
Jeszcze oddycha, sierść na brzuchu wznosi się i opada bardzo nieregularnie. Nie wiem jak mu pomóc, złagodzić odejście w środku nocy. Ogrzać go? Jest prawie zimny, ale moje ręce tylko go denerwują, poruszają się, a on chciałby zaszyć się w mrocznym kątku i dokończyć żywota. Położyłam go na chusteczkach i okryłam miękką bawełną, z butelki zrobiłam termofor. Tak będzie mu cieplej i spokojniej.
Bezradność nad jeszcze jednym zwierzęcym losem. Nigdy nie potrafiłam przejść obojętnie obok cichej śmierci. One nie płakały, rzadko skomlały, jedne wpatrywały się chorym od smutku oczyma, inne kuliły się ze strachu pod moim dotykiem, nie były w stanie uciec. Od dziadka przejęłam sztukę grzebania zdechłych zwierząt, ale nie potrafiłam ich dobić. Dziadek mówił, że tak dla nich lepiej, lecz nie miałam w sobie siły by trzepnąć obuchem jakiekolwiek stworzenie w agonii. Nie cierpiałyby. Moja edukacja w zakresie pochówku zaczęła się wcześnie. Miałam 4, może 5 lat, denatem była mała świnka, jedna z miotu, która nie mogąc przebić się do sutka matki, zdechła z głodu. Długo pod krzakiem agrestu stał krzyż, przy którym się modliłam. Potem poszło hurtem – ulubiony piesek babci, czarny kundel sąsiadów, małe kotki, nieostrożna kura, bezdomna kaczka…
Najczęściej zderzaki samochodów były na tyle litościwe, by nie zostawiać życiu nadziei. Ginęły na miejscu, z rozwartymi czaszkami, brzuchami i poprzetrącanymi łapami. Same się pchały, głupie zwierzaki – mówił mój podwórkowy kolega i kopał, kiedy jeszcze żyły. A potem śmiał się, kiedy ściągałam je na pobocze, wkładałam w worek i kopałam dół. Głęboki, nie chciałam żeby inne zwierzę go wykopało, a szczególnie on.
Był okres, kiedy znajomi śmiali się ze mnie, wróżąc piękny zawód i wołając do przypadkowych wypadków. A mysz, a komar, a jaskółka? Nie bierzesz tego zlecenia, szkoda, bo inne zwierzę zje!
Ani konające we wnykach zwierzęta, ani koń ze złamaną nogą, dogorywający w leśnym zagajniku, nie zrobiły na mnie takiego wrażenia jak pies powieszony za pysk u gałęzi. I człowiek tępo walący w wijące się ciało. Dlaczego? Podobno miał wściekliznę.
Niechciane wspomnienia powracają, zdawałoby się oswojone, niczym zimne, sine ciało dalekiego krewnego, z którym widziałam się parę razy w życiu. Zdawałoby się przebywanie w okolicy śmierci znieczula, jak odrapany tynk staje się częścią krajobrazu, o ile nie wpadnie ostrzem w serce i nie pozostawi śladu. Za każdym razem, kiedy widzę agonię otwiera się stara rana i długo krzepnie.
Najtrudniej wytłumaczyć dziecku, dlatego ktoś, kogo kocha musi odejść. Choćby był to tylko mały chomik, jego pamięć, kawałek serca pozostanie z martwym ciałem. Jak ciężko wytłumaczyć, kiedy czuję grudę ziemi w przełyku i wilgoć w oczach? Przecież to tylko głupie zwierzę!
P.S. Nad ranem słyszałam ostatnie westchnienie. Może nie cierpiał.

Komentarzy: 18 do wpisu "Czekając na koniec"
Sercem pisane…
Pięknym sercem pisane.
Oby zwierzak nie cierpiał, my odcierpimy dla i za niego. Podobno to “normalne” – przychodzą, odchodzą. Nie pojmuje takiej normalności. Dziś czuję, że oddałabym tą cholerną ruinę i wszystko inne – byle to się nie zdarzyło…
Gdyby zwierzęta się skarżyły mielibyśmy na ziemi niezły rejwach. A gdyby mówiły można by było zapobiec przedwczesnej śmierci. Nie grozi nam przezwierzęcenie, sami wręczamy naturę.
Dla mnie nie istnieje normalność, jak ideał, którego nie ma…
Bardzo przejmujące. Jak bardzo trzeba było być związanym z takim małym zwierzakiem, by napisać tak przejmująco…?
Pamiętam wszystkie moje zwierzaki, a czym człowiek starszy, tym bardziej się rozkleja.
Przykro mi…
Pięknie to opisałaś.. . Zawsze zastanawiam sie jak można być tak nieczułym by przywiązać psa do drzewa i pozwolić mu odejśc z wycieńczenia… niestety dość czesty obrazek w moim pobliskim lesie
Ewo, mi też, przyszłość nie zmieni nastawienia do śmierci…
Zezyrok, załamując ręce nad frazesami można się załamać nad poważnymi sprawami. Ale te mniejsze jakby bardziej ranią. Nie wiem co nas robi tak nieczułymi… my sami??
Wzruszyłam się ..
Niemal poczułam dotyk miękkiego futerka na dłoni .
I ,tak jak Ty , pamiętam wszystkie moje zwierzaki . I te “nie moje ” , którym przyszło mi kiedyś pomóc . Pomóc wyzdrowieć , albo odejść – na tyle bezboleśnie , jak to tylko było możliwe .
O okrucieństwie wobec zwierząt zamilknę , przez szacunek dla Ciebie i tego miejsca . Musiałbym użyć wulgarnych słów ..
Dzięki Floro, mnie się już nie chce o tym myśleć. Po paru dniach inaczej już patrzę na temat. Czas jakoś głaszcze sierść…
I całe szczęście , Kadarko .
Nie można długo pielęgnować takich emocji , bo spowszednieją .
Pozdrawiam Cię ciepło .
Masz rację, nie można. Ale trzeba pozwolić im się wyszumieć. Najgorsze jest tłumienie.
Pozdrówka :*
Dlatego od jakiego czasu powiedziałam sobie, że nie będę miała więcej żadnego zwierzaka w domu
Przynajmniej tu mnie ominie.
Też sobie to powtarzam, nadaremnie. Nie da się oswoić śmierci, zwierzaka – tak…
Ja się potwornie przywiązuję do zwierząt i każdą śmierć przeżywam tak samo, może dlatego, że zwierzęta są z natury niewinne i ich cierpienie jest kompletnie nieuzasadnione…
Może to domena kobiet, gdzieś spod spodu wychodzą macierzyńskie uczucia?
przeczytalam jednym tchem…Powrocily wyrzuty sumienia…dwa razy przyszlo mi uspic zwierzaki u weterynarza. Raz pogryzionego kotka przez mojego psa
a raz nieuleczalnie chorego szczeniaka, stłumilam lzy ucieklam od mysli, ale ‘to” zostalo gdzies w srodku. najbardziej reagujemy na cierpienie…nasuwaja mi sie straszne mysli teraz, ale to chyba nie miejsce by poruszac ten temat-cierpienie czlowieka…
Mysle ze kwestia wychowania ma wpływ na zdolnosc odczuwania cudzych “odczuc”.
Czym jest ból?
Pozdrawiam
Nie zawahałabym się skrócić cierpień żadnemu zwierzakowi. Z chomikami raczej nie biegnie się do weterynarza, ale gdybym zauważyła wcześniej coś niepokojącego, nie siedziałabym bezczynnie.
Nie wiem czy jedynie sprawa wychowania przyczynia się do wielkości współodczuwania. Dopisałabym jeszcze osobowość. Te dwie rzeczy idą jednym traktem przez życie
Ból wewnętrzny? Ciężko z nim wytrzymać, bo to jakby bić się samemu po twarzy.
Pozdrówka :*