Archiwum z: » listopad, 2009 «

Z dnia powszedniego

fot. własna

fot. własna


Wstaję, w domu jest ciepło, na dworze świeci słońce. Zdziwiona przygotowuję śniadanie i pędzę do łazienki. Nie mam czasu – wypycham maluchy do szkoły, a sama z aparatem wypuszczam się na łowy ciekawych kadrów. Na zewnątrz jest dużo światła, w mieście aż się roi od przedziwnych scen. Chociażby ludzie przemycający swoje cienie, ci biegną szybko na przeciw leniwym pomrokom uczniów i studentom, utrudniając tym pierwszy rytm pogoni. Ich różnobarwne stroje i komiczne twarze zderzają się z taflą światła niekompletnie otworzonych soczewek oczu.

Na ławkach siedzą już emeryci i renciści, którym udało się przejść wszystkie trybiki łańcucha pokarmowego. Jak tam na górze? – pytam cicho. Oni odmachują – lepiej tu nie wchodź, dziecinko, zostań na dole i panuj nad fizjologią… Uśmiecham się i pstrykam tę ich radość.

Chcesz poznać miasto – idź na targ, a najlepiej próbując jedną z regionalnych potraw. Znam go na wylot, ale dziś zakładam okulary obcego i robię coś lekkomyślnego. Przemieszczam się w kierunku starych babek, które wianuszkiem okupują bramę z napisem: „Całkowity zakaz handlu”. Po ile jajka? – pytam. Po 50 gr. – odpowiada niepytana kumoszka. Ja mam świeższe – rzuca zawistnie druga chustka. Przyznaj się, brałaś znów z fermy od Jadźki, niestemplowane! – zaczyna się wrzawa. No i komu mam pstryknąć fotkę, tym wczorajszym czy dzisiejszym? Kobitkom? Oko obiektywu jest wrażliwe, ale nie na smaki. Czekam jeszcze chwilę, licząc na rzucanie jajkami, a to byłoby już coś! Pomarańczowe żółtka urozmaicające szarość chodnika…

Widzę babcię sprzedającą drób. Jedyny żywy czerwony grzebień zaplątany o prawą łapę pieje na cały targ. Gdy podchodzę chce mnie dziobnąć. Inna kobieta odskakuje w ostatnim momencie, krzycząc: Zgroza, kaganiec takiemu, a nie do cywilizacji z pazurami! On pilnuje, żeby pani nic nie ukradła – odzywa się ponuro babcina.

A ja bym poprosiła kurkę, nie kogutka – krzyczę, bo kogut podfruwa na wysokość oczu gotowy do obrony swojego haremu. Odległość i trzepotanie skrzydeł nie sprzyja handlowi. Babcia zdejmuje chodaka i ogłusza ptaka. Kurak ogłasza swoją kapitulację nieprzytomnym chrapnięciem. Chce pani tego łapcia? – pyta babina. Broń Boże! – wzdrygam się. A paniusia kurkę chciała, proszę! – podaje, a ja powstrzymuje się od pytania – jak ona rozróżnia płcie drobiu? Kura, nie całkiem ogolona wpada do siatki. Przydałby się jej peeling, z tymi piórami w kuprze zdjęcie będzie nieestetycznie– mruczę. Pani – babcia cudem słyszy moje niezadowolenie – bo teraz na wsi denaturatu brakuje. A jak chłop jest, to użyna łby. A w czasie krwawicy, co to ciała bez łbów po podwórku latają w agonii, musi sobie golnąć dla kurażu. Niedługo, to ja będę łby ucinać. Oj, niedługo, mój już sinieje od denaturatu. A na razie, pani kochana, trza paluszkami wyrywać, o tak – tu prezentuje, jak gładko wychodzi z kupra piórko – bo na opalanie nie ma opału.
A kura będzie gotowała się przez pół dnia, ale za to, jakie OKA będzie miał rosół! Ale na wszelki i święty wypadek wpadam do mięsnego z misją zakupu schabowych. Na wszelki, jakbym niedokładnie obrała kurkę, a jakiś podniebienny esteta wyczuł brak denaturatu.
- Pani chce z kością, czy bzz? – pyta za ladą kobieta w nylonowym fartuchu, a ja kręcę głową na „bzz” i jej palec na czerwonym kolcu kości. – Chwileczkę… – dodaje i urywa.
Pani w białym kiltu umyślnie skrywa w drugiej dłoni plasterek czarnego salcesonu. Szybko wkłada go do ust, oczywiście zadowolona, że nie widzę, bo podobnież wybieram wędlinę. Po czym odwraca się tyłem i kroi kolejny krążek wchłaniając go niczym wąż. Mało co nie dławi się gabarytami salcesonu.

Zaraz potem dostaje schabowe i wymykam się do kasy zanim pani zapyta: Może świeżutkiego salcesoniku? – zadowolona, że kotlety jednak się smaży. Tu temat na fotkę odpada, bo pani wzburzona moją szczerością, musiałaby wezwać ochronę. Jest jeszcze sanepid, ale nie wart on ani czasu, ani tematu.

Wracam do domu. Obieram ziemniaki, rozłupuję kotlety i wkładam w panier. Nastawiam rosół, ale najpierw czeka mnie ręczne upijanie kury. Wyskubana i czysta ląduje w gorącej wodzie. Mam chwilkę, by przyjrzeć się uchwyconym kadrom. Coś jakby ten ranek niedoszlifowany, zwłaszcza fotograficznie. Tu poruszenie i cień, tu ucięcie łba, a emeryt ma zbyt widoczną pooperacyjną bliznę. Mam nadzieję, że chociaż dramatyzm mięsnego głodu będzie dobrym ujęciem. Naturalnie, pani z salcesonem ma szary fartuch!

Nie TAK
fot. własna Performer

fot. własna Performer

Nastawiam wskazówki na czas

Odpowiedni na każdą minutę

Słucham monotonnego TIK

Echo plastiku szepce TAK

Moje zegary nie mają trybików

Strzałki ciągną baterie

Tykają, na szczęście

Z czasem nastaje cisza

Serce przestaje bić TIK

I na chwilkę jest nie TAK

Kategoria: Pętla  21 Komentarzy
Ołtarzyk szczęścia

hotelowy pokoj

Dlaczego tak jest, że jadąc w jedno miejsce zachwycamy się nim, potem zwiedzamy inne i już jest odmiennie, ba, gorzej? Na pewno nie działa tu prawo pierwszeństwa, byłam w paru miejscach i to przedostatnie przyćmiło wszystkie inne. Ale nie ostatnie.
Hotel – wygodny, przestronny i łazienka, w której można tańczyć kankana, i wanna z wgłębieniami na świece. Nie zawracałam sobie głowy ścieleniem łóżka, śniadanie urozmaicone samo jakoś pozamiatało znikome okruszki.

Okolica raczej prowincjonalna, ostatnia stacja metra gwarantowała mały ruch przyhotelowej ulicy. Wiele przygód w środku nocy, za dnia bieg po wykopaliskach w centrum miasta… Przeoczyłam zapewne niejedną osobowość plączącą się na ulicy, niejeden kurhan w ciemności nocy, niejedną restaurację i potrawę. Mało czasu na zobaczenie i zastanowienie. Mało na poczucie zapachu i przytulenie do serca. Mało na uchwycenie odpowiedniego kadru.

Żal mi czegoś, czego nie można dosięgnąć. Marzeń, które wyzierają ze środka, chociaż usilnie staram się niczego nie projektować. Wiele z nich staje tyłem do jakichkolwiek wyobrażeń. Wiec nie czytam, nie oglądam, daje się prowadzić niespodziance. A jednak nie potrafię być jałowa i zanim zaprzeczę pragnieniom one już sterują wyobraźnią i nastawiają trybiki niespełnienia. Czy to pech? A może brak, tak popularnego, pozytywnego myślenia? Jedno jest pewne – nie wszystko zależy ode mnie. Tylko dlaczego reszta obiecująco nastawiona wywraca się do mnie podszewką?

O co ci chodzi, kobieto, przecież było tak cudownie? Widocznie w skład mojego szczęścia wchodzą zupełnie inne składniki niż te, które ma mi do zaoferowania życie.

Nie mogę się wyspać, mam wyschnięte oczy, a gdy je zamknę widzę tylko ostatnie sceny. Smak marzeń i zimno pustego hotelowego pokoju. I znów pakuję się w małą walizkę. Zawartość, znacznie powiększoną martwymi prezentami, upycham kolanem. Do opuszczenia pokoju zostało sporo czasu. Ścielę łóżko i sprzątam, nie chcę zostawiać po sobie zbyt wielu śladów. Perfekcyjny makijaż ukrywa zmarszczki, sińce pod oczami i ślady wczorajszego uśmiechu. Jedyną jeszcze żyjącą rzeczą obok mnie są róże. One nie mogły odpowiedzieć na pytania, które zadaję sobie głośno, ale tak by nikt nie słyszał i tak znajduję odpowiedz – nie można mieć wszystkiego. Jak zdradzona kochanka tulę półmartwe kwiaty, obiecuję sobie, że będę mądrzejsza. Jak dewotka wyrywam przemocą chwile i pielęgnuję na kościelnym ołtarzyku. W pustym hotelom pokoju, na nie do końca wystygłym łóżku.

One tam zostały.

Szybciej do celu

Wyjeżdżam, tak po postu, jak rzut kamieniem w zieloną toń. Nie wiem czy umiałabym spakować się przez 10 minut i obejść się bez tego, co niezabrane. Przyzwyczaiłabym się, jak do wielu rzeczy, których niejako spadają z nieba i zostają częścią rzeczywistości. Kiedy owych cudów zabraknie, zakrada się myśl: jak ludzie żyli bez udogodnień? A żyli, i to całkiem nieźle.

Popatrzmy na te schody. Ludzie upraszając sobie życie wynaleźli dźwig, który wyniesie ich w górę, z bagażami i własnym brzuszkiem. Myślę, że pomysłodawcy, tworząc schody mieli na myśli tych, którym rzeczywiście trudno się poruszać, a że nie da rady stworzenie tylko towarowych schodów, musieli uwzględnić i ludzi. Połączyli pożyteczne z przyjemnym (szczególnie dla dzieciaków). Niestety, udogodnienie nie przeszło bezboleśnie dla naszego ciała. Rozleniwiło nas. I znaleźli się inni, którzy postanowili odwrócić proces – „wróćmy do starego, ono jest lepsze” Wykorzystali element zaskoczenia i nowości, coś, co zachęci ludzkość do przymusowego pozbywania się zasobów wielu kalorycznych posiłków. A że w każdym z nas śpi dziecko reagujące na czuły dźwięk, nie było trudno przewidzieć wyniku eksperymentu. Wbrew pozorom to, co wydaje się bardzo dobre jest gorsze dla czegoś innego.

Jeśli miałabym wybierać, czym chcę dostać się w odlegle miejsce, mając do dyspozycji samolot i autokar/samochód, wybrałabym drogę lądową. Jedyną różnicą w tych środkach komunikacji jest czas (bezcenny), ale gdybym miała go w zapasie, ślimaczyłabym się po dragach krajów, których raczej nie poznam znad chmur. Coś za coś.

Wybrać się z jedną torbą, bez całej garkuchni i zaplecza medycznego to szaleństwo. Tak mówi mój kumpel. On zapakowałby do torby puszki wołowiny, makarony i torebki z zupkami. Plus pół apteki. W razie czego. A ja sobie już wyobrażam w pokoju hotelowym dymiący gar z całą powyższą zawartością. Nie – człowieku zapomnij o jeziornych czasach! Nie pomrzemy z głodu! Z nami będzie tylko nowe miejsce, które będziemy chłonąć każdym zmysłem i nic nie musieć. Tylko czuć i napawać się chwilą, z dala od codziennej szarości.

Kategoria: Moje podwórko  Tagi: , ,  18 Komentarzy
Fruuu

fot. Enchanters Blood

fot. Enchanters Blood


Co kryje się za związkami: pisze jak kura pazurem, trafiło się ślepej kurze ziarno, wygląda jak zmokła kura, ptasi móżdżek albo kura domowa? Drób, po prostu ptasia gromada! I to kobietom przypisana jest najczęściej etykietka z „ptasim móżdżkiem,”, a już na pewno z „kurą domową”. Czy wbrew panującym trendom one same rezygnują z kariery zawodowej, czy też z konieczności i przypisanych odgórnie funkcji kobiecych? Narażone są na tego typu określenia: leniwa, bez ambicji, woli siedzieć na garnuszku męża, kłamie, że lepiej jej w domu z dziećmi… Sam epitet ma już w sobie wydźwięk lekceważący, a w moim umyśle szkicuje się obraz zaniedbanej, nieatrakcyjnej kobiety w rozciągniętym dresie, krzątającej się między garkuchnią, łazienką a łóżeczkiem niemowlęcym (ewentualnie swoim własnym). Ten stereotypowy obraz wcale nie musi być prawdziwy. Wyczuwam tu nitkę zazdrości, bo nie każdego stać na zajmowanie się całym domowym przybytkiem 24h na dobę zwłaszcza bez majątkowych korzyści. Może to zazdrość o to, że „kury domowe” nie muszą siedzieć na nudnych konferencjach, jeździć na przymusowe szkolenia i spowiadać się na dywaniku u szefa. Czy złość na kury domowe nie wynika z tego, że jedni mogą pozwolić sobie na tą „ekstrawagancję”, a drudzy muszą zarabiać na dom (i tu też można wyróżnić wiele odcieni bieli)? Najczęściej te kobietki – kurki – są zadowolone ze swojego wyboru; realizują się, jako matki i żony i, oczywiście, strażniczki domowego ogniska.

Skąd w nas tyle podobieństw to drobiu? Ty ślepa kuro, niech cię gęś kopnie, jesz jak ptaszek i nie zapuszczaj mi tu żurawia sokolim wzrokiem w notatki, bo i bez tego wiem, że jesteś niebieskim ptakiem. Jak zwykle trzymasz dwie sroki za ogon, a gołąb na dachu siedzi wróbla strasząc, ale wiesz… jedna jaskółka wiosny nie czyni. Wzięłaś byka za indyka? To dlatego tak się na czerwienią sępisz, już myślisz o tej inauguracyjnej niedzieli.

I jeszcze wrócę do „ptasich móżdżków” . Gabaryty mózgu mają znaczenie, przynajmniej, jeśli chodzi o ptaki. Ornitolodzy twierdzą, że ptaki z większymi główkami lepiej sobie radzą w życiu, a ich populacja utrzymuje się na optymalnym poziomie. Te z małymi móżdżkami nie potrafią regulować sowich zachowań i padają ofiarą mądrzejszych jednostek. Więc wśród ptaków owe uczenie się, rozwiązywanie problemów i lepsze wykorzystywanie swoich szans jest także zróżnicowane. Jeśli pogardliwie mówimy czasem o ptasim móżdżku, watro zaznaczyć, że to o mały ptasi a nie ludzki móżdżek chodzi.