• Przymrużone oczy So, 13 listopada 2010 Komentarzy: 31

    fot. własna

    Człowiek na tratwie żył już tylko nadzieją. Pod skóra wychudłej twarzy rysowały się kości. Z drżących ust dobywało się nieustanne rzężenie. Oczy błyszczały gorączką. Już ponad miesiąc kurczowo czepiał się życia na nędznej wiązce desek. Nagle nowy dźwięk dotarł do jego skołatanej głowy. Zapewne zbliżał się obłęd. Ależ nie! To helikopter powoli nadlatywał nad tratwę. Uratowany! Był uratowany! Rozbitek niezdarnie próbował zatańczyć. Tymczasem z helikoptera spuszczono sznurową drabinkę. Mężczyzna o wychudłej, porosłej krzaczastą brodą twarzy, cały w łachmanach, został brutalnie wypchnięty na stopnie drabinki. Helikopter oddalił się i zniknął. Na tratwie było teraz dwóch rozbitków.

    Roland Topor

    Sen czy jawa? Jeśli sen, to zaciskam mocno powieki próbując wyśnić końcówkę snu. Usilnie staram się zdążyć przed budzikiem. Nie udaje się – dryń, dryń, dryń… Ręka po omacku natyka się na zwichrzoną pościel obok. Ktoś tam leży! Zrywam się. Góra żywego ciała porusza się. Kurna, to jednak rozbitek! Nie jestem sama na mojej wyspie! I na pewno ma coś do zjedzenia!

  • Moje podwórko Pt, 5 listopada 2010 Komentarzy: 13

    Jeszcze nie świta. Dopiero za godzinę niebo przeciągnie się różowym pasem nad horyzontem. Jeszcze pośpię, choć kark łamie się przy utrwalonych załamaniach nawierzchni.

    Błąkam się po sobotnich ulicach Starego Miasta.

    Tydzień temu zwiedzałam bezludne okolice hurtowni wyposażenia łazienek, składów budowlanych i pustostanów. Było późno, nie chciałam wracać do nieznanego pokoju i nieznajomego w nim człowieka. Jeszcze jedna ulica, dwa domy, rozłam i wiadukt. Nieważne, że szybko zgubiłam mapę w głowie, jeśli i tak nie mogłam nikogo spytać o drogę. Masz papierosa albo parę groszy – podejrzane typy zawróciły mnie z drogi i wyszłam drugą stroną miasta. To dopiero sztuka tak zatracić się w drodze! Było tak ciepło, że poszurałam przez cały park w czerwonych liściach. Nikt mnie tu nie znał, nikt nie widział.
    Dziś chciałam spotkać kogoś znajomego.
    Stare Miasto jest ładne – odnowione, ale dyskretnie, tak by gruz nie uszkodził żadnego zabłąkanego człowieka. Kafejki jeszcze zamknięte, kluby już śpią. Chodzę od wystawy do wystawy, od pomnika do Ratusza. Ławki obudzone pierwszymi zmarzniętymi studentami nabierają brązowych rumieńców pod ich surdutami. Niedługo zima. Większość ludzi zostanie w domach.
    A wiesz gdzie można spotkać jakieś fajne licho? Zaspany przechodzień dziwi się zza okularów. Jak to gdzie? Chyba tu jest ten punkt, najładniejsze miejsce w mieście. Po co biegać po nieznanych uliczkach i marnować szansę na spotkanie ciekawej osoby? Nie lepiej siedzieć w jakimś centralnym miejscu? Jeśli ta osoba ma być, choć trochę podobna do ciebie, to wybierze podobne miejsce…

    Biegnę na warsztaty, niekoniecznie w centrum…

  • Niepamiętnik Pn, 1 listopada 2010 Komentarzy: 9

     

    fot. własna

    3 Sierpień

     

    Drogi mój, to już koniec. Ludzie boją się patrzeć na martwe ciało. Zimne, nieruchome, zesztywniałe, Zdają sobie bowiem sprawę z ulotności życia. Bronią się, bo śmierć ich bezpośrednio nie dotyczy. Jeśli są oni – nie ma jej, kiedy jest ona – nie ma ich.. Wolą widzieć oczami wyobraźni żywą osobę, a ściślej mówiąc to, co po niej zostało – wspomnienia, zasługi, osiągnięcia, dobra materialne. Nie podchodzą bliżej człowieka, któremu parę godzin wcześniej podawali rękę, czule się obejmowali, czy siadali przy wspólnym stole. Ciało jest już formą bezosobową – bezduszną, ale czy z racji braku obrony jest pozbawione szacunku? Śmierć. A czym ona jest? Czy tylko pozbawieniem człowieka ciała?

    ***

    Nie mogłam temu zapobiec, lecz umiałabym poskładać w jedną całość każdą cząstkę Twego ciała. Ale było już zimne…. Rigor mortis. Nikt tak po prostu nie umie wetknąć rurki z krwią, pobudzić elektrowstrząsami serca, jeśli już wystygło. Umarł mózg. Gdy Cię znaleźli następował już szybki rozkład ziemskiego bytu. Organizmy biorące udział w rozpadzie wysoko zorganizowanych białek – bakterie, glony, pierwotniaki – wprowadzały powoli rozłożoną materię do obiegu w łańcuch przemian. Kość udowa przebiła skórę, odsłaniając kruchość ciała. Wykrzywione żebra dźgnęły oba płuca, doprowadzając do odmy. Powietrze przedostawało się przez uszkodzoną opłucną płucną, co zadziałało jak zastawka – mogło wejść, nie mogło wyjść. Gdyby w miarę szybko nadeszła pomoc miałbyś jeszcze szanse… Chodź topnieją one przy uszkodzeniu kręgosłupa w odcinku C3 z rozerwaniem wyrostków stawowych, wiązadeł i krążków międzykręgowych.

    Wiem, że męczyłeś się kilka godzin. Małe jednokomórkowe żyjątka pojawiły się już w trakcie Twojej walki o życie. Jedne wypełzły z wnętrza organizmu: z ust, dróg oddechowych, jelit…Inne zaatakowały z zewnątrz. Zrobiły rewolucję w Twym organizmie. Posilające się dodatkowo tlenem spowodowały gnicie, a beztlenowe zapoczątkowały rozkład. Muchy tylko czekały, zwabione agonią, by dać pożywkę swoim larwom. Leżysz teraz cichutko pod grudkami czarnej ziemi i śmiejesz się do mnie ustami bez warg i oczodołami bez gałek. Wiem, że byłoby Ci raźniej gdybym była tam z Tobą i trzymała wyschłą już dłoń, recytując wersy ulubionych wierszy … Jednak stało się to tak szybko. Nie zdążyłam szczycić się uczestnictwem w orgii żywej materii, mającej takie samo prawo dawać życie, jak i je odbierać. Widocznie moja misja Tu nie dobiegła jeszcze końca. Mam tylko nadzieję, że nie przeraża Cię ciemność i świadomość, pełna świadomość tego, co się dzieje z Twoim ciałem.

    ***

    Twoja matka zabrała Cię tam skąd pochodzisz, do cichej wioseczki, gdzieś pod Ukraińską granicą. Maleńki kościółek, starzy ludzie brnący co niedzielę po dywanie z kolorowych liści. Wszyscy Cię tu znali. Ty jeden nie pozwoliłeś związać się kajdanami z ziemią, na której się wychowałeś… a trzymała Cię mocno matka Ziemia, matka Rodzicielka.

    Wyjechałeś, znalazłeś dom, pracę, żonę. Myślałeś; że uda Ci się stworzyć nowy świat z dala od korzeni? Wygrała… Znalazła dla Ciebie miejsce przy samym płocie, gdzie nikt nie przeszkadza w cichych modlitwach do Boga. Za towarzystwo dane Ci będą jedynie łany pszeniczne podpowiadające słowa wyszukanych próśb o ocalenie, wyrastające wprost spod grobów; wiosny zielone, niewinne wzrastające w życiodajne kłosy, kołyszące się na wiotkich łodygach. W Twojej wiosce jest maleńki młyn zaopatrujący jedyną piekarnię. Jak myślisz skąd bierze się ta mąka? Czyżby z tych łanów pszenicy przy cmentarzu?…

    To one karmią mieszkańców wioseczki chlebem, dają im ową starość i ściskają żelaznymi łańcuchami z matką Ziemią. Przyjadę tu za parę lat, słysząc turkot kosiarek i snopowiązałek, gdzie żółte kuczki dają cień zmęczonym ludziom pijącym zsiadłe mleko, a pociągowe konie ciągną mozolnie wozy pełne snopków. Z każdego podwórka będzie słychać warczenie maszyny oddzielającej plewy od ziaren. Koło młyńskie obracane pędem rzeki wprawiając w ruch żarna przyczyniać się będzie do zapewniania przetrwania; z wysokiego komina piekarni wydobywać się będzie wąska smużka białego dymu… Czy pozwoliłbyś mi spróbować tego chleba, z tej piekarni, z tego młyna, z tego łanu… nasiąkniętego Tobą? Muszę usłyszeć to, czego nie zdążyłeś mi powiedzieć i czego nie umiałeś wyrazić. Wyszepczesz mi czule wszystkie modlitwy poskładane w starodawny modlitewnik, jako wstęp do zadośćuczynienia za uciechy cielesnego żywota. Podpowiesz jak należy się modlić, by nie zatracić się w materializmie i uzyskać przebaczenie za to, co się chciało się zrobić dobrze, a co zrobiło źle… Czy mogę pić Twoje soki?

    Spij spokojnie
     

    P.S. Wiem, że masz kontakt z Aniołami. Proszę, wyślij mi chociaż jednego do pomocy. Tak wielu ludzi ginie bezsensowną śmiercią.

Bio

Cybertaniec - wypadkowa wyobraźni literackiej i realnego świata. Mur bezpieczny, wśród wielości anonimowych ludzi, osłona przed burzami cyklonu.

Kalendarz

listopad 2010
P W Ś C P S N
« października   grudnia »
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
2930  

Kategorie

Wykopaliska

Próbuję

W sprawie zarzaleń i wniosków

kadaarka@hotmail.com

Gwiazdy


stat4u