Szepcące, kamienne pomniki
Uderzając w kawałek serca
W kwestach i modlitwach
Dziś czas posłuchać
Lastryko, granit, drewno…
Połączone w pochodzie zniczy
Milczące wypominki
Szepcące, kamienne pomniki
Uderzając w kawałek serca
W kwestach i modlitwach
Dziś czas posłuchać
Lastryko, granit, drewno…
Połączone w pochodzie zniczy
Milczące wypominki
Lubię przyglądać się ludziom, przez to poznaję siebie. Chociaż wiele z zachowań w necie jest podobnych realnym, tu, pomimo ograniczenia wizualnego, odwaga słów kreśli wyraźniej potrzeby szukających. I jest na to popyt, bo skoro nie udało się w prawdziwym świecie, może internet, przepastne źródło ludzkich charakterów, będzie nam sprzyjał w poznaniu kochanej połówki?
Ludzie przeróżnie się dobierają, ale chyba celem każdego związku jest dążenie do ciągłego doskonalenia poprzez, chociażby, uzupełnianie się. Jeśli się rozstają przyczyną nie musi być wielka namiętność, a znalezienie partnera, który zastąpi lukę w ich rozwoju. Ona oczywiście rozpacza, przechodzi załamanie, bo widzi przy jego boku szansę dla siebie. On stwierdził, że ona go hamuje w domu, przy tym nie ma nic ciekawego do powiedzenia.
Ile razy widzę ludzi, którzy szukają w drugim jedynego zadowolenia seksualnego bez poszanowania partnera, wybuchają gniewem w razie jakiegoś błahego sprzeciwu, żądają prezentów albo starają się o względy każdego, kto zapewni im dobry byt i bezpieczeństwo, i przychodzi mi na myśl małe dziecko. Czy też: on arogancki, chce upokarzać, chwali się, że jest niewierny żonie, aby pokazać jaki jest silny i pozbawiony skrupułów. Wyłącza ją z życia towarzyskiego, traktuje z ironią, okazuje niezadowolenie i krytykuje.
Nietrudno było mi się dokopać, o co w tym wszystkim chodzi (choć nie tego szukałam
). A chodzi o narcyzm, rozwój psychoseksualny dziecka.
Widzimy to codziennie, jak nie karmi nas telewizja, to artykuły w gazetach albo koleżanka przy kawie. Niektórzy pozostają dziećmi, chociaż metryka mówi coś odmiennego, i w partnerze szukają wyrównania braków w rozwoju. Partner, jeśli wyrósł z narcyzmu, prędzej czy później odejdzie, chcąc rozwijać się dalej i pełniej z równym sobie człowiekiem.
Faza narcyzmu u dziecka kończy się, kiedy zda ono sobie sprawę, że miłe i niemiłe zdarzenia są powodowane przez tę sama osobą. A co z dorosłym człowiekiem, który bierze drugiego, jako przedmiot własnej użyteczności, pasożytuje na nim, jest zawistny i nic nie daje w zamian, ani uczucia, ani pieniędzy?
W internecie bardzo łatwo się pomylić i choć istnieją szczęśliwe związki dwóch sieciowych połówek, zastanawiałabym się czy uporczywe szukanie kolejnego romansu, bliskiej osoby ma sens. Po pierwsze inna rzeczywistość, po drugie i przede wszystkim – drugie, trzecie związki mogą się nie udać w ten sam sposób jak pierwsze, bo nic się wewnętrznie nie zmieni w szukającej osobie. Ona szuka rozwiązań zewnętrznych, właściwego obiektu, który zaspokoi jej narcystyczne kaprysy. I nawet dziesiąty partner, tak bardzo upragniony, nie będzie mógł być odnaleziony.
Zbieram kiedyś kamienie – kolorowe, małe i duże, wolałam jednak gładkie niż z wypustkami. Wszystkie miały jedną cechę wspólną, były zimne. Lubiłam trzymać je w kieszeni, zajmowały mi ręce, gdy byłam zdenerwowana, doskonale dopasowywały się do dłoni. Za każdym razem, kiedy je odnajdywałam, oddawałam im część swojego ciepła. Zastanawiam się czy one też mi coś dawały. Może wiarę bycia tu i teraz (a czy kamieniom nie jest wszędzie dobrze?), może pragnienie posiadania właściciela… A może to one czerpały siłę ze mnie, nie dając nic w zamian?
Kamienie, niby twarde, po jakimś czasie cierpliwego żłobienia zmieniały kształt. Były wśród nich szczególne, które kaleczyły dłonie, innych nie dało się wygładzić. Wiem, że czasami próbowałam na siłę złagodzić kanty i znaleźć ciepło tam, gdzie go nie było. Albo w niewielkim cieple dostrzegałam o wiele większy potencjał i robiłam sobie wyobrażenia, których żaden kamień nie był w stanie spełnić. Nie umiałam ich oswoić, a zabierały wiele mojej siły. Był to czas, gdy głód ciepła przemieniał się w straszną iluzję, poświęcałam zbyt wiele i zostawałam z niczym.
Pomimo wszystko szkoda mi kamiennych znajomości – kamieni których ani moje ciepło, ani cierpliwość nie zdołały ugłaskać na tyle, by otworzyły się na świat. Pozostaną zimne, raniące ciało i niezmienne w swym zatwardzeniu.
Stopniowo każdy kamień staje się moim wrogiem.
Moje Archiwum jest jak wór
Czarny i przepastny
Im głębiej wkładam dłoń
Tym większe cuda wyciągam
Plączą się na kiju
Wiją w żmiję
Chcą wessać do środka
By nie dać się oswoić
Boją się światła
Gołe umrą śmiercią wisielca
W słońcu, na drzewie poznania
Głupio mi znów go zawieść. Pewnie miał nadzieję, że usłyszy coś pikantnego albo ciekawszego niż poprzednio. Moje codzienne ble-ble nie zainteresowałoby żadnego faceta, ale mi po prostu było go szkoda, bo skoro co chwilka słucha skwierczeń starych panien, a co gorsza znudzonych mężatek, to niebawem stanie się zramolałym capem i nawet mnie, gnuśnej babie, nie będzie chciało się z nim gadać. A to nie pomogłoby jego karierze.
Nie, miałam dziś za dużo sympatii dla tego pana. Moglibyśmy na przykład wyjść na spacer, policzyć emerytów na ławce i zastanowić się skąd tyle frustratów na świecie. On by powiedział, że z niezaspokojonych potrzeb, a ja, że z nieodpowiednich partnerów. Albo zaczepić panią rozdającą bankowe ulotki – pani długo tak musi stać? Dopóki nie rozdam wszystkich, wyjaśniłaby, ale w taką pogodę prawie nikogo nie ma na ulicy, wiec postoję cały dzień.
O kurde! Zapomniałam! Dziś atak zimy! Proszę pana, wracamy do pokoju, nie ma spacerku – przykro mi…
Popatrzyłam na jego uśmiech i nadzieję, że w końcu się wydarzy się coś ciekawszego niż nowe obicie fotela czy tablica edukacyjna.
- One nie mówią i nie czują – pani, tak. Proszę…
…nie fantazjować – dokończyłam za niego.
Zamknęłam oczy i dałam ponieść się przeszłości. Sytuacjom i skojarzeniom.
Biel. Białe czapy śniegu uwieszone na zielonych liściach. Ciężkie gałęzie grona niemalże całują ziemię. Z miłości? Plują na chodnik z nienawiści do zawirowań pogody! Jedna z białych czap spada mi na głowę. O jakie szczęście, że nałożyłam czapkę. W butach chlubie. Niezgrabne płaty śniegu oblepiają ubranie, lecą na szyby, a stykając się zmieniają się w strużki wody.
Biel to: gołębie szukające schronienia w załamaniach starych kamienic, zaczepiające przechodniów na skwerze, śmiało wydziobujące resztki bułki z ręki dziecka; Paryż i „Spóźnienie kochankowie”; użyźnione odchodami pomniki Szopena i Zygmunta III Wazy i mój balkon na dziewiątym piętrze. Zasrańce zlatywały się na wszystkie balkony, ale większość była zabudowana, wiec siłą pędu lądowały na naszej balkonowej kuchennej szafce. Już dawno dałam sobie spokój ze sprzątaniem białych odchodów, chyba, że w planach było rozpalanie grilla. Ale tego ranka zdarzyło się coś dziwnego. Padało gęsto, najpierw śnieg z deszczem, potem deszcz. W tej agonii pogody usłyszałam walenie w drzwi balkonowe. Jak ktoś mógł być na balkonie?! Bzdura! Ale przed wejściowymi drzwiami nikt nie stał! Dostałam omamów, kiedy zobaczyłam na balkonie faceta w białym podkoszulku ślizgającego się gołymi stopami… wiadomo, po czym. Gołąb zamieniony w człowieka? Nie otworzyłabym zasrańcowi, człowiek jednak miał pierwszeństwo! Wpadł do mieszkania jak na skrzydłach i począł dziękować. Chciał już wyfrunąć, kiedy, po parosekundowym dyszeniu, zażądałam wyjaśnień.
- Pan jest gołębiem pocztowym? Przynosi pan dobre nowiny?
Popatrzył ma mnie jak na mocno zawianą, choć to od niego niezdrowo pachniało wiatrem i przetrawionym bimbrem.
- Ej, chcesz wrócić na balkon do pobratymców?! – zastawiłam mu drogę do wyjścia.
Okazało się, że nie jest gołębiem, tylko zwykłym facetem z jedenastego piętra. Koledzy chcieli kolegę troszkę przewietrzyć i wystawili na balkon. A że szybko zapomnieli o podaniu mu reszty odzienia i zakonczonym czasie wietrzenia, spowodowało to desperacki czyn kolegi – gołebia, czyli zejście piętro niżej. Desperacją było rozbicie okna, ale schodzenie po balustradzie w strugach deszczu zakrawało… Na co? Na świętą gołębicę? Pani z dziesiątego piętra odmówiła wpuszczenia kolegi, a raczej wypuszczenia, z mieszkania, bo czyn ów powtarzał się już po raz któryś. I pewnie podejrzewała, że kątem oka jej nieproszony gość łapie do pamięci co cenniejsze przedmioty. Nastraszony policją zszedł na dziewiąte. W moim mieszkaniu też mogło w nikogo nie być… właściwie dziwie się, dlaczego kolega nie zmierzył się z całym blokiem? Miałby co opowiadać koleżkom przy partyjce rozbieranego pokera.
- Może pani nie ironizować?
- On chciał tylko przetrwać, to pierwotna potrzeba…
Otworzyłam oczy. Za oknem było biało.
- Może jednak pójdziemy na spacer i ulepimy bałwana?
- Bałwany nie przetrwają w cieple, nawet jeśli przebrałaby go pani w białą koszulę…
Dlaczego kobiety w miarę upływu lat ścinają włosy coraz krócej? Dlatego, że utrzymanie fryzury jest kłopotliwe? Dlaczego wiele twarzy nie znosi luksusu długich włosów, a wiek pogłębia to przekonanie? Siwy włos nie usprawiedliwia niczego…
„Jedynie w piekle pamięć się nie myli”. Madejowe łoże wydobędzie ze mnie zapis każdej minuty…
Przeprowadzki – znienawidzone, czasochłonne i diabelnie uciążliwe. Jedynym ich plusem jest przymusowy porządek, czyli pozbycie się ukochanych reliktów przeszłości. Zawsze coś musiałam zostawić w starym miejscu, bo nie mieściły się w pudełka albo do samochodu, albo ktoś życzliwy nadmienił „po co ci to?” Po nic, te przedmioty przypominały mi o przeszłości. Rzeczy, z którymi łączył się człowiek. Ilu ludzi poznałam, na ilu miałam wpływ, a oni na mnie? Zapomniałam o tylu sprawach, opowieściach, fantastycznych chwilach z całego życia. A teraz gubię się, nie pamiętam faktów, gdy ktoś przypomina mi zabawną historyjkę, a co gorsze, prosi o fragment życiorysu. Natykam się na mur. Porządki robione w szafie, to wyrzucanie starego i miejsce na nowe. Sprzątanie w głowie, to wyrzucanie wspomnień, chcianych na równi z niechcianymi. Nowe miejsce ma otworzyć nową drogę ku udanej przyszłości. Nowi ludzie – lepsze horyzonty.
A ja wciąż nie rozumiem – czemu pozwoliłam rzeczom, sprawom przeszłym odejść bez walki. Przecież formułowały, kształtowały, określały moją osobowość. Przeżyłam wiele cudownych chwil, by w końcu o nich zapomnieć. Zgubiłam je niczym pęk kluczy.
Zapisali…