• Cybertaniec Cz, 16 września 2010 Komentarzy: 14


    Prawdopodobieństwo przyjścia na świat jednojajowych trojaczków wynosi 1 do 200 milionów, a trojaczków w ogóle – 1 do 6400. Jakie jest wśród kasztanów? Tego prawdopodobnie nikt nie bada. Wiadomo, że mają dobrą energię. Gładki kasztan w kieszeni, to gładka droga przed nami. W moim mieście coraz więcej kasztanowców rdzewieje zaatakowane przez szrotówki kasztanowiaczki. Kasztany szybciej opadają z drzew. Pierwszy raz udało mi się spotkać dorodnego kasztana-trojaczka. Może drzewo nie mogąc wydać dostatecznej ilości owoców, kosztem wielkości i jakości powiela go w jednej skorupie.

    fot. własne

  • Moje podwórko So, 11 września 2010 Komentarzy: 13

    fot. własna

    Ulubione. Nie bardzo wiem jak ugryźć temat, a że mam tendencję do dzielenia włosa na czworo, widzę w pytaniu przynajmniej dwa rzeczy. Chociażby rzeczy błahe, w których mogę od czasu do czasu się rozsmakować (lody waniliowe, wakacje, spacer po mokrej łące) i elementarne, które stawiam zaraz po jedzeniu czy spaniu. Zacznę od początku, od ulubionych, bez których trudno się obejść, jeśli się je miało.

    Lubię ludzi. Przeglądać się w ich oczach i widzieć sens rozmowy, chociaż miałaby być ona milczeniem z jednej lub obu stron. Milczeniem ze zrozumieniem nie tylko dziwnych sytuacji/uczuć, w które ciężko się wczuć, ale milczeniem z wyrozumiałością, że takie rzeczy mają miejsce. Lubię słuchać ludzkich historii, od pomarańczowego poranka, przez burzowe popołudnie, po ciemną noc. Lubię odpowiadać na ich pytania, chociaż zadają je w formie twierdzącej. Lubię ludzi smutnych i wesołych, chorych i trudnych, tych, co potrafią wbić wzrok w ścianę i przeorać całe życie dla swojego dobrego samopoczucia. Lubię ludzi prostych i szczerych, ale i skomplikowanych i broniących się przed prawdą o sobie samych. I ludzi, którzy nie parają się niewłaściwie (psycho)manipulacją (upadlają się). Lubię szukać w nich swojej bratniej tuszy.

    Lubię swoją pracę. Robię to, co lubię i do czego pasuję. W niej: że nie zamyka mnie w ciasnej komórce programu komputerowego, nie plącze odnóży w schematach, nie patrzy na ręce kierowniczym wzrokiem, a ona każe rozwijać się wciąż i w najdziwniejszych kierunkach. Lubię pewną nieprzewidywalność, wynikającą z własnych pomysłów i ludzi, nad którymi i z którymi pracuję. Dzięki niej będę miała masę pomysłów, gdy doczekam czasów starczej demencji.

    Lubię być potrzebna, udzielać pomocy. Nie zabieram pod swoje skrzydła wszystkich biednych zwierzątek, realna pomoc dotyczy ludzi. Lubię robić coś z niczego. Bez zapotrzebowania na moją osobę nie umiałabym się niczym cieszyć.

    Lubię samotność. Mogę zapaść się w niej nawet w przeludnionym mieście i nikt nie podejrzy, że nie ma mnie obok. Lubię być z nią sam na sam, z nią dialogować i trwać w niej dopóki jakiś człowiek nie rzuci liny i krzyknie: wracaj! Jest specyficzną półką skalną, bezpieczną przystanią, w której mogę sama po sobie jeździć, dowartościowywać się, być wszystkim i nikim. Lubię ją oswajać i konfrontować zbyt wiele niepotrzebnych słów świata z moim milczeniem.

    Lubię książki. Miejsca, w których nigdy nie będę, kultury, której realnie nie poznam, ludzi, z którymi nie porozmawiam. Lubię litery i obrazy, mogę je zamknąć i wrócić do nich w każdej chwili. Lubię obce światy z bezpiecznego fotela.

    Lubię kolory. Kontrasty. Tęczę, ubrania w żywych barwach, goniącą na zdjęciach czerń i biel. Lubię łapać w kadr ich prawdziwość i soczystość.

    Lubię symbolikę i niejednoznaczność. Na zdjęciach, w książkach, moim pisaniu. Są zagadką i poszukiwaniem rozwiązań. Wielu.

    Lubię podróże. Uzupełniają moją nikłą wiedzę o świecie. Pozwalają przebić dziurę w umyśle mieszczanina-Polaka, łamią stereotypy, serca i strach.

    Lubię mojego pana Doktora. Pokazał mi ścieżki, po których nigdy nie chodziłam. Bez jego pomocy za nic nie trafiłabym na ważne skróty w krzakach.

    Żeby na tym etapie nie przedłużać, to koniec..

  • ?

    Wata słowna Cz, 26 sierpnia 2010 Komentarzy: 33

    Czy to już jesień? Przycupnęła niedaleko, na krawężniku i śmieje się rozpustnie z wiatrem, a on coraz śmielej rozbiera drzewa z liści. Wczoraj zasłoniła słońce nićmi babiego lata, a rano wygoniła ptaki z łąki.

    Śpiewałam niedawno tę piosenkę:

    Dziś gdzie nie zajrzę, tam jesień. Blogi, serwisy, TV. Sama zaczęłam się za nią oglądać. Po co? Przecież jest lato, krótkie sukienki i spodenki, wysokie temperatury i jeziora, piłki, paletki, rolki, rowery…
    Jesień? A kysz!!!

  • Moje podwórko Cz, 19 sierpnia 2010 Komentarzy: 18

    Mży. Obawiałam się deszczów co dnia, przez dwa tygodnie. Ale tylko dziś jest nieciekawie na wyjście z domu, reszta urlopu upłynęła pogodnie i wietrznie, bezdeszczowo. Gryzły mnie jednak wspomnienia poprzednich lat, kiedy byłam zamknięta pod bezpiecznym i ciepłym dachem. Uzbroiłam się wiec w narzędzia. Postanowiłam zadrobić zaległości w oglądaniu filmów. Po czterech seansach miałam dość i wzięłam się za czytanie. Najpierw sieć, potem leżąca koło mnie grubaśna książka. Cały czas dużo jeździłam po okolicy, może nawet więcej niż zwiedzałam. Łapałam małe ślady promieni słonecznych przebijających się pomiędzy grubą warstwą fantazyjnie uformowanych chmur. Tak wybiłam się też z rytmu czytania. Obserwacja była dla mnie tym, czym tlen, mogłam nie mówić nic przez całą podróż. W sklepie za 2E zobaczyłam blejtram, a w LIDLu dokupiłam 5 podstawowych akryli. Tylko pędzli nie mogłam znaleźć, nawet te w zestawach były miniaturowe, kiepskie jakościowo. Któregoś dnia, na wyprzedaży, znalazłam książki – Color palette do scrapookingu i Great parties. A od czego mam palce? Palców nie wypróbowałam, na szczecie nie pozwoliły na to warunki domowe. Często znajduję coś, czego nie szukam, a co się przydaje i rodzi się kłótnia – za dużo mam tych giftów! Na razie nie mam tu szans posłużyć się którymś z projektów, ale co najważniejsze, to doskonała inspiracja i świetne zdjęcia bez konieczności wgłębiana się w tajniki języka obcego. Zostawiam robótki ręczne na deser. Bardzo okazyjnie udało mi się trafić album S. Dali. Pięknie wydany, z dużą ilością reprodukcji i tekstu. Postaram się przebrnąć przez literki, w przeciwnym razie zostaje wyobraźnia, moja i Salvadora…

    Są jednak przypadki, kiedy na piśmie obrazkowym opieram wszystko. Weźmy na przykład, kolokwialnie mówiąc, jadłodajnię, niekoniecznie w obcych krajach. Czytając menu, zagłębiając się w sekretny przepis, nie bardzo mam pojęcie nie tylko o jakimś składniku, ale jak potrawa wygląda. Pech może być wtedy, gdy zdjęcie jest spłowiałe, kiepskiej jakości albo niczym nie przypomina dania, które stanie na stole. Nie zaznajomiona z kulturą, językiem, widząc przy nazwie potrawy zdjęcie, skacze z radości – zrazy w sosie pomidorowym albo naleśniki z serem. Tak PROSZĘ pana – pokazuje – TOOO. Pominę fakt, że TOOO, to nawet nie suflet i gryzę się w język przy jedzeniu i wymawianiu nazwy potrawy. Najczęściej dobrze odczytuję pismo obrazkowe i trafiam w smaczek. Kręcenie nosem tłumaczę oryginalnym składnikiem, nigdy inaczej!

    Do życia potrzebne jest światło. Do fotografii najlepsze światło słoneczne. Ono potrafi wydobyć kontrast z dotykanym przedmiotem, nadać mu wyraz i niewidzianą wcześniej ciekawość.

    Przez parę popołudni udało mi się je złapać jak na zamówienie. Połapię i dziś. W przeciwnym razie poszukam w sklepach ;) .


    fotografie własne

  • Moje podwórko Wt, 17 sierpnia 2010 Komentarzy: 11

    Śniadanko nie zawsze musi być zdrowe. A co zrobić jeśli bardzo rzadko jest? To już problem na powakacyjne rozterki, kiedy przychodzi konfrontacja z ulubionymi dżinsami i zbyt prawdomównymi koleżankami. Wakacje trwają, słychać szum oceanu, słońce od czasu do czasu wyjrzy zza chmury, upału nie ma, a i popada przelotnie. Najważniejsze jest błogie lenistwo, które czasem we śnie realnymi koszmarami się przyśni. Ale jak napisałam powyżej, głowa od niepozałatwianych spraw będzie mnie bolała po wakacjach.

    fot. własna

    Jeszcze wczoraj za płotem rosła pszenica, dziś rano ją zżęli, stąd ten rogalik na śniadanko. Od kłosa do bułeczki ciężka droga, ale czego nie robi się z czasowej nudy ;) . Po herbatę i cytrynę pobiegłam do sklepu, było o wiele bliżej :D .

  • Niepamiętnik Śr, 11 sierpnia 2010 Komentarzy: 32

    fot. własna


    Warto uciekać z domu. Z bloga trudnej, bo albo się jest literą, albo z tej krainy się niknie. Piszę, żeby ślad został chociaż po chęci, że spróbuję poczuć się na chwilkę kimś innym. Wróżę niestety, że stereotypy myślowe podążą za mną. Jeśli mi się nie uda – powklejam tylko fotki.
    Dlaczego uciekłam, i od czego.

    Bo jakie są podobieństwa w ucieczce dorosłego i nastolatka? Wielkie. Ten drugi chce pobyć trochę sam, z dala od nerwowych, rozpitych, zabieganych, olewających i karzących (itp…) rodziców, którzy uważają, iż odrobina ciepła nie należy się dziecku, które przekroczyło dziesiąty rok życia. Być może na wygnaniu spotka kogoś, kto go zrozumie, pokaże inne drogi, pomoże, przytuli… i być może zostanie dzieckiem ulicy. Wybór ucieczki dorosłego ściele lepsze perspektywy, chodzi głównie o kasę. Oczywiście w tym przypadku nazywam to wakacjami/urlopem/wojażami, ale nie da się ukryć, jest to ucieczka od szarej rzeczywistości, krzywej twarzy szefa, rachunków, garów i …dzieci. Wiec albo one uciekają, albo ja. Lepiej jeżeli one popilnują obtłuczonych ścian, podleją na śmierć kwiatki, wściekle pomuzykują z kolegami, nźli mieliby spać pod mostem i żywić się odpadkami.
    Obydwa byty chcą tylko wolności.

    Uciekłam od dzieci – swoich i nie swoich.
    Od własnych. Od bycia matką i ojcem jednocześnie. Od wyszarpywania sobie skrawka świętego spokoju. Od mijania ich w drzwiach kuchni z pytaniem: co z ciebie wyrosło? Od niechybnego tracenia ich z każdym krzykiem o nie wyrzucone śmiecie. I od strachu z braku wiedzy na trudne i banalne zadane przez nie pytania.
    Uciekłam też od dzieci cudzych. Cudze dzieci, w odróżnieniu od moich, jak również od większości dzieci, nie mogą uciec nigdzie, więzi je własne ciało. W tym wypadku uciekłam od swojej nadszarpniętej cierpliwości, od rozmów i tłumaczeń wciąż tych samych tematów, od nałogu kreatywności w organizowaniu prac na coraz niższym poziomie, z czego połowa jest wykonana przeze mnie, co doprowadza moją ambicję do poczwórnej apelacji. I jeszcze od bycia babcią klozetową, kuchtą, fakturzystą, grafikiem, terapeutą, fotografem, wnioskodawcą projektów UE, nie mając stałego zatrudnienia…

    To niestety tylko część listy z wynurzeniami – dlaczego uciekłam. Będę jeszcze uciekała…

  • Niepamiętnik Wt, 27 lipca 2010 Komentarzy: 10

    Zadarłam głowę szukając Okazji. Zadzierałam długo i wysoko, bo siedziała w najwyżej stojącej gondoli wielgachnego Młyna.

    - Złaś stamtąd! Chcesz się porzygać!? – krzyczałam, a głos rozbijał się o gorące powietrze.

    Nigdy nie była tak wysoko. Kołysała się na najwyższym szczycie leżącego u jej stóp miasta. Czuła się znów jak mała dziewczynka, która przestępowała kolejny próg wtajemniczenia. Na chwilkę mogła być duża w świecie dorosłych. Ba, to ona była największa, pod spodem, jak mrówki uwijali się Oni.

    - Pracujcie, ja popatrzę!

    Na dole majaczyła karuzela z wielkimi-małymi końmi i karetami, diabelska kolejka, młot i samochodziki.
    Poprzez przymknięte powieki, dostrzegła chłopca, który prosi opiekunów o watę. Mała dziewczynka sięgnęła w pęk podejrzanych, długich sznurówek. Pani, spośród brudnych lalek i spłowiałych misiów wyciągnęła znów piłeczkę do ping ponga! A to pech, matka zbeształa ją za wyrzucone pieniądze. Ja chcę na strzelnicę! To ona z okiem przy wygiętej lufie wiatrówki próbuje ustrzelić dziurawego kwiatka. Strzelaj w różę! Sztywno zamontowana oręż nie daje się nijak ruszyć. Pach! Śrut utkwił w tekturowej pustce podziurawionego wozu. Wiara w najlepiej ulokowane ostatnie oszczędności zamieniła się w płacz.

    - Dlaczego znów się nie udało? – szepnęła Okazja, tuląc policzek do zimnego metalu gondoli.

    Tam na dole, to nie rozcięte kolano, pała w dzienniku, czy seria zastrzyków przysparzały jej kłopotów. Dziś miała szczęście, że Młyn zepsuł się, a ona górowała nad wszystkimi. Była jednym ciałem małą dziewczynką i dorosłą kobietą, przeszłość mieszała się z teraźniejszością. I słyszała głos Szatana, który kiedyś zabrał Chrystusa „na bardzo wysoką górę, pokazał mu wszystkie królestwa świata i rzekł do niego: Dam Ci to wszystko (tibi dabo), jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon”.
    - Złap okazję, może odda ci szacunek! – krzyczała Okazja, ściskając w ręku garść zielonych żetonów i szykując się na bardzo długą i wysoką podróż.

    Młyn ruszył.



    Tibidabo

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

maj 2012
P W Ś C P S N
« kwietnia    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u