Archiwum z: » 01/10/2009«

Czekając na koniec

chom

Jeszcze oddycha, sierść na brzuchu wznosi się i opada bardzo nieregularnie. Nie wiem jak mu pomóc, złagodzić odejście w środku nocy. Ogrzać go? Jest prawie zimny, ale moje ręce tylko go denerwują, poruszają się, a on chciałby zaszyć się w mrocznym kątku i dokończyć żywota. Położyłam go na chusteczkach i okryłam miękką bawełną, z butelki zrobiłam termofor. Tak będzie mu cieplej i spokojniej.

Bezradność nad jeszcze jednym zwierzęcym losem. Nigdy nie potrafiłam przejść obojętnie obok cichej śmierci. One nie płakały, rzadko skomlały, jedne wpatrywały się chorym od smutku oczyma, inne kuliły się ze strachu pod moim dotykiem, nie były w stanie uciec. Od dziadka przejęłam sztukę grzebania zdechłych zwierząt, ale nie potrafiłam ich dobić. Dziadek mówił, że tak dla nich lepiej, lecz nie miałam w sobie siły by trzepnąć obuchem jakiekolwiek stworzenie w agonii. Nie cierpiałyby. Moja edukacja w zakresie pochówku zaczęła się wcześnie. Miałam 4, może 5 lat, denatem była mała świnka, jedna z miotu, która nie mogąc przebić się do sutka matki, zdechła z głodu. Długo pod krzakiem agrestu stał krzyż, przy którym się modliłam. Potem poszło hurtem – ulubiony piesek babci, czarny kundel sąsiadów, małe kotki, nieostrożna kura, bezdomna kaczka…
Najczęściej zderzaki samochodów były na tyle litościwe, by nie zostawiać życiu nadziei. Ginęły na miejscu, z rozwartymi czaszkami, brzuchami i poprzetrącanymi łapami. Same się pchały, głupie zwierzaki – mówił mój podwórkowy kolega i kopał, kiedy jeszcze żyły. A potem śmiał się, kiedy ściągałam je na pobocze, wkładałam w worek i kopałam dół. Głęboki, nie chciałam żeby inne zwierzę go wykopało, a szczególnie on.
Był okres, kiedy znajomi śmiali się ze mnie, wróżąc piękny zawód i wołając do przypadkowych wypadków. A mysz, a komar, a jaskółka? Nie bierzesz tego zlecenia, szkoda, bo inne zwierzę zje!

Ani konające we wnykach zwierzęta, ani koń ze złamaną nogą, dogorywający w leśnym zagajniku, nie zrobiły na mnie takiego wrażenia jak pies powieszony za pysk u gałęzi. I człowiek tępo walący w wijące się ciało. Dlaczego? Podobno miał wściekliznę.

Niechciane wspomnienia powracają, zdawałoby się oswojone, niczym zimne, sine ciało dalekiego krewnego, z którym widziałam się parę razy w życiu. Zdawałoby się przebywanie w okolicy śmierci znieczula, jak odrapany tynk staje się częścią krajobrazu, o ile nie wpadnie ostrzem w serce i nie pozostawi śladu. Za każdym razem, kiedy widzę agonię otwiera się stara rana i długo krzepnie.

Najtrudniej wytłumaczyć dziecku, dlatego ktoś, kogo kocha musi odejść. Choćby był to tylko mały chomik, jego pamięć, kawałek serca pozostanie z martwym ciałem. Jak ciężko wytłumaczyć, kiedy czuję grudę ziemi w przełyku i wilgoć w oczach? Przecież to tylko głupie zwierzę!

P.S. Nad ranem słyszałam ostatnie westchnienie. Może nie cierpiał.