fot. własna
Czasami budzę się i nie wiem jaki jest dzień. Czy to niedziela, czy wtorek, zawsze jest coś do zrobienia. Budzik dzwoni łagodnie i, od niedawna, za zasłonkę przedziera się świt. Obietnica ciepła. Któregoś dnia myślałam, że zaspałam. Ocknęłam się dopiero pod zimnym prysznicem. Z czerwonych płytek spływały drobne smużki jeszcze letniej wody. Z tytułu trzaskających mrozów w łazience i ubikacji jest o dobrych parę stopni mniej niż w innych pomieszczeniach mojego mieszkania, wiec poranna toaleta bywa nie lada wyzwaniem. Zimno budzi najszybciej. Uciekam w ciepłe i wymagające pielesze pracy. Z gorącą herbatę w jednej dłoni i myszką w drugiej snuję się po kartkach kalendarza na rok bieżący. Zważywszy, że już luty, może wydać się to dziwne, a na pewno sporo pośliźnięte w czasie. Ale takie mam zlecenie – zaprojektować kalendarz. Niby nic, tak prychnęłam na początku, ale… Samo poznanie programu zajmuje sporo czasu. A projekt naszkicowany na kartce musiał być 10 razy zmieniany, bo moje fantazje nijak nie przystają ani do rzeczywistości, ani do umiejętności. Pstrykam fotki – dobieram tkaniny, układam przedmioty. Potem marznę przed komputerem i nad podręcznikiem, wariuję nad kolorem i czcionką. Daję sobie czas do poniedziałku, tak na wszelki wypadek parę dni przed oddaniem projektu do drukarni.
I jest obawa, że wielu się nie spodoba. A niech to, pierwsze koty za płoty!


