Archiwum z kategorii: »Cybertaniec «

Długa odpowiedź

Kiedyś Pani Zen (interesująca blogerka) zadała mi kilka pytań. Pytania wynikały z pewnej łańcuszkowej zabawy, której nie będę kontynuować. Nie będę wskazywać palcem na nikogo, kto odpowiedziałby na moje pytania na własnym blogu. Zen podsunęła mi natomiast pomysł do obserwacji i badań własnych, które zamierzam wykorzystać w kolejnym wpisie (Zen, mam nadzieję, że się poddasz bez oporów). Do nie tak dawna miałam ciągoty do różnego rodzaju testów, uwielbiałam czytać wymyśloną przez kogoś interpretację. Dziś zdaję sobie sprawę jak są one mało miarodajne i wiarygodne, zwłaszcza te drukowane w popularnych czasopismach i portalach społecznościowych. Tym, co traktują ogólnodostępne testy i ankiety jako zabawę, gratuluję, gorzej z tymi, którzy poważnie odnoszą się do rad i próby zmiany ich sposobu myślenia. Ale zabawy przyciągają, zwłaszcza kiedy nad drukowanymi kropkami można pofolgować swojemu niezadowoleniu albo napisać parę zdań o sobie.

Zen, to pytanie mi się nie podoba:

Której książki z kanonu lektur nigdy jeszcze nie przeczytałaś, choć wiesz, że powinnaś ;) ? A możesz podać powód :) ?

Jakby nie rozpatrywać słowo „lektura” ogólnie oznacza czytanie, mnie kojarzy się z przymusem szkolnych książek. Dołożyć do tego „kanon”, to już wyjdzie stonoga, czyli spis książek polecanych. Co to oznacza? Że ktoś odgórnie (tudzież znajomy) stwierdził, że książka jest wartościowa i tą mądrością zarazi i mnie. Polecanie jest o tyle dobre (jeśli nie dotyczy lektur szkolnych, i przypomniał mi się „Lord Jim”, za którego dostałam pałę, bo polonistka usłyszała ode mnie, że tego w ogóle nie da się ugryźć; dumnie do tej pory go nie powąchałam), że ma się wybór, że jeżeli ktoś mi tę książkę wciśnie w dłonie, to mogę po 20 morderczych stronach cisnąć nią w kąt, bez wyrzutów – bo należy przeczytać dzieła noblistów, czy laureatów Nike.

Podaje przykłady, żeby nie być gołosłowną.

Pani O. Tokarczuk „Dom dzienny, dom nocny”. Dla przyzwoitości dobrnęłam do setnej strony (przymusowość lektury wisi nade mną od czasów szkolnych :( ). I nic, nie znalazłam w książce nic dla siebie. Chaos i znudzenie, doszukiwanie się ukrytego (in plus), bo może autorka tak pokrętnie wodzi akcją (której nie ma), że dopiero na 102 stronie wszystko zaczyna się układać? Ogólnie miałam wrażenie, że Tokarczuk chcę mi pokazać jak zagniatać kluski leniwe metodą leniwą (właśnie, dlaczego one się nazywają „leniwe”? Bo kluski dla leniwych, na szybko, czego autorka absolutnie nie robi :) ). Chociaż świetnie operuje zdaniami i ma ciekawe słownictwo, jej skoki z kwiatka na kwiatek o dokładaniu to tu, to tam po kawałku sera i wahaniu się czy aby jedno jajko nie dwa, zamiast od razu walnąć ile czego trzeba, jakoś zachęcić do zagniecenia tego ciasta, to akcja rozwarstwia się na 20 różnych nienawiązujących podtytułów. Połączenie może i jest możliwe, ale dla bardzo cierpliwych ugniataczy. Zastanawiam się, czy z tego aby zakalec nie wyjdzie, jeśli autorka poleci wstawić ciasto do piekarnika. Ja podziękuję, mam inny przypis na leniwe :) .

Żeby nie okazać się buńczuczną sięgnęłam po książkę „Bieguni” tejże pani. Chciałam przekonać się, że popełniłam błąd w ocenie jej literek. Niestety, trafiła mnie tym samym obuchem. Nudą i ogólnym niezrozumieniem. Nie szukam winy w sobie, raczej szukam odpowiedzi na pytania, na które Tokarczuk nie jest w stanie mi odpowiedzieć, dodatkowo wszystko kładzie jej nowatorski (?) styl, którego nie jestem w stanie przyjąć, jako formę ciekawej lektury.

Bywają sytuacje odwrotne, tj., że trafiam na fantastyczną książkę i kiedy zabieram się za kolejne pozycje tego autora mina coraz bardziej mi rzednie. Ostatnio wybieram książki, o których nie mam pojęcia. Niech mnie któraś zaskoczy, bo na pewniaków nie liczę ;) .

Nie lubię słowa „powinnam” albo muszę, bo czytanie dla mnie jest przyjemnością a nie koniecznością przedświątecznego mycia okien, bo inni tak robią albo tak wypada. Książka może mi pomóc w zarwaniu nocy, ale nie rozhisteryzowana kuzynka, która chce się wygadać, a nad ranem prosi bym pościeliła łóżka. Wiem co powinnam – delikatnie wyprosić ją, zwłaszcza, że mieszka całkiem niedaleko. Tego też powinnam się nauczyć :) .

Miałam odpowiedzieć na pytanie Zen i chyba roztrząsam się nad czym innym. Kanonu lektur nie posiadam, a jeśli już mam zamiar coś zdobyć, co np. ktoś polecił, to zmienia się on jak w kalejdoskopie. Jeśli sobie uświadomię ile jest ciekawych książek wartych przeczytania, dodatkowo zniechęca mnie tworzenie podobnego spisu. Nie gna mnie chęć obycia literackiego, nie pretenduje do miana krytyka-amatora. Dobra książka powinna długo siedzieć w głowie, a niektóre fragmenty długo gniecione pomagają mi formować świat, jaki do mnie przystaje. Nie do koleżanki myjącej dziś szyby, ani pani, której poglądy zrosły się z ubiegłym dziesięcioleciem.

Powinnam, a raczej bardzo chcę przeczytać „Trumf chirurgów” J. Thorwalda, kontynuację „ Stulecia chirurgów”. Czytałam tę ostatnią i jeśli jest rzetelną i konkretną opowieścią o historii medycyny z datami, nazwiskami i prawdziwym bólem operowanych bez znieczulenia, nie pisana językiem suchej relacji, to dziś robię sobie na nią smaka :) . Jeśli jest precyzyjna jak chirurg, ostra jak jego skalpel i bolesna jak ciało w ostrej chorobie…
Czego nie czytałam wcześniej? Bo wiem, że nie jest prosta, nie będę umiała wrócić do niej po paru dniach i nie czytając paru kratek wstecz wiedzieć, na czym skończyłam. Dla takich książek trzeba czasu i spokoju, a korzyści są nieocenione. Oczywiście nie dla każdego :) .

Zen zadała jeszcze kilka pytań. Nie chcę wydłużać wpisu, wiec może innym razem. Chyba, że mam być kompetentna :D .

Kategoria: Cybertaniec  22 Komentarzy
Zimno mi

fot. Simon Niebel

fot. Simon Niebel

Kiedyś, ktoś zwrócił się do mnie, abym zdjęła baretkę. Paradoksalnie byłoby mi bez niej zimno, a twarz przestała być anonimowa. Jeśli ktoś chce – mogę podać cyferki, tylko po co one komu? Satysfakcja, że się widziało w statystykach „twarz” danego IP? Posiadając tą wiedzę można śledzić drogę potencjalnego dręczyciela? Na dłuższą metę trochę szkoda czasu na bawienie się w lisa i zajączka łownego, który wysyła wiadomość w środku nocy o gotowości do polowania.

Pewnie, nawet poprzez literki, grubymi nićmi miałabym wyszyte na IP – brak powagi. Przecież nie jesteśmy tu tacy sami jak tam; wielu pokłada się ze śmiechu trzymając palce splecione w netowe precelki. Privy pękają w szafach i rozwiązują usta. A jedyną maksymą jest zawsze Vide Cull Fide, ale net jest ślepy.

Czego nie da się w sieci nie zauważyć to tragizm wspólnego pastwiska. Chodzi o to, że wybory korzystne dla jednostek prowadzą do tragedii. Jakby nie patrzeć, nie posiadamy nieograniczonych zasobów naturalnych, kiedyś skończy się ropa, gaz a nawet powietrze. Można tu krzyknąć – pomyśl inaczej, dla siebie, bo tragedia powstaje wtedy, gdy wszyscy zaczynają myśleć tak samo (może dlatego myślących innymi kanałami są tak poszukiwani?) – zagarnąć, wydobywać i eksploatować. To samo tyczy się przepustowości w sieci. Co się dzieje w godzinach szczytu sieciowego, gdy chcemy ściągnąć filmy, muzykę, porozumować na skype? Zapłaciliśmy, dlaczego nas wylogowuje, zawiesza? Wiele portali wprowadza opłaty lub czas oczekiwania między jednym a drugim ściąganiem. Niebezpieczeństwo dotyczące wspólnego pastwiska nigdy nie zniknie, nawet przy wybudowaniu wielkiej rury o dużej przepustowości. Głównie dlatego, że wzrosną także rozmiary plików, jakie będą nimi przesyłane, blogów jakie założymy i fotek, którymi będziemy się lansować. Niezadowolenie związane ze zbyt długim oczekiwaniem będzie się utrzymywać zwłaszcza, gdy nie zmaleją opłaty za interent. Jeśli opłaty zmaleją portale internetowe odbiją sobie to na użytkownikach indywidualnie.

Za tragizmem pastwiska idzie dylemat więźnia, tyczący się każdego z osobna. Np. mamy dwóch wspólników, w dwóch celach, w sieci – dwóch przyjaciół z odciętym np. GG (inne drogi komunikacji są wykluczone). Policja przesłuchuje przestępców albo toczy się żywa dyskusja na forum. Każdy ma dwie możliwości: może przyznać się i wsypać wspólnika, podać publicznie jego personalia, nagrywać lub nie przyznać się do winy. Losu każdego z nich zależy od wyboru, jaki dokona drugi. Jeśli jeden z nich przyzna się, to pierwszy uzyska złagodzenie kary, a drugi karę najwyższą. Jeśli dwóch się przyzna – dostaną średnie wyroki. Jeśli będą trzymać się razem i nadal zaprzeczać, wierząc, że wspólnik nie będzie sypał, ich kara będzie niska. Zdarza się to jednak rzadko, a szczególnie w sieci. Na forum, odcięci od przyjaciela, większość przestępców/podszywaczy sypie wspólników, bo jest to wybór najlepszy z punktu widzenia jednostki i on prowadzi do tragedii. Logicznie biorąc dla nich samych byłoby lepiej, gdyby mieli do siebie trochę więcej zaufania. Rzadko mają.

Nie dziwię się, też bym nie miała. Po tylu rozmowach, zapewnieniach o lojalności, o anonimowości, o kasowaniu archiwów, a nawet nie krzyżowanie wspólnie publicznych dróg. A jednak człowiek łamie się, pragnie ciepła i zrozumienia, w pewnym sensie akceptacji swych poglądów i poczynań. Wysypuje się jednemu, potem wielu, publicznie. Niektórym wystarcza zwykłe pomówienie i wkopują przyjaciela dla zmniejszenia kary, jednakowoż nie wyciągając wniosków. Przyjaciel po odbyciu kary, w zaułku sieciowym, wraca silniejszy i ostrożniejszy. On już nie zaufa nikomu. Będzie śledził pojawiające się kilkadziesiąt razy w nocy IP, jak jakaś niedospana wklepywaczka danych na trzeciej zmianie próbuje odciągnąć wzrok od cyferek, zamieniając je w zajadłe litery.

W nocy rzeczywiście może być zimno, a tyle męskich ramion jest tu gotowych do tulenia… Tylko jak zdjąć baretkę i uniknąć kary, jak zachować twarz nie zmieniając cyferek?

Kiedy jest mi zimno przykładam policzek do szkła, na którym leży klawiatura. Zimno robi się dotkliwsze i przychodzi otrzeźwienie – NIE SZUKAJ CIEPŁA W SIECI…

Smaczek sieci

puk, puk!
to ja, pan Judasz
co pan tu robi?!
a nic, zaglądam przez dziurkę od klucza…

Po co?

Złościsz się, że sąsiad zostawia swój wzrok na wycieraczce? Jeśliby tylko mógł, wszedłby dalej. Jest to naturalna kolej rzeczy. Najpierw jest ciekawość, potem podglądanie i naśladowanie. Co dla małego dziecka jest drogą do dojrzałości, dorosłemu człowiekowi nie wpada. Dziecko poprzez naśladownictwo i obserwację wyrabia sobie smaczek na życie. My, wy, oni – wespół w zespół nakręcamy się do podglądania coraz bardziej oryginalnymi metodami. Człowiek interesuje się innymi, porównuje i analizuje jak uplasował się w danej klasyfikacji – materialnej, duchowej, rodzinnej. Czy to jest obserwowanie czy podglądanie?

Po co nam dano blogi, fora, serwisy społecznościowe? Czy to przypadkiem nie osiedlowe (niszowe) Kluby Podglądacza? Codziennie za darmo czytam myśli sąsiada – blogoautora, oceniam jego fotografie, mierzę wprawnym okiem gabaryty tuszy i gust muzyczny. On nie zasłonił okien, przeciwnie, drzwi do domu zostawił otwarte. Dano nam wiec możliwość wejścia na czyjś dywan i wytarcia ubłoconych butów, splunięcia, rozebrania się i wykrzyczenia wszelkich bolączek. A co tam, żadnych konsekwencji nie poniosę! Dano też nam prawo do merytorycznej wypowiedzi, świadczenia stałym nickiem o naszym miejscu w sieci. Dostarczono nam narzędzi do ekshibicjonizmu, pokazując siebie podpisaliśmy cyrograf zgodę na podglądania i krytykę.

Nie ma takich internautów, którzy poszukiwaliby informacji tylko na określony temat. Zbyt długie analizowanie jednego tematu nuży. Uwaga wymyka się na NK, YT, na fora, na blogi, gdzie rozgrywa się prawdziwe życie. Może dziś pan X palnął jakie głupstwo, pani Y ujawniła w końcu obiecane priv, na forum znów jatka kto miał rację w sprawie zeszłorocznego spamu..? Podglądanie zaspakaja głód sensacji. A jeszcze większą frajdę sprawia nam, kiedy możemy włączyć się do kotłowaniny słów. Analizujemy wypowiedzi, łapiemy za słówka, ale kiedy stajemy się centrum ataków, nie jest już tak wesoło. Wtedy nie możemy już obserwować, ba, pooglądać, bo odpieramy ataki (często na oślep), i tracimy kontrolę nad tym, jak odbierani jesteśmy przez podglądaczy.

Taka koncepcja

Dostałam nagrodę, miłą, ale nie wiem czy wartą określenia mnie jako kreatywnej. Dziękuje panie Zezyroku ;) . Zawiśnie na chwilkę na moim blogu. Potem pobiegnie dalej. Chciałabym przekazać ją:

Cornelli – za otwarte wyrażanie swoich uczuć, wbrew opinii i obcym osądom.
Magencie – za tworzenie mądrego i ciepłego klimatu.
Stefano, który nie lubi “wyróżnień”, ale jest naprawdę wielkim kreatorem.
Oczom Smutnym – za wymowne milczenie i pisanie sercem.

Dalsze zasady tegoż wyróżnienia są następujące: po zalinkowaniu blogów, które wg danego bloggera na wyróżnienie zasługują (w ilości 7 lub więcej sztuk), informujemy nominowanego u niego w komentarzu. Co zrobi z tym fantem zależny od niego ;) .

Kategoria: Cybertaniec  2 Komentarzy
Kupidyn

Uwaga dziś na lecące strzały Amora!

Dlaczego dziś skoro tak zimno, ziemia zmarznięta śpi pod grubą pierzyną śniegu? To dziś Święty Walenty leczy ludzkie serca jako lekarz, i kapłan, udzielając potajemnie ślubów. Zostaje stracony za pobłogosławienie związków młodych żołnierzy.
Sama miłość, podobnie jak niezgoda człowieka, możne pokaleczyć, nawet zabić.

Kategoria: Cybertaniec  Tagi:  4 Komentarzy
Nieprzygotowana

Dlaczego łańcuszki, spam i ankiety trafiają do mnie tak często? Nigdy nie jestem na nie przygotowania, bo jak można zawsze nosić gotowość na wywołanie do tablicy? Kris wywołał skutecznie ;) .

1. O jakiej porze dnia czytasz jak najchętniej?

Kiedy mam czas. Pora dnia i nocy przeróżna.

2. Gdzie czytasz?

W łóżku, wygięta czy też rozłożona w różne pozycje. W pociągu, autobusie, na przystanku i w lekarskiej poczekalni, także w szpitalu… Jeśli tylko nie mam nic na uszach.

3. Jeśli czytasz (na leżąco) w łóżku, to czytasz najchętniej na plecach czy na brzuchu?

Bywa tak, bywa siak i na opak.

4. Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?

Wszelakie, które mogę ugryźć.

5. Jaką książkę ostatnio kupiłeś?

Kupuje książki hurtowo, a potem ich nie czytam, albo czytam wybiórczo. Zawsze wracam do nich po pół lub roku. Najczęściej są to książki, których nie sposób przeczytać od razu i w całości, a powroty do nich, niekoniecznie chronologiczne, następują w miarę potrzeby ewoluowania mej dojrzałości. Np. „Atrybucje” F. Försterling, „Umysł” D. Casacuberta…

6. Co czytałeś ostatnio?

Czytam wszystko na raz, stąd chaos głowie. „Podróże Hektora” F. Lelord, „Świat bez kobiet” A. Graff, „Szczelina” Doris Lessing, „Orientalista” Tom Reiss, „Strach” J.T. Gross.

7. Co czytasz aktualnie?

„Przypadek Adolfa H.” E.E. Schmitt, „Egipcjanki” C. Jacq, ”51 zabaw (z) rzeczami” R. Droit.

8. Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, to jakie one są?

Zakładam oczywiście książki zakładkami darowanymi przy zakupie książek i przyborów piśmienniczych ;) . Wiadomej jakości i kolorystyki ;) . Rogi ośle także preferuję, jeśli mam zamiar wrócić do ciekawego fragmentu.

9. Co sądzisz o książkach do słuchania?

Nieoceniona przysługa dla leniwców. Korzystam przy zmywaniu naczyń i prasowaniu, miast muzyki z radia. Jak najbardziej jestem za książkami w tej formie, które zawierają materiały do uczenia się. Mimochodem łatwiej wtłoczyć konieczne treści. Pomijam tu wzrokowców.

10. Co sądzisz o e-bookach?

Nie czytam. Wystarczy mi wiedza wyniesiona interaktywnie (nie za każdym razem ;) ) ze stron WWW. Szkoda oczu…

Miejsce na uwagi (dodane przeze mnie):
Nie cierpię łańcuszków, ankiet również. Jeśli do łańcuszków ustosunkowałam już kiedyś, to wypełnianie ankiet niesie ze sobą niejednokrotnie zacny cel. Chociażby pomóc biednemu studentowi popchnąć swoją mgr. Czemu służyć ma powyższa? Lepszemu poznaniu się nawzajem, pochwaleniu, pośmianiu z samego siebie? To ostatnie robię zawsze, kiedy ktoś mnie prosi o wypełnienie ankiety, a że nie chce wyjść na buca (nie w sensie regionalizmu krakowskiego), więc wypełniam!

Wywołuję do odpowiedzi Orchideę, L. Amicus’a, Stefana, Magentę i Paulę. Wydają mi się przygotowani.
Wystarczy, że dwoje z Was przejmie pałeczkę, inaczej trafi mnie wszelka cholera.

Niewycybrzona za tchórzostwo

“Wakacje są, to i seks nam we łbie” – pozwoliłam sobie zacytować pewną nieskażoną czatem kobietę. Mamy lato, wszechobecna golizna pobudza zmysły do pracy fizycznej (nie tylko w zaciszu monitora). Na czacie jednak pora roku nie gra roli, wystarczy jedno słowo, właściwa emotka, kilka mniej dowcipnych uwag i okno privu otwiera się, czekając na akceptacje rozmówcy.

Zrobiłam eksperyment. Rozpalona doznaniami realnymi podbudowałam się niemoralnie przebierając za Zuzannę i wypatrując ochoczego ogiera. Błędem było, że nie wybrałam docelowo pokoju „seks”, ale też liczyłam na jakieś merytoryczne wypowiedzi „w trakcie”. Okazało się, że w każdym pokoju można cybrzyć, a najlepiej wychodzi to na pseudochrześcijańskich.
Do trzech razy sztuka.

Pierwszy wpadł mi w oko zaczepnymi wypowiedziami na ogóle. Świergotał, jak typowy wodzirej poszukujący panienki na 15 minut. Zapukałam do niego i obiłam się o własne echo… facet był tak nieśmiały, że nie pomogły moje szesnaste urodziny ukończone w zeszłym miesiącu, opis delikatnej różanej bielizny i takież sugestie do rozbieranek. Nie było rozmowy, odbiłam się od ścian privu, w oddali “słysząc” tylko wyrazy dźwiękonaśladowcze.

Drugi pan miał znaczący nicek i od razu zapukał trzy razy pięknym uśmiechem. Widząc jego determinację w brnięciu do celu uświadomiłam mu, że to ma być eksperyment. Naucz mnie – rzekłam i zostawiłam go z problemem, który okazał się jednak nie do przeskoczenia. Drogie panie, jeśli nie macie w bieliźniarce ukrytej kamerki, mikrofonu, różnorakich maskotek, rozbieranych fotek, a dodatkowo nie chcecie ujawniać loginu, to szanse na przeżycie sensualnych uniesień oscylują niskoprocentowo. Mój rozmówca kamerkę i mika przeżył (kobietki mało techniczne są), brak fotki także (już miałam zamiar podebrać komuś awatara), ale niedostępność loginowa wprowadziła go w furię. Zasłoniłam się niedoświadczeniem i rozbudzaniem wyobraźni bez wizualizacji. On jednak chciał bym patrzyła i pisała. Nie szukał też uczennicy, co najwyżej równorzędnej jemu „nałożnicy”. Kolega chyba podejrzewał, że jestem facetem i zbluzgawszy wyłączył okno.

Zniesmaczona spróbowałam odstani raz. Podałam się za doświadczoną matronę w średnim wieku. Może takie kobietki mają lepsze wzięcie niż małolaty? A rola starszej siostry, nawet matki była sugestywniejsza? Zapytał o zdjęcie, nie nalegał na nic więcej. Umówiliśmy się, że najpierw ja postawię go do pionu, potem on wymuska dokładnie mnie. Nadziałam się z rozpędu na niego w ciemnej łazience, jęczałam mając pełne usta roboty… pielęgnowałam wirtualnie dobre 5 minut. Normalny chłop trysnął by już dawno szczęściem, ale na czacie są raczej odbiegający od standardów, wiec brnęłam dalej. Nagle piiiii, zaniepokoił mnie brak ruchu, facet milczał (zrozumiałe), ale na ogólnym nic nie migało. Pokój wyleciał w kosmos! Powróciłam jeszcze rozpłomieniona na romanse a kochasia już nie było… Każdy pamięta masowe giniecie pokoi prywatnych i pustoszenie tlenowych średnio co godzinę z początku roku. Myślałam, że to już prehistoria. Inaczej… wymienilibyśmy loginy.

Zuzia pozostała nieukojona wśród gąszczu męskich zmienników i zamienników. Zbyt mocno chciała zmysłowo?

Ludzie boją się ujawnić tożsamość, choćby czysto emajlową w tak znaczących sytuacjach, chyba, że log jest do tego przeznaczony. To jakaś forma obrony loginu, za którym stoi człowiek? Nikt nie chciałby być postawiony na katafalku i wytykany za cybrzenie. A tak naprawdę mało kto tego nie robi. Raz – z ciekawości, z ochoty, później dla śmiechu… Zapewne byłabym wściekła gdyby ktoś opisał mnie, dał publicznie pieczołowicie i namiętnie kleconą intymną rozmowę. Podobnie jak zrobiła to Szatniara (dobry pomysł na marketing!), opisując podchody chyba dojrzałego faceta do chyba niedojrzałej kobietki (może motyw uciekającego króliczka, rzewnych serenad i wierszy to jest metoda na zatrzymanie faceta na czacie? O ile role im się nie pomieszały).

Opisywanie i upublicznianie podobnych przeżyć prowadzi do stopniowej obojętności. Raz napisali, kolejny pochłania emocje coraz mniej. Tak naprawdę nic się nie dzieje; czytający czytają, śmieją się i wiedzą, bo doświadczyli. Nabywamy odporność na przeszłości i przyszłość. Zmienianie loginów nic tu nie da kiedy zaufamy, kiedy obnażymy się, chcemy być naprawdę. A tu ten kretyn opublikuje najwierniej najpikantniejsze rozmowy. Ukrywanie się pod loginami, zmienianie ich w niebezpiecznych sytuacja to czyste tchórzostwo. Tchórzostwo nie bycia sobą. Dla bezpieczeństwa, dla zachowania „twarzy”. Ale skoro czegoś się obawiamy, to podświadomie uznajemy, że robimy coś, czego należy się wstydzić. Więc po co w ogóle to robić?

Kategoria: Cybertaniec  Komentarz