Archiwum z: » 28/11/2009«

Z dnia powszedniego

fot. własna

fot. własna


Wstaję, w domu jest ciepło, na dworze świeci słońce. Zdziwiona przygotowuję śniadanie i pędzę do łazienki. Nie mam czasu – wypycham maluchy do szkoły, a sama z aparatem wypuszczam się na łowy ciekawych kadrów. Na zewnątrz jest dużo światła, w mieście aż się roi od przedziwnych scen. Chociażby ludzie przemycający swoje cienie, ci biegną szybko na przeciw leniwym pomrokom uczniów i studentom, utrudniając tym pierwszy rytm pogoni. Ich różnobarwne stroje i komiczne twarze zderzają się z taflą światła niekompletnie otworzonych soczewek oczu.

Na ławkach siedzą już emeryci i renciści, którym udało się przejść wszystkie trybiki łańcucha pokarmowego. Jak tam na górze? – pytam cicho. Oni odmachują – lepiej tu nie wchodź, dziecinko, zostań na dole i panuj nad fizjologią… Uśmiecham się i pstrykam tę ich radość.

Chcesz poznać miasto – idź na targ, a najlepiej próbując jedną z regionalnych potraw. Znam go na wylot, ale dziś zakładam okulary obcego i robię coś lekkomyślnego. Przemieszczam się w kierunku starych babek, które wianuszkiem okupują bramę z napisem: „Całkowity zakaz handlu”. Po ile jajka? – pytam. Po 50 gr. – odpowiada niepytana kumoszka. Ja mam świeższe – rzuca zawistnie druga chustka. Przyznaj się, brałaś znów z fermy od Jadźki, niestemplowane! – zaczyna się wrzawa. No i komu mam pstryknąć fotkę, tym wczorajszym czy dzisiejszym? Kobitkom? Oko obiektywu jest wrażliwe, ale nie na smaki. Czekam jeszcze chwilę, licząc na rzucanie jajkami, a to byłoby już coś! Pomarańczowe żółtka urozmaicające szarość chodnika…

Widzę babcię sprzedającą drób. Jedyny żywy czerwony grzebień zaplątany o prawą łapę pieje na cały targ. Gdy podchodzę chce mnie dziobnąć. Inna kobieta odskakuje w ostatnim momencie, krzycząc: Zgroza, kaganiec takiemu, a nie do cywilizacji z pazurami! On pilnuje, żeby pani nic nie ukradła – odzywa się ponuro babcina.

A ja bym poprosiła kurkę, nie kogutka – krzyczę, bo kogut podfruwa na wysokość oczu gotowy do obrony swojego haremu. Odległość i trzepotanie skrzydeł nie sprzyja handlowi. Babcia zdejmuje chodaka i ogłusza ptaka. Kurak ogłasza swoją kapitulację nieprzytomnym chrapnięciem. Chce pani tego łapcia? – pyta babina. Broń Boże! – wzdrygam się. A paniusia kurkę chciała, proszę! – podaje, a ja powstrzymuje się od pytania – jak ona rozróżnia płcie drobiu? Kura, nie całkiem ogolona wpada do siatki. Przydałby się jej peeling, z tymi piórami w kuprze zdjęcie będzie nieestetycznie– mruczę. Pani – babcia cudem słyszy moje niezadowolenie – bo teraz na wsi denaturatu brakuje. A jak chłop jest, to użyna łby. A w czasie krwawicy, co to ciała bez łbów po podwórku latają w agonii, musi sobie golnąć dla kurażu. Niedługo, to ja będę łby ucinać. Oj, niedługo, mój już sinieje od denaturatu. A na razie, pani kochana, trza paluszkami wyrywać, o tak – tu prezentuje, jak gładko wychodzi z kupra piórko – bo na opalanie nie ma opału.
A kura będzie gotowała się przez pół dnia, ale za to, jakie OKA będzie miał rosół! Ale na wszelki i święty wypadek wpadam do mięsnego z misją zakupu schabowych. Na wszelki, jakbym niedokładnie obrała kurkę, a jakiś podniebienny esteta wyczuł brak denaturatu.
- Pani chce z kością, czy bzz? – pyta za ladą kobieta w nylonowym fartuchu, a ja kręcę głową na „bzz” i jej palec na czerwonym kolcu kości. – Chwileczkę… – dodaje i urywa.
Pani w białym kiltu umyślnie skrywa w drugiej dłoni plasterek czarnego salcesonu. Szybko wkłada go do ust, oczywiście zadowolona, że nie widzę, bo podobnież wybieram wędlinę. Po czym odwraca się tyłem i kroi kolejny krążek wchłaniając go niczym wąż. Mało co nie dławi się gabarytami salcesonu.

Zaraz potem dostaje schabowe i wymykam się do kasy zanim pani zapyta: Może świeżutkiego salcesoniku? – zadowolona, że kotlety jednak się smaży. Tu temat na fotkę odpada, bo pani wzburzona moją szczerością, musiałaby wezwać ochronę. Jest jeszcze sanepid, ale nie wart on ani czasu, ani tematu.

Wracam do domu. Obieram ziemniaki, rozłupuję kotlety i wkładam w panier. Nastawiam rosół, ale najpierw czeka mnie ręczne upijanie kury. Wyskubana i czysta ląduje w gorącej wodzie. Mam chwilkę, by przyjrzeć się uchwyconym kadrom. Coś jakby ten ranek niedoszlifowany, zwłaszcza fotograficznie. Tu poruszenie i cień, tu ucięcie łba, a emeryt ma zbyt widoczną pooperacyjną bliznę. Mam nadzieję, że chociaż dramatyzm mięsnego głodu będzie dobrym ujęciem. Naturalnie, pani z salcesonem ma szary fartuch!