Skręciłam tuż za wiaduktem, w ulicę wielkich sklepów. Przygnębiała mnie ta cześć miasta, była taka… pusta?
Wielkie galerie sklepowe przeznaczone na jedną firmę. Pomieszczenia na buty w identycznym kolorze. Sale balowe z jedną sztuką odzieży. Pustynia wśród mrowia ludzi, mających do wyboru jeden kolor-produkt na 100m kwadratowych.
Co króluje w tym sezonie? Fiolet? Amarant? Przepraszam – fuksja i róż!
Smutna panna Manekina wyciągała do mnie dłoń w koronkowo-różanej rękawiczce. Dzieliła nas przepaść szczęścia w bogactwie i przeciętności. Dzieliła nas szyba, ale zawsze ktoś może ją wybić i dotknąć drogich warstw odzieży, od których zawału dostaje niejedna kieszeń. Manekina, w po mistrzowsku udrapowanej sukni i ufryzowanymi na wieki włosami, krzyczała niemo: wejdź i wybaw mnie od śmierci głodowej.
- Manekiny nie stoją tu dłużej niż jeden sezon. Ich paznokcie i makijaż bledną w słońcu, ręce obtłuczone kilkunastoma przebierankami i wypadające z braku wiatru włosy wyglądają niezbyt zachęcająco – powiedziała mała dziewczynka przyglądając się wystawie.
Przed chwilą wyszła z wielkich lustrzanych drzwi sklepu. Wyglądała jakby od stóp do głów była jego własnością. Doskonale skrojony różowy kostium, ażurowe rękawiczki i francuskie loki nie pozostawały złudzeń. Oczy… przypominały szklane błękitne kule z ziarnkiem pośrodku.
- Kim jesteś? – zapytałam, a jej oczy zmieniły się w zwykle, dziecięce.
Dotknęła szyby, jakby chciała wyciągnąć pannę Manekinę z wystawy.
- Zapomnianym człowiekiem w monochromatycznym kolorze. Lila już nie wyjdzie poza barwę tego sezonu – zmieniła temat. – Zostanie na zawsze po tamtej stronie.
Dziewczynka płakała prawdziwymi łzami.
- To tylko kukła. Chodź, zaprowadzę cię do domu.
Wyrwała się, kiedy próbowałam ją wziąć za rękę.
- Nic nie rozumiesz, nie rozumiesz naszego świata! Świata dla wybrańców! Ale opowiem ci, bo nigdy do niego należeć nie będziesz – obrzuciła pogardliwym spojrzeniem mój stary płaszcz.
- Nigdy nie poczujesz, jaki splendor i aplauz spada na mnie po wygłoszeniu przemowy otwierającej pokaz. Rozwiera się aksamitna kurtyna, na środku stoję ja w blasku fleszy albo lamp oślepiających zachwycone twarze najznakomitszych gości. To nic, że cale ciało drętwieje w niewygodnej pozycji. Nie pamięta się wówczas wielogodzinnych dni ćwiczeń, cierpliwych przygotowań, znoszenie ze spokojem smrodu palonych włosów i ran po uczulających mazidłach. Tą chwilą warto żyć, dla zdjęć, telewizji i delikatnych dotknięć na sukni. Nie można mnie dotykać, a jednak to robią z niedowierzaniem – „ta lalka wygląda jak żywa”. Moment ten należy do najprzyjemniejszych, bo dalszą część mogę sobie dopowiedzieć w marzeniach. Fantazjuję przez cały pokaz, nie mogąc się poruszyć w swoim miękkim, ale skamieniałym ciele, nie mogę kichnąć, czy się podrapać. Zachwyt zwiedzających nasze galerie gwarantuje zabawę w „ja cię widzę, ty mnie widzisz, ale nie wiesz, że ja myślę i czuję”.
Zdawało mi się, że Lila skinęła głową. Przyłożyłam dłoń do szyby, tuż koło dłoni dziewczynki, naprzeciw manekina. Iluzja ciepła i prawdy wciąż trwała. Lili wyglądała, jak prawdziwa.
- Słyszysz?
- Co? Tylko szumią liście – nie chciałam, by uwierzyła, że dałam się nabrać.
Piękna twarz dziewczynki wykrzywiła się w grymasie bólu.
- Nie, ona płacze. Prosi bym powiedziała ci tę historię. Może tobie uwierzą?
Przez większość życia wyglądała pięknie. Był to jej obowiązek i przyjemność. Nie miała nic swojego, bliskiego, a to, czym pracowała, nie mogło trwać wiecznie. Urodziła dziewczynkę. Mała pokazała jej inny, wolny świat, bez sztuczności i skrępowania, w którym życie nie jest kontraktem na surowych warunkach. Obiecała jej, że nigdy nie będzie musiała uśmiechać się na klaśnięcie, trenować dygi i chody, głodzić ciało brokułami… Mała często była z nią w pracy i ubłagała matkę o sesję zdjęciową. Potem była następna i świetne wyniki, wyśmienite rokowania wypowiadane przez najlepszych, kontakt jeden, potem pokaz… Dopóki jest dobrze nie przewiduje się najgorszego. Piękno widzialne to cyrograf, ludzie wkrótce chcą coraz więcej i lepiej. Uroda przemija, kontrakty pozostają.
Nie rozumiałam, ale dostrzegłam sińce i drobne zmarszczki po oczami manekina. One mogą mieć zmarszczki? Przecież nie mrugają, nie działa na nie grawitacja, czy wolne rodniki!
- To jej ostatni kontrakt. Zastawiła siebie, by uratować dziecko. Nikt ci tego nie powie, ale tak kończą chore, samotne modelki. Na wystawach sklepowych. Nie mogą się ruszać, bo ich ciało znośnie pięknie wygląda tylko w jednej pozycji. Zapadnięte policzki i litera „o” między udami nigdy się nie wypełnią ciałem. Żyją marzeniami o świecie za szybą. Nie wiedziały, że tak skończy się ich kariera. Szybka, błyskotliwa i smutna.
Lili nie poruszyła się, nie wydała żadnego dźwięku, a ja poczułam się jakbym była treścią bajki, którą muszę przekazać dalej, by spłacić dług. Szczęście nie obdarzyło mnie niczym szczególnym.
- No mała, co ty tu jeszcze robisz, zmykaj! Jutro masz kolejną przymiarkę – facet w liberii podszedł do nas i ujął dziewczynkę pod ramię.
- My, lalki płaczemy tylko przed końcem… Mamo…!!!
Rozpaczliwy krzyk dziecka wciskanego do taksówki rozdarł ciszę ekskluzywnej, pustej ulicy.

