Mała, niepozorna książeczka z pożółkłymi, tanimi kartkami. Napisana barwnym i wnikliwym językiem, z dużą wiedzą o sobie i świecie – pamiętnik Elizabeth „W krainie prozaca” Dała mi potężny ładunek wiedzy na temat człowieka w depresji. Nie będę rozwodziła się tu na temat depresji, bo mówi i robi się z nią wiele. Wiele jest na ten temat w sieci, i myślę, że jest wielu ludzi, którzy odczuwają ciągły lęk, zdradzają oznaki depresji. Najczęściej tego nie widać, przechodzimy obok nich niezruszeni, bo są przecież powszedni, radzą sobie. Czy oni w ogóle szukają pomocy? Koleżanka zza biurka, znienawidzona szefowa? Choroba nie bierze się znikąd, zasiana głęboko, może w dzieciństwie, rozwija się w czasie, kiedy człowiek ma dorosnąć do odpowiedzialności. Odpowiedzialność okazuje się zbyt ciężka i … ucieka..
Mówią, że trzeba być silnym, by przetrwać w naszych czasach. Śmieją się z nieudaczników i wrażliwców, którzy nic nie osiągnęli, z tych, którzy się boją finansowanej porażki, wahają się, by zainwestować, obawiają się ludzi, ich krytyki. Znam kilka osób, które dzielnie torują sobie drogę na przekór niechęci otoczenia i dają radę, i wielu, którzy nikną, bo środowisko ich tłamsi, w domu wieczny płacz i choroba, a są tacy zdolni i pracowici.
Patrzę na moich bliskich i zastanawiam się, czy nie zasiałam (zasiewam) w nich zbyt lękliwego ziarna. A jaki mam wpływ na ich znajomości, nauczycieli?
Posłużę się kilkoma cytatami z książki, chociażby po to, by zostały w pamięci.
Miernikiem normalności, kryterium zdrowia psychicznego w naszym społeczeństwie jest poziom wydajności, stosunek do obowiązków, prosta zdolność zdobycia i utrzymania pracy. Jeśli znajdziesz się w stanie, który pozwala na wykonie obowiązków – przychodzenie do roboty, płacenie rachunków – jesteś O.K. albo w marę O.K. Pragnienie zanegowania depresji własnej i cudzej jest w naszym społeczeństwie tak silne, że wielu ludzi uzna, że masz problemu dopiero w chwili, gdy fruniesz z okna dziesiątego piętra. Nikt nie bierze pod uwagę czynnika społeczno-ekonomicznego, istnienia poczucia winy, bezkompromisowego sumienia, a w moim przypadku, zrozumienia delikatnej, niestabilnej natury mojej matki. Tak często wymieniałyśmy się z matką rolami pomagałam jej dobierać facetów po rozwodzie, moczyłam papierosy, żeby nie paliła, a kiedy siedziała w kuchni i ryczała, ponieważ straciła pracę i bała się, że nie dostanie nowej, mówiła, że z pewnością wszystko będzie dobrze – że teraz bałam się porzucić obwiązki rodzicielskie, do jakich się w stosunku do niej poczuwałam. Znałam granice wytrzymałości bliskich mi ludzi i nawet w najgorszej depresji byłam na nie wyczulona. Depresja dała mi niezwykłą przenikliwość.
Nikt nigdy nie pojmie potęgi moich wspomnień, które są tak niewzruszone i żywe, że nie potrzebuję psychiatry, że doprowadzają mnie do szaleństwa. Zajmuję w moim umyśle poczesne miejsce i ciągle narastają. Mam bardzo brzydkie myśli, kiedy wspominam obozy letnie. Chce zabić rodziców za to, co mi zrobili! Rokowałam nadzieję, a oni wykopali mnie z domu i próbowali zmieć w kogoś zwyczajnego. Wsadzili mnie w gromadę normalnych dzieciaków, które uważały, że jestem dziwna i sprawiły, że czułam się dziwna, aż naprawdę stałam się dziwna.
Tęsknota za domem jest naturalnym stanem mojego umysłu.
Twoje pokolenie ma skłonność poszukiwania chemicznego panaceum na wszystko. Byłoby pięknie, gdybyśmy mogli zażyć pigułkę szczęścia i odegnać zło. Żyjemy w kulturze leków, legalnych i nielegalnych. Ale nie będę ci kłamać, mówiąc, że istnieje tabletka, która ci pomoże, skoro wiem, że jej nie ma. Z tego co mówiłaś o swoich rodzicach zwłaszcza o ojcu, wynika, że wyrosłaś w odebraniu od rzeczywistości, taki mechanizm obronny zastosowałaś. Nie potrzebujesz leków Elizabeth. Potrzebujesz bliskich, trwałych związków z innymi ludźmi. Musisz komuś zaufać. Musisz przekonać się, że ludzie są O.K.
Czuję się jak alkoholik, który robi wszystko, by uniknąć pójścia na odwyk, wszystko, by odwlec decyzje o rzuceniu picia. A czego ja nie chcę rzucić? Bycia w depresji?
Ryczę całymi godzinami. Siedzieć przy komputerze i wystukuję pracę o Przestrzeni, Czasu i Ruchu (są to jedyne zajęcia na jakie się fatyguję) i pochlipuję w przerwach miedzy rozmyślaniami o Kancie i o wiedzy apriori…
Budzę się rano i nadal płacze i zastanawiam się, czy to możliwe, żebym płakała przez całą noc. Spać mogę tylko po zażyciu halcionu, które podkradam Alden z szuflady biurka…
Płaczę nad ulotną naturą miłości, niemożnością posiadania kogoś tak bezwzględna, by mógł wypełnić pustkę, w której czai się depresja. Rozumiem dlaczego ludzie chcą czasem zabić swych kochanków, chcą pożreć swoich kochanków, chcą wdychać prochy swoich martwych kochanków. Rozumiem, że jest to jedyny sposób, by posiąść drugiego człowieka, zaspokoić rozpaczliwe pragnienie zamknięcia go w sobie.

