnie, dlaczego one się nazywają „leniwe”? Bo kluski dla leniwych, na szybko, czego autorka absolutnie nie robi :) ). Chociaż świetnie operuje zdaniami i ma ciekawe słownictwo, jej skoki z kwiatka na kwiatek o dokładaniu to tu, to tam po kawałku sera i wahaniu się czy aby jedno jajko nie dwa, zamiast od razu walnąć ile czego trzeba, jakoś zachęcić do zagniecenia tego ciasta, to akcja rozwarstwia się na 20 różnych nienawiązujących podtytułów. Połączenie może i jest możliwe, ale dla bardzo cierpliwych ugniataczy. Zastanawiam się, czy z tego aby zakalec nie wyjdzie, jeśli autorka poleci wstawić ciasto do piekarnika. Ja podziękuję, mam inny przypis na leniwe :) .

    Żeby nie okazać się buńczuczną sięgnęłam po książkę „Bieguni” tejże pani. Chciałam przekonać się, że popełniłam błąd w ocenie jej literek. Niestety, trafiła mnie tym samym obuchem. Nudą i ogólnym niezrozumieniem. Nie szukam winy w sobie, raczej szukam odpowiedzi na pytania, na które Tokarczuk nie jest w stanie mi odpowiedzieć, dodatkowo wszystko kładzie jej nowatorski (?) styl, którego nie jestem w stanie przyjąć, jako formę ciekawej lektury.

    Bywają sytuacje odwrotne, tj., że trafiam na fantastyczną książkę i kiedy zabieram się za kolejne pozycje tego autora mina coraz bardziej mi rzednie. Ostatnio wybieram książki, o których nie mam pojęcia. Niech mnie któraś zaskoczy, bo na pewniaków nie liczę ;) .

    Nie lubię słowa „powinnam” albo muszę, bo czytanie dla mnie jest przyjemnością a nie koniecznością przedświątecznego mycia okien, bo inni tak robią albo tak wypada. Książka może mi pomóc w zarwaniu nocy, ale nie rozhisteryzowana kuzynka, która chce się wygadać, a nad ranem prosi bym pościeliła łóżka. Wiem co powinnam – delikatnie wyprosić ją, zwłaszcza, że mieszka całkiem niedaleko. Tego też powinnam się nauczyć :) .

    Miałam odpowiedzieć na pytanie Zen i chyba roztrząsam się nad czym innym. Kanonu lektur nie posiadam, a jeśli już mam zamiar coś zdobyć, co np. ktoś polecił, to zmienia się on jak w kalejdoskopie. Jeśli sobie uświadomię ile jest ciekawych książek wartych przeczytania, dodatkowo zniechęca mnie tworzenie podobnego spisu. Nie gna mnie chęć obycia literackiego, nie pretenduje do miana krytyka-amatora. Dobra książka powinna długo siedzieć w głowie, a niektóre fragmenty długo gniecione pomagają mi formować świat, jaki do mnie przystaje. Nie do koleżanki myjącej dziś szyby, ani pani, której poglądy zrosły się z ubiegłym dziesięcioleciem.

    Powinnam, a raczej bardzo chcę przeczytać „Trumf chirurgów” J. Thorwalda, kontynuację „ Stulecia chirurgów”. Czytałam tę ostatnią i jeśli jest rzetelną i konkretną opowieścią o historii medycyny z datami, nazwiskami i prawdziwym bólem operowanych bez znieczulenia, nie pisana językiem suchej relacji, to dziś robię sobie na nią smaka :) . Jeśli jest precyzyjna jak chirurg, ostra jak jego skalpel i bolesna jak ciało w ostrej chorobie…
    Czego nie czytałam wcześniej? Bo wiem, że nie jest prosta, nie będę umiała wrócić do niej po paru dniach i nie czytając paru kratek wstecz wiedzieć, na czym skończyłam. Dla takich książek trzeba czasu i spokoju, a korzyści są nieocenione. Oczywiście nie dla każdego :) .

    Zen zadała jeszcze kilka pytań. Nie chcę wydłużać wpisu, wiec może innym razem. Chyba, że mam być kompetentna :D .

  • Cybertaniec Pn, 15 czerwca 2009 Komentarzy: 21

    fot. Simon Niebel

    fot. Simon Niebel

    Kiedyś, ktoś zwrócił się do mnie, abym zdjęła baretkę. Paradoksalnie byłoby mi bez niej zimno, a twarz przestała być anonimowa. Jeśli ktoś chce – mogę podać cyferki, tylko po co one komu? Satysfakcja, że się widziało w statystykach „twarz” danego IP? Posiadając tą wiedzę można śledzić drogę potencjalnego dręczyciela? Na dłuższą metę trochę szkoda czasu na bawienie się w lisa i zajączka łownego, który wysyła wiadomość w środku nocy o gotowości do polowania.

    Pewnie, nawet poprzez literki, grubymi nićmi miałabym wyszyte na IP – brak powagi. Przecież nie jesteśmy tu tacy sami jak tam; wielu pokłada się ze śmiechu trzymając palce splecione w netowe precelki. Privy pękają w szafach i rozwiązują usta. A jedyną maksymą jest zawsze Vide Cull Fide, ale net jest ślepy.

    Czego nie da się w sieci nie zauważyć to tragizm wspólnego pastwiska. Chodzi o to, że wybory korzystne dla jednostek prowadzą do tragedii. Jakby nie patrzeć, nie posiadamy nieograniczonych zasobów naturalnych, kiedyś skończy się ropa, gaz a nawet powietrze. Można tu krzyknąć – pomyśl inaczej, dla siebie, bo tragedia powstaje wtedy, gdy wszyscy zaczynają myśleć tak samo (może dlatego myślących innymi kanałami są tak poszukiwani?) – zagarnąć, wydobywać i eksploatować. To samo tyczy się przepustowości w sieci. Co się dzieje w godzinach szczytu sieciowego, gdy chcemy ściągnąć filmy, muzykę, porozumować na skype? Zapłaciliśmy, dlaczego nas wylogowuje, zawiesza? Wiele portali wprowadza opłaty lub czas oczekiwania między jednym a drugim ściąganiem. Niebezpieczeństwo dotyczące wspólnego pastwiska nigdy nie zniknie, nawet przy wybudowaniu wielkiej rury o dużej przepustowości. Głównie dlatego, że wzrosną także rozmiary plików, jakie będą nimi przesyłane, blogów jakie założymy i fotek, którymi będziemy się lansować. Niezadowolenie związane ze zbyt długim oczekiwaniem będzie się utrzymywać zwłaszcza, gdy nie zmaleją opłaty za interent. Jeśli opłaty zmaleją portale internetowe odbiją sobie to na użytkownikach indywidualnie.

    Za tragizmem pastwiska idzie dylemat więźnia, tyczący się każdego z osobna. Np. mamy dwóch wspólników, w dwóch celach, w sieci – dwóch przyjaciół z odciętym np. GG (inne drogi komunikacji są wykluczone). Policja przesłuchuje przestępców albo toczy się żywa dyskusja na forum. Każdy ma dwie możliwości: może przyznać się i wsypać wspólnika, podać publicznie jego personalia, nagrywać lub nie przyznać się do winy. Losu każdego z nich zależy od wyboru, jaki dokona drugi. Jeśli jeden z nich przyzna się, to pierwszy uzyska złagodzenie kary, a drugi karę najwyższą. Jeśli dwóch się przyzna – dostaną średnie wyroki. Jeśli będą trzymać się razem i nadal zaprzeczać, wierząc, że wspólnik nie będzie sypał, ich kara będzie niska. Zdarza się to jednak rzadko, a szczególnie w sieci. Na forum, odcięci od przyjaciela, większość przestępców/podszywaczy sypie wspólników, bo jest to wybór najlepszy z punktu widzenia jednostki i on prowadzi do tragedii. Logicznie biorąc dla nich samych byłoby lepiej, gdyby mieli do siebie trochę więcej zaufania. Rzadko mają.

    Nie dziwię się, też bym nie miała. Po tylu rozmowach, zapewnieniach o lojalności, o anonimowości, o kasowaniu archiwów, a nawet nie krzyżowanie wspólnie publicznych dróg. A jednak człowiek łamie się, pragnie ciepła i zrozumienia, w pewnym sensie akceptacji swych poglądów i poczynań. Wysypuje się jednemu, potem wielu, publicznie. Niektórym wystarcza zwykłe pomówienie i wkopują przyjaciela dla zmniejszenia kary, jednakowoż nie wyciągając wniosków. Przyjaciel po odbyciu kary, w zaułku sieciowym, wraca silniejszy i ostrożniejszy. On już nie zaufa nikomu. Będzie śledził pojawiające się kilkadziesiąt razy w nocy IP, jak jakaś niedospana wklepywaczka danych na trzeciej zmianie próbuje odciągnąć wzrok od cyferek, zamieniając je w zajadłe litery.

    W nocy rzeczywiście może być zimno, a tyle męskich ramion jest tu gotowych do tulenia… Tylko jak zdjąć baretkę i uniknąć kary, jak zachować twarz nie zmieniając cyferek?

    Kiedy jest mi zimno przykładam policzek do szkła, na którym leży klawiatura. Zimno robi się dotkliwsze i przychodzi otrzeźwienie – NIE SZUKAJ CIEPŁA W SIECI…

  • Cybertaniec Pt, 29 maja 2009 Komentarzy: 15

    puk, puk!
    to ja, pan Judasz
    co pan tu robi?!
    a nic, zaglądam przez dziurkę od klucza…

    Po co?

    Złościsz się, że sąsiad zostawia swój wzrok na wycieraczce? Jeśliby tylko mógł, wszedłby dalej. Jest to naturalna kolej rzeczy. Najpierw jest ciekawość, potem podglądanie i naśladowanie. Co dla małego dziecka jest drogą do dojrzałości, dorosłemu człowiekowi nie wpada. Dziecko poprzez naśladownictwo i obserwację wyrabia sobie smaczek na życie. My, wy, oni – wespół w zespół nakręcamy się do podglądania coraz bardziej oryginalnymi metodami. Człowiek interesuje się innymi, porównuje i analizuje jak uplasował się w danej klasyfikacji – materialnej, duchowej, rodzinnej. Czy to jest obserwowanie czy podglądanie?

    Po co nam dano blogi, fora, serwisy społecznościowe? Czy to przypadkiem nie osiedlowe (niszowe) Kluby Podglądacza? Codziennie za darmo czytam myśli sąsiada – blogoautora, oceniam jego fotografie, mierzę wprawnym okiem gabaryty tuszy i gust muzyczny. On nie zasłonił okien, przeciwnie, drzwi do domu zostawił otwarte. Dano nam wiec możliwość wejścia na czyjś dywan i wytarcia ubłoconych butów, splunięcia, rozebrania się i wykrzyczenia wszelkich bolączek. A co tam, żadnych konsekwencji nie poniosę! Dano też nam prawo do merytorycznej wypowiedzi, świadczenia stałym nickiem o naszym miejscu w sieci. Dostarczono nam narzędzi do ekshibicjonizmu, pokazując siebie podpisaliśmy cyrograf zgodę na podglądania i krytykę.

    Nie ma takich internautów, którzy poszukiwaliby informacji tylko na określony temat. Zbyt długie analizowanie jednego tematu nuży. Uwaga wymyka się na NK, YT, na fora, na blogi, gdzie rozgrywa się prawdziwe życie. Może dziś pan X palnął jakie głupstwo, pani Y ujawniła w końcu obiecane priv, na forum znów jatka kto miał rację w sprawie zeszłorocznego spamu..? Podglądanie zaspakaja głód sensacji. A jeszcze większą frajdę sprawia nam, kiedy możemy włączyć się do kotłowaniny słów. Analizujemy wypowiedzi, łapiemy za słówka, ale kiedy stajemy się centrum ataków, nie jest już tak wesoło. Wtedy nie możemy już obserwować, ba, pooglądać, bo odpieramy ataki (często na oślep), i tracimy kontrolę nad tym, jak odbierani jesteśmy przez podglądaczy.

  • Cybertaniec Cz, 19 marca 2009 Komentarzy: 2

    Dostałam nagrodę, miłą, ale nie wiem czy wartą określenia mnie jako kreatywnej. Dziękuje panie Zezyroku ;) . Zawiśnie na chwilkę na moim blogu. Potem pobiegnie dalej. Chciałabym przekazać ją:

    Cornelli – za otwarte wyrażanie swoich uczuć, wbrew opinii i obcym osądom.
    Magencie – za tworzenie mądrego i ciepłego klimatu.
    Stefano, który nie lubi “wyróżnień”, ale jest naprawdę wielkim kreatorem.
    Oczom Smutnym – za wymowne milczenie i pisanie sercem.

    Dalsze zasady tegoż wyróżnienia są następujące: po zalinkowaniu blogów, które wg danego bloggera na wyróżnienie zasługują (w ilości 7 lub więcej sztuk), informujemy nominowanego u niego w komentarzu. Co zrobi z tym fantem zależny od niego ;) .

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

luty 2012
P W Ś C P S N
« stycznia    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  

Kategorie

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u