Ostatnio wszystko, co napiszę nie ma końca, nawet do środka nie mogę dobrnąć. Jest wiec wielka dziura i cisza, bo formułując zdania od razu wskazuje je na niedające się do niczego. Wyrzucam je do kosza.
Jest ich dużo, różnego kalibru, organiczne, bądź nie. Odrzuty cywilizacyjnego świata, zużyte podzespoły pralek, komputerów, samochodów, zbędne opakowania i niechciane zabawki, puste słowa i niepotrzebne myśli, nawet cisza będąca komuś nie na rękę, którą ktoś tu ulokował i jeszcze zmarnowany czas.
I gwoździe i nieprzetworzone butelki. I buty, które widziały niejeden kraj. Zjeździły Peru i Rosję, Nepal i Japonię. W końcówce swej drogi znalazły dom w Afryce, na nogach małego chłopca.
I drut spinający blachę na dachu sprzedawany, jako gratis z narzędziami rolniczymi. Dostał go ktoś, kto ma nadzieję na lepszą przyszłość i zrealizuje swoje marzenia za 10, 20 lat, a może nigdy. Na razie ma mały, ale własny rower, motor.
fot. własne, Noc Kultury
Ze śmieci można robić cuda, cuda potrzebne do zachowania zdrowia, do przeżycia. Gdyby ci z Afryki mieli dostęp do naszych odpadów Afryka byłaby bogatsza o bardzo pomysłowe wynalazki.
Zawsze miałam żyłkę do zbieractwa, a potem wyrzucałam te rzeczy, bo nigdzie mi się nie mieściły. Ostatnio to zacięcie obudziło się ponownie. W wielu rzeczach widzę jakiś potencjał, w rzeczach zużytych coś do ponownego użycia. W starych notatkach pomysł na zajęcia; z połamanego parasola wyjmuję druty i robię podstawki na zdjęcia; ze starych listów odklejam znaczki doskonałe do ozdobienia notesu… Jeśli sobie przypomnę ile rzeczy wyrzuciłam, a mogłabym zrobić coś z pozornie niczego.



