Staliśmy przed wielkimi, ciężkimi drzwiami. Okazja była tam ze mną, trzymała mnie za rękę.
- Dla kogo będzie to pierwszy raz? – podniosłyśmy ręce.
- Szybki wstępik – zachichotała Okazja.
To był bardzo dziwny trzydniowy pierwszy raz. Okazja spędziła godziny pod sceną, wycierając światowy buci brud. Nie mogła potem ustać na wyprostowanych nogach i dotknąć posiniaczonych kolan. Tarzanie zostawiła na koniec, kiedy to kucanie sprawiało jej nieznośny ból. Przetoczyła się od wielkiego głośnika na scenę pod stopy starego drzewa. Ale zdjęcie było tego warte! Za kulisami dostała ochrzan, a jeden z fotografów zarejestrował ten wybryk. Zaszyła się wśród aktorów przygotowujących się do spektaklu. Próbowała z nimi rozmawiać, ale ni w ząb nie rozumiała języka. Może e-mail, łatwej będzie z tłumaczeniem… Rozprostowała nogi, ukradła parę kadrów i kulturalnie zeszła na widownię.
Następnego dnia ów fotograf miał wypadek – czołówkę z łosiem. Uszedł poobijany, samochód do kasacji. Zdjęć nie oddał.
- Masz mnie za łosia? – Okazja wzruszyła ramionami.
Okazja, kiedy tylko nadarzała się okazja, z aparatem w rękach kucała, leżała, klęczała i turlała się w pobliżu teatralnej sceny. Związała się mocno z poznanymi tam ludźmi i do tej pory nie wiem, co tak rwało ich do siebie. Musieli być w kupie, na ich spektaklach nikogo nie dało się zastąpić. Tworzyli niepowtarzalny klimat dobrej zabawy, bez suflera śpiewająco grali swoje role zaharowywując się na śmierć.
SANS, fot. własne

