• Nocne rozmowy Wt, 22 marca 2011 Komentarzy: 18

    Teatr MOMO

    Teatr MOMO

     

    Okazja, zanim jeszcze piastowała stanowisko i musiała zjeżdżać kraj wzdłuż i wszerz (patrz wcześniejsze wpisy), była zupełnie zagubioną myszą. Ba! nawet po ukończeniu dwóch fakultetów nie była pewna, czy praca związana ze studiami jest jej życiowym celem. Dla pierwszej specjalności zrezygnowała z tańca i malowania. Nie miała czasu na nic prócz nadrannego logowania się w firmie; statystyki, cyferki i papierki, potem lunche i obgadywanie szefa, koleżanki, następnie stawanie się kodem kreskowym w nowym programie genialnego ścisłego umysłu. Dostała awans za nie wypowiadanie się i bycie grzeczną w stosunku do starszego kolegi. Zazdrościły jej tej szybkości koleżanki i przez nie zrezygnowała. Zawiść, sama nie znała tego uczucia, ale doświadczyła na sobie. Głównie chodziło o ekonomię i biologię, bo jak się jedno ma do drugiego? Jak można ciągnąc dwa tak różne kierunki? Okazję jednak pociągało poukładanie i logika w ekonomii, a w biologii eksperymentowanie. Gdyby ktokolwiek obserwowała, z jakim zapałem i delikatnością odkrywa ze skalpelem tajemnice ciała rozpłaszczonej na stole i jeszcze dychającej żaby, nie miałby wątpliwości, że kiedyś będzie znanym anatomem albo patomorfologiem. Pomimo, że wiele wyrzeczeń kosztowało ją żeby dostać się do działu ekonomicznego wielkiej korporacji i jeszcze więcej, by przeżyć tam rok (i zasłużyć na awans), zrezygnowała. Praca zajmowała jej całe życie, cały czas wolny, jeżeli nie była w biurze denerwowała się dniem następnym, nie tylko papierami, programami, ale znajomymi, z którymi nie było jej po drodze.

    Chciała wrócić na studia, gdzie było ciężko, ale po kilku dniach wytężonej pracy miała wolne, dużo wolnego. Sesja była dwa razy w roku, tu – codziennie. Ogromny stres doprowadził do ucieczek w delegacje, potem choroby, kiedy zaczęły się zaległości – w narkotyki i alkohol.

    Obudził ją uliczny teatr. Porwana do tańca nad symbolicznym ogniem poczuła się znów wolna. Nie znała tych ludzi, mieli maski i podarte łachy, połamane skrzydła i beztroskę… Na chwilę zachciało się znowu żyć. Na chwilkę zapomniała swoją rolę trybika w pieniężnej machinie awansów i lalkowatej pozie życia.

    A potem pojechała z nimi do obozu, 20 km za miasto. Rano nie czuła głodu, właściwie żadnego. Ani drżenia rąk i makabrycznej chęci wypicia chociażby piwa, ani bólu stawów, brzucha, ssania w żyłach… czuła natomiast okrutne zmęczenie i szczęście. Nikt z trupy nie pytał o nic, dzielili się z nią prostym jedzeniem, ubraniem, a wieczorem były przedstawienia. Premiery, które nie miały powtórzeń. Każdy spektakl był czymś innym – miejscem, światłem, śpiewem, muzyką, ludźmi, którzy dawali porwać się jak ona. Niewerbalnym ładunkiem symboli dającym wiarę, że jeszcze można zobaczyć w pękniętym lustrze własne odbicie.

    Okazja objeździła ze swoim uśmiechem losu kawał kraju. Nie zadzwoniła do firmy, uciekła od obowiązku w dziecinną zabawę. Zasłoniła się kurtyną i grała niedokończoną za młodu rolę. A może na silę chciała ją przedłużyć, jak wtedy, gdy po przebudzeniu po pięknym śnie, nie udaje się zasnąć po raz drugi?

    Nie śpij, budził Okazję słaby wewnętrzny głos.

    Podniosła powieki i zobaczyła swojego mentora. Chudy człowiek o wesołych oczach założył jej kosmyk za ucho. Chcesz z nami zostać? – zapytał.

    W półmroku i duchoty wozu dostrzegła białe skrzydła, parawany, kurtyny, instrumenty… Zobaczyła w lustrze potarganą czuprynę, twarz, która bez charakteryzacji była zupełnie zwyczajna. Ciało bezwładnie leżące na przedpotopowej pryczy, bez finezji ruchów i głosu wydawało się groteskowe i nonsensowne.

    Zapytała tylko o datę i opuściła pojazd. Chciał ją zatrzymać, ale zamarł w półgeście, próbował coś powiedzieć albo się pożegnać, ale nie znalazł słów, bo jedyne myśl krążyły mu wokół poczucia wielkiej straty.

    Okazja wyszła w tym, w czym wybrała się w pewien nerwowy wieczór, przeszło rok temu. Stała w podziurawionych od tańca butach i żegnała swój ruchomy dom. Nie miała nic poza uczuciem ciepła wrześniowego błota pod stopami, gdzieś na mazurskiej wsi.

    Machała mocno głębokiemu snu w wielkiej firmie. I letargowi w teatrze.

     

  • Wata słowna Wt, 8 marca 2011 Komentarzy: 24

    fot. własna

     

    No co, dobrze słyszysz! Dziś tylko kolorowy, drewniany kwiatek.

    Czekaj, czekaj, jeszcze czekolada, ale zjadłam po drodze do lekarza.

    Do dietetyka chodzę, tak, tak, i na Orbitreku latam, to znaczy zacznę od jutra. 

    Sałatka i ciasto były smaczne, w końcu mąż się postarał, tylko zaczepiłam tipsem o rajstopy i poleciało ogromne oko, a mam zaraz spotkanie z kochankiem.

    Nie, nie musisz mi przywozić, i tak nie wiesz jaki kupić odcień, zresztą on lubi podarte. Sąsiedzi nie zauważą, bo samochód mam pod drzwiami. 

    U Izy też byłam, ma nowy laser. Latka lecą, coraz trudniej kogoś znaleźć. Dziś tylko na szybko – maseczka i fotoodmładzanie. A tam szum morza, kocyk na stopach, kadzidełko…

    Dzieci zdrowe, wczoraj wyjechały na przymusowe wakacje, niech też użyją życia na Mazurach. Więc luz. 

    Aaa! Dostałam awans! Tak, od dzisiaj. Taki tyci prezencik na Dzień Kobiet. Będę prowadziła warsztaty w Krakowie. Wreszcie wyrwę się z tego zaścianka.

    Jest coraz lepiej, jestem zdana na siebie i chodzę swoimi ścieżkami, a wiesz, że to lubię.

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

marzec 2011
P W Ś C P S N
« lutego   kwietnia »
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Kategorie

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u