Zadarłam głowę szukając Okazji. Zadzierałam długo i wysoko, bo siedziała w najwyżej stojącej gondoli wielgachnego Młyna.
- Złaś stamtąd! Chcesz się porzygać!? – krzyczałam, a głos rozbijał się o gorące powietrze.
Nigdy nie była tak wysoko. Kołysała się na najwyższym szczycie leżącego u jej stóp miasta. Czuła się znów jak mała dziewczynka, która przestępowała kolejny próg wtajemniczenia. Na chwilkę mogła być duża w świecie dorosłych. Ba, to ona była największa, pod spodem, jak mrówki uwijali się Oni.
- Pracujcie, ja popatrzę!
Na dole majaczyła karuzela z wielkimi-małymi końmi i karetami, diabelska kolejka, młot i samochodziki.
Poprzez przymknięte powieki, dostrzegła chłopca, który prosi opiekunów o watę. Mała dziewczynka sięgnęła w pęk podejrzanych, długich sznurówek. Pani, spośród brudnych lalek i spłowiałych misiów wyciągnęła znów piłeczkę do ping ponga! A to pech, matka zbeształa ją za wyrzucone pieniądze. Ja chcę na strzelnicę! To ona z okiem przy wygiętej lufie wiatrówki próbuje ustrzelić dziurawego kwiatka. Strzelaj w różę! Sztywno zamontowana oręż nie daje się nijak ruszyć. Pach! Śrut utkwił w tekturowej pustce podziurawionego wozu. Wiara w najlepiej ulokowane ostatnie oszczędności zamieniła się w płacz.
- Dlaczego znów się nie udało? – szepnęła Okazja, tuląc policzek do zimnego metalu gondoli.
Tam na dole, to nie rozcięte kolano, pała w dzienniku, czy seria zastrzyków przysparzały jej kłopotów. Dziś miała szczęście, że Młyn zepsuł się, a ona górowała nad wszystkimi. Była jednym ciałem małą dziewczynką i dorosłą kobietą, przeszłość mieszała się z teraźniejszością. I słyszała głos Szatana, który kiedyś zabrał Chrystusa „na bardzo wysoką górę, pokazał mu wszystkie królestwa świata i rzekł do niego: Dam Ci to wszystko (tibi dabo), jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon”.
- Złap okazję, może odda ci szacunek! – krzyczała Okazja, ściskając w ręku garść zielonych żetonów i szykując się na bardzo długą i wysoką podróż.
Młyn ruszył.




