• Moje podwórko N, 18 grudnia 2011 Komentarzy: 18

    Numer dwa pozorne niczym nie różni się od numeru jeden. Może dotyczyć wykładów, warsztatów, zajęć praktycznych… Mój numer dwa dotyczy nawet tej samej części ciała – nóg. I rąk. Istotną różnicą jest to, że nr 2 jest pozbawiony jakiejkolwiek nudy (ukradkowe ziewanie, szukanie pokątnie innego zajęcia, zalążki hemoroidów…) i ukryty sens. Jaki? Każdy musi odpowiedzieć sobie sam.

    Numer dwa wykorzystuje wszystkie zmysły. Przygoda zaczyna się od muzyki. Taka, jakiej na co dzień nie słuchamy, przenika się tradycyjną, wygrywaną przez większość stacji radiowych, by wpaść do zardzewiałego kotła z heavy metalem i obić się o rajski świegot ptaków. W końcu plątanina dźwięków, przez przeróżne wariacie, nabiera kształtu, dla każdego innego, bardzo osobistego, czego wyraz mogą nadać dłonie i stopy. Bo oto pojawiają się kolejne bodźce – płyta gipsowa i mieszanka mąki, pigmentu i wody.

    Czy ktoś przypomina sobie jakie to uczucie mieć na dłoniach farbę? Nabierać garściami granulowaną, kolorową maź i ściskać, tak, by wychodziła między palcami? Nie pamiętam podobnego incydentu z farbami, może z ciastem… Od dzieciństwa do malowania służył pędzel albo wałek. A tu trafia się gratka w postaci swawoli przypisanych dziecku!

    Tak naprawdę chciałam rzucić czerwoną farbą w ścianę. Żeby rozbryzgała się w najdziwniejsze wzory. Zaraz do niej dosztukowałabym żółtą i niebieską, potem czarną i białą… Tak naprawdę powstrzymał mnie krzyczący, dorosły człowiek i kazał zagospodarować tylko płytę gipsową – 100×70. Odpłynęłam w moje małe pole manewru i mieszaninę muzyki. Wyjechałam gdzieś w świat wyobraźni i niebytu. Drżeniem, dotykiem, gładzeniem i natarciem. Z rękami upaćkanymi po łokcie, kolorowymi stopami, w pierwotnym rytmie na czworakach, stworzyłam coś, czego nazwać nie umiem. Nie umiałabym też odtworzyć tego po raz drugi. Każdy raz jest inny.

    Dźwina i kręta jest droga do siebie.

    arteterapia

    fot. własne

  • Moje podwórko Wt, 29 listopada 2011 Komentarzy: 17

     

    Wygoniona z krzaków, pokrzepiona słowami koleżanki po sąsiedzku (że święto już inne i następne dwa za pasem), zanim znów zaszyję się w pogoni za rajem na ziemi, spisuje co u mnie następuje:

    Nr jeden – nudna konferencja, wykład, warsztat, etc.

    Nie, nie oznacza to, że każda z wymienionych dłuży się jak przysłowiowe flaki z olejem, ale samo siedzenie dwa dni po kilka godzin odznacza wielkie piętno na d. Kiedy w końcu podnoszę się po tym wysiłku… umysłowym, czuję się niczym oznakowana rozżarzonym żelazem k. Nawet najciekawszy wykład wywołuje niepochamowane ziewania i ukradkowe spojrzenia po zasłuchanych – tylko ja nie mogę się powstrzymać? Nie wiem, jak inni, ale ja mam czasem awaryjne zabawki. Wypróbowuje nowe kredki albo długopis, piszę scenariusz dramatu, o którym zaraz zapomnę, albo pstrykam co popadnie, np. swoje buty:

    konferencja

     

    Oczywiście to nie przeszkadza mi w słuchaniu ;) .

  • Listy Wt, 1 listopada 2011 Komentarzy: 10

    A gdyby ktoś zapalił ci świeczkę, wąską albo długą, i kazał opowiedzieć swoje życie zanim się ona wypali? Czy starczyłoby ci czasu?

    Niektórzy umieją streścić swoje życie w paru podpunktach, inni zaczynają snuć tyrady i przypominać maniusie wątki. Ogarek mruga w ciszy albo gaśnie, gdy człowiek nie dotarł jeszcze ze swoją opowieścią do połowy.

    Mały znicz migoce na grobie bezdomnego, stara kobieta modli się nad mogiłą noworodka, a tam, pod płotem, niedawno pochowano siedemnastolatka. Dziś na cmentarzu jest wyjątkowo ciepło i jasno, choć to szczere pole z rozhulałym wiatrem. Ktoś milczącym dał kolejną szansę na wypowiedz, a łuna ognia powoli popieli przeszłość.

    Moja opowieść byłaby kolorowa, mieniąca się kryształami, miękka w dotyku i bardzo melodyjna. Nie, nie kiczowata, a wielobarwna, z jak namieszą ilością czerni i szarości. Bo czerń i gorycz chciałabym ukryć. Gdzieś tam koncertowałaby orkiestra i słychać było śpiewy w różnych tonacjach. Pod roztańczonymi nogami wirowałyby kwiaty i liście, a każdy dzień ciągnąłby do światła…

    Może słuchający dopatrzyłby się lekkiego koloryzowania, ale u mnie wywołałoby to tylko uśmiech – udało się nie zanudzić i zmieścić w czasie do końca.

    fot. własna

     Wpatruję się w drgający płomień znicza na grobie taty i słucham, może mi coś opowie?

  • Nocne rozmowy N, 16 października 2011 Komentarzy: 14

     

    Nie jest na najlepszym tonie spóźniać się, wiedząc, że gospodarz będzie czekał. Ba! Gospodarz i cała aula pokonferencyjnych gości. Medycy, laboranci, Ę i Ą, itp., itd. I oczywiście cały zespół. Po takim wyczynie przyrzekam sobie punktualność co do sekundy, a najlepiej parę minut przed. Wymówki, że wjechałam nie w tę uliczkę, że na trasie od pół roku robi się wąskie gardło w dwóch kierunkach, niczym nie usprawiedliwia niecierpliwych spojrzeń 300 osób w sali.

    Ufff, już po, zgasły światła. Na scenę wychodzi Federacja i sypie grypserą medyczną, chcąc nawiązać do skondensowanej wiedzy z dwóch poprzednich dni. Sypią się oklaski i śmiech. Muzyka łagodzi obyczaje i rozładowuje stres. Małe dzieci, może 5-6 letnie przysypiają na miękkich fotelach. Lekarze przyjechali całymi rodzinami, nierzadko jest nim ojciec i matka, a dzieci pójdą w ich ślady.

    Od września trwa okres konferencji, warsztatów i tym podobnych podsumowań. Niekiedy koniec roku bywa przyczynkiem do pośpiesznego wydawania pieniędzy, a na inne cele nie da się ich przeznaczyć. Wiec można nieźle skorzystać zapisując się niemal w ostatnim dniu, nawet godzinie. Znając moją niepunktualność i wykorzystanie ostatniej minuty, korzystam. Ale tym razem czeka mnie długa droga i nikt na mnie nie będzie czekał, a bardzo zależy mi na spotkaniu. Zapobiegliwie wyjadę dzień wcześniej :D .

  • Moje podwórko Cz, 6 października 2011 Komentarzy: 6

    Co się stało z bezpieczeństwem? W sieci na pewno bezpieczeństwa nie ma. Wiedzą to ci, którzy zostali oszukani, okradzeni lub poszkodowani. Nie piszę tu o realnym życiu, a internecie. Logując się do kont bankowych, podając kody i wpisując hasła istnieje ryzyko, że jesteśmy śledzeni przez program wyłapujący prywatne informacje. Nazwiska, PESELe, telefony… Kiedyś znalazłam się w gronie osób, którym, dziwnym trafem, ginęły konta e-mail albo ktoś przejmował ich konta na forach. Naturalnie rodziło to bunt, bo oto obcy czyta moją pocztę, wykrada adresy i informacje, pisze głupoty do znajomych; wchodzi na czat pod moim nickiem i bardzo się stara mnie ośmieszyć. Na forach we wpisach nikt nie poznaje mojej osoby, chociaż dane się zgadzają. Wybuchają awantury i administrator kasuje moje konto z tabliczką na wieki wieków: tego adresu/nica już nie obsługujemy. A lubiłam to forum. Gromadziło ciekawych ludzi. Nie wróciłam tam więcej zakładając nowe konto, prędzej czy później ktoś rozpoznałby mnie po stylu pisania albo po poruszanych tematach. Bliższe relacje nie mogą opierać na kłamstwie.

    Bunt rodzi się, gdy masz coś pozornie swojego, dbasz, opowiadasz o sobie, jesteś wśród ludzi takich jak ty i nagle komuś sprytniejszemu nie spodoba się twoja osoba, ale poczuje mięte do twojego konta czy strony WWW.

    W internecie nie ma nic, co można nazwać „moje”, nic, co można dotknąć. No, może zobaczyć i czasem uwierzyć. Wysyłając w sieć tekst, zdjęcia, filmy stają się one publicznymi i byle kto może je podpisać swoim nazwiskiem i wrzucić gdziekolwiek. Walka o swoje? Marne szanse na wygrane. Niska szkodliwość czynu. Dlaczego nie dziwię się, że ludzie radzą sobie w niezbyt uczciwy sposób – metodami hakerskimi.

    Dawno temu podjęłam decyzję, że utrzymam swój blog na prywatnej domenie. Wcześniej był on częścią większej strony internetowej. Po początkowej fazie ekscytacji nowym miejscem i jego możliwościami zaczęły się problemy. I wciąż są. Ciągle trzeba nadążać za nowościami technicznymi, uaktualniać i zabezpieczać, żeby nie zginąć. Przez te lata parę razy haker włamywał się, pozostawiał złośliwy kod, instalował się jaklo administrator, infekował pliki i skrypty. Przeglądarki szalały, a ludzie omijali kadarkę szerokim łukiem.

    Nie zraża mnie to, a mój bunt jest przywdzianiem zbroi i ruszeniem w bój. Nie oddam swojego miejsca bez walki, chociaż nie mogę go dotknąć i schować pod poduszką. Może to zahartowanie? Może konieczność życiowa, zarówno tu, jak i w realu?

    Na tę chwilę konieczne jest umieszczenie kodu w komentarzach, który trzeba przepisać, by móc publikować swój komentarz. Chciałam uniknąć tego typu utrudnień, ale ilość różnego rodzaju spamu z zawirusowanymi linkami wdeptuję mnie w ziemię. 

    Żeby mieć trzeba walczyć, a ktoś kiedyś, dając mi blog, powiedział: tylko pisz…

    fot. własna

  • Wata słowna N, 25 września 2011 Komentarzy: 11

    Wakacje się skończyły. Wyraźnie czuć w powietrzu jesień. Powoli i niechętnie wyciągam drugą nogę z lata. Chcę go jeszcze zatrzymać, chociażby sukienką bez ramion i południowym grillem. Nic z tego, syczące nad ogniem dojrzałe pomidory, bakłażany, cukinia, czy mała papryczka dowodzą, że słonce zasnute delikatną mgiełką sunie coraz niżej przywołując jesień.

    Nie przepadam za jesienią, ale w tym roku wchodzę w nią łagodnie. Nawał pracy (rozrywek dla życia – bo gdybym nie chciała, nie robiłabym połowy z nich) umila mi metamorfozę zaokienną, spacerową, ubraniową, wahania temperatury, a nawet katar.

    Pierwsze powakacyjne zadanie zaliczone w pierwszy dzień jesieni. Bankiet, grill, prezentacje, przemowy, części artystyczne, fotografie, prezenty, podziękowania i gratulacje… Zaczęło się dobrze, oby tak pozostało. Właściwie wrzesień, a nie 1 stycznia, jest miesiącem, kiedy zaczynam planować i czuć obawy, czy się uda. Nauczyłam się nie zakładać nic powyżej miesiąca (oprócz kasy z projektów unijnych ;) ), bo to wiadomo, jaką chorobę ześlą niebiosa, albo kogo spotkam na Walnym… Takie rzeczy bardzo często zmieniają plany i jeśli widzę w nich coś da siebie – biorę garściami.

    Znajomi mówią mi: Ty lepiej siedź w domu, bo jak wyjdziesz wrócisz z jakąś robotą, albo zawalisz sobie wolne weekendy.

    Zgodnie z przykazaniami połowę pracy wykonuję w domu, resztę mam niedaleko.

    Ale dziś odpoczywam po wielkim maratonie. Może to ostatni wolny weekend tego roku? Być może. Za tydzień mam ważne zebranie.

    fot. własna

     

  • Cybertaniec Cz, 15 września 2011 Komentarzy: 19

    one...

    Dostałam nagrodę od Anaste. Dzięki!

    Czuję się trochę wyróżniona, a trochę… jak dziecko na zawodach sportowych, które zawsze dostaje dyplom, pomimo że zdobywa któreś tam miejsce z kolei. Nie, nie będę dociekać za co i po co. Po prostu, tłumaczę sobie że z prostej z sympatii i dla zabawy. Ale w tej zabawie są też pewne reguły. Oprócz podziękowań i linku do bloga osoby, która zaprosiła do zabawy, należy wkleić logo tejże nagrody i nominować kolejnych blogerów oraz powiadomić ich na blogach.

    Trudno mi wskazywać palcem i zobowiązaniem zalinkowanego u mnie bloga, ale ja widzę w tym pewien sens. Oczywiście sens dla mnie i napiszę o nim w kolejnej notce. A teraz niegrzecznie wyciągam palec (wskazujący :P ) na:

    Anioła

    Caddicus’a

    Blog Niedzielny

    Pstro i całą Alternatywną

    Zen Ona

    Saarę

    Powtarzam się? Ależ proszę!

    Żeby tradycji blogowej nagrody stało się zadość, wg regulaminu (obowiązkowo), należy spisać w siedmiu punktach notkę o sobie. Tu też zaczynam węszyć, dlaczego w siedmiu? Czyżby dla wszystkich była to szczęśliwa liczba. A dwanaście? A jeśli ktoś nie wierzy w numerologię? Dobra, nie dyskutuję, piszę. Chociaż co można napisać o sobie tylko w siedmiu krótki punktach?

    1.      Była sobie raz kobieta, która postanowiła wziąć się za ćwiczenia fizyczne i zadbać o swój kręgosłup, by na starość nie zawrzeć paktu z balkonikiem, tudzież z wózkiem inwalidzkim. Boli ją cała szyja, żadna pozycja nie przynosi nawet chwilowego ukojenia. Nie może spać, a w dzień zaciska zęby. Wieczorem najadła się tabletek rozluźniających mięśnie i uspakajająco-usypiających. Po czym przeczytała na opakowaniu datę ważności – kwiecień 2011. Nie, nie włożyła trzech palców – poszła spać i obudziła się w dobrym humorze, bez wielkiego bólu. W końcu się wyspała. To ja.

    2.      Była sobie raz kobieta, która od paru miesięcy walczyła z hakerami; spamami i pseudo  administratorami na swojej stronie www. Pomimo, że wyszukiwarki klasyfikują jej stronkę jako podejrzaną i mogącą rozprzestrzeniać szkodliwe oprogramowanie ma to daleko w poważaniu. Wie, że to blef, a wujcio google niech będzie ostrożny, ona na własnej skórze przekonała się – epidemii nie ma. Co ciekawe pan haker nosi to samo pseudo na innej stronie www, którą administruje (haker zadomowił się tam zanim zasiadła w panelu administracyjnym). Na początku trafiał ją szlag, dziś ogranicza się do koniecznego minimum usuwania spamu idącego już w setki dziennie. Stronę ma ją dla zabawy. To ja.

    3.      Była sobie kobieta, która wzięła za dużo na siebie. Ciągle przedłużała sobie wakacje, by nie musieć podejmować zaczętych w czerwcu wyzwań i marzeń. Właściwie to nie obawa przed ciężkością zadań, a ich ilością. Zawsze chciała wiedzieć więcej i robić więcej, niż dała radę. W dodatku dziedziny, w których się poruszała były dość odległe od siebie. To ja.

    4.      Była sobie kobieta, która chciała zawsze siedzieć w kącie i dłubać swoją robótkę wedle własnego widzimisię. Mogła godzinami obserwować ludzi, ich zachowania i wypowiadane słowa. Nie przepadała za rozmową, szczególnie w grupie. Zdecydowanie wolała pracować z człowiekiem indywidualnie. Wziąć go do gabinetu i wysłuchać jego historii, marzeń, a jeśli miałby jakiekolwiek trudności z słownym uzewnętrznianiem, mógł wziąć farby, plastelinę, nożyczki, a nawet wyciągnąć sznurowadło z buta i w ten sposób zawiązywali pakt. To ja.

    5.      Była sobie kobieta, która podjęła się zrobienia prezentacji z własnych zdjęć. Dziś drży, że nie tylko czas ją przegoni, co historia wymyślona ku zadowoleniu publiczności, nie rozbawi i nie zaciekawi nikogo, i po raz kolejny przeżyje porażkę. Próbuje. Zarywa każdą wolną chwilę i myśli nad nowatorskim projektem. To ja.

    6.      Była sobie kobieta, która często zmieniała pościel. I wcale nie chodziło o zachowanie higieny, a o ludzi, którzy z nią sypiali. Człowiek, którzy wprowadzał się do jej łóżka często szukał obecności innego, obcego człowieka. A to włos, a to pozostałości ręczników, czy bielizny, a nawet podejrzane perfumy. Musiała często zmieniać pościel, by nikt nie czuł się niezręcznie. On – wyczuwając zapach innego samca, ona – że ona ma zbyt duże wymagania i szybko się nudzi potencjalnym zdobywcą na jedną noc. To nie ja, ale…

    7.      Była sobie kobieta, która walczyła z masową szkołą. Wołała do trochę wolnej woli i cień indywidualnego podejścia do nauczycieli swoich i obcych dzieci. i natykała się na mur, robienie „od do” i sztywnego trzymania się zasad. To ja.

    Walczę dziś ze sobą, by nie złamać powyższych zasad. I udało mi się nie napisać nic więcej :D .

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

maj 2012
P W Ś C P S N
« kwietnia    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u