fot. własna
Grzmi i błyska, zaraz znowu lunie.
Który to raz zalewa mieszkańców naprzeciwległego bloku?
Parking, to jezioro, z którego w pośpiechu wyjeżdżały samochody pod groźbą zalania silnika. Wodne boisko pochłonęło siatkę z bramek. Przed klatką nie widać ławki, na której koczowały dziś dewotki, a w wodzie po uda płynie kontener na śmiecie. Grupka gapiów próbuje sforsować wodę, brodzą w „japonkach”, pstrykają zdjęcia i omawiają umiejętności architektoniczne i postanowienia urzędnicze dotyczące punktowca. On tonie już po raz enty, niestety, nikt nie zostawi go w spokoju, po raz enty.
Biegnie jak do pożaru straż ogniowa. Przeskakują w drzwiach bloku worki z piaskiem, podają kable i rury. Zaskakuje silnik, pompa wypompowuje wodę.
Przybywa niemających na czym zaczepić oka ludzi. Odłączyli prąd. Nieważne lodówki, namoczone w pralce pranie, radia bez baterii. Najokropniejszą rzeczą, jaka może zdarzyć się w naszej małomiasteczkowej cywilizacji, to brak prądu. Brak telewizji, komputera i działających komórek.
To wtedy ludzie wychodzą do ludzi i stają się na chwilkę ludźmi. Zainteresują się rozmową, zdrowiem, nierównym chodnikiem, powiększeniem rodziny sąsiada, tyko wtedy, gdy zabraknie im codziennego bodźca. Na chwilkę przestają być maszynami na prąd odbierającymi tylko trajkot obcego głosu albo muzykę, z której nic nie wynika, karmionymi papką gotowych rozwiązań i zabaw.
Wyłącz im prąd, a będą znów czuć, słyszeć, widzieć. Choć zmysły nieco osłabione, jest nadzieja, że wrócą do dawnej świetności. Następnym razem, kiedy wyłączą prąd.


