Pamiętam jedną z moich pierwszych wypraw na wakacje. Dobrze pamiętam, bo za łóżko służyła mi podłoga wagonowego korytarza. Przygoda i brak miejscówek! Dobrze, że stojące dostałem – krzyczał tata, wymachując biletami tuż przed odjazdem. Ta.. to nie były czasy ani wolnej komunikacji lądowo-powietrznej, internetu, w którym załatwia się wszystko, łącznie ze sprawami fizjologicznymi, nie podnosząc tyłka, ani nawet czasy jakiejkolwiek telefonii (na dostęp do kabla telefonicznego musieliśmy czekać jeszcze dobrych parę lat). Wakacji nie można było nazwać udanymi bez całego wachlarza przedziwnych wrażeń, a te bardziej brutalne doskonale uodparniały, zwłaszcza dzieci.
Zapakowaliśmy się z tobołami do jednego z przeludnionych wagonów. Nie było najmniejszej szansy na miejsce w przedziale. Ba! Wyjmowane ze ścianek siedzenia były pozajmowane, a ci, którzy jak my nie dostali miejscówek, obwarowali już otwierające się okna. Przycupnęliśmy przy drzwiach do wagonu, dalej nie dało się wejść. Wisiałam dość długo na klamce okna, otworzonego do połowy. Łapałam wiatr we włosy a robaki w otwarte z radości usta, liczyłam słupy i semafory, obserwowałam, jak tory zbiegają się i rozjeżdżają w nieznane. Zaczęło się ściemniać, a ja mogłam tak przestać całą noc. Moja siostra, jeszcze całkiem mała, płakała, była śpiąca. Przed nami przynajmniej 8 godzin jazdy. Dziś chyba żaden troskliwy rodzic nie wyruszyłby w podróż z dzieckiem w tak niekomfortowych warunkach. Myślę, że wtedy było jednak bezpieczniej, a każdy miał mniej więcej po równo. Moja miejscówka przypominała wóz z gnojem: kołysało, potwornie śmierdziało z nieprzepchniętej toalety i od nałogowych palaczy, i potwornie skrzypiało za sprawą zbyt ruchliwych, wahadłowych drzwi. Próbowałam zasnąć, ale kilka par butów podeptało mi kończyny. Stałam wiec, przyglądając się egzotycznemu widokowi jednego z przedziałów. Niedługo wcześniej jedna z babć, może mam, widząc na korytarzu płaczące dziecko, wciągnęła moją siostrę na swoje pulchne kolana. Mała od razu ożywiła się częstowana kiełbasą i chlebem (jakbyśmy nie mieli w reklamówkach swoich jajek na twardo i kanapek z serem!). Może się nie zatruje – szepnęła z niepokojem mama. Jak popije samogonu z krążącego po przedziale blaszanego kubeczka, to na pewno nic jej nie będzie – pomyślałam. Ludzie w przedziale byli Rosjanami i taki obraz ich, jako narodu towarzyszył mi przez wszystkie lata, w których uczyłam się języka rosyjskiego. Ogólna wesołość, natarczywe zachęcanie do picia i jedzenia, chamskie krzyki i śpiewy, a przede wszystkim ohydny smród. Mieszanka była niezwykła – cebula i czosnek (podejrzewam, że brany od razu na ząb z ząbka, czy główki), wody różanej, potu, na wpół przetrawionego alkoholu i samodzielnie skręcanych papierosów. Ojciec nie był w stanie określić, co to za tytoniowe paskudztwo, ale jako nałogowiec za nic nie wziąłby świństwa do ust (i tak mu nie wierzyłam!). Raz na jakiś czas otwierane drzwi utrzymywały mnie w postanowieniu, że za żadne skarby nie zamienię mojego wozu z gnojem na miejscówkę w takiej spelunce. Na szczęście byłam już za duża, żeby mnie ktoś bez podejrzeń wziął na kolana. Mojej siostrze ciężka atmosfera nie przeszkadzała, jakby jej na przekór, wkrótce usnęła. Czyżby małe dzieci były bardziej odporne?
W kolejnych przedziałach było podobnie. Noc nikomu nie przeszkadzała w dzieleniu się cukierkami, domowymi ciasteczkami, w dyskusjach, czy paplaniu niby bez sensu. Dzięki tym rozmowom udało mi się przetrwać smród i nie usnąć na okiennej klamce.
Dziś jest inaczej. Skuleni podróżni czekają w milczeniu końca podróży. Mają swoje zabawki – gazety, laptopy, komórki, kupione w pośpiechu drożdżówki… Milczą, boją się…
Przydałby się nam Sokrates, nie z powodu słynnego „wiem, że nic nie wiem”, ani jego słowom przytoczonym (podobno wiernie) przez Platona, ale dlatego, że wiedział, co w życiu jest najważniejsze: rozmowa z drugim człowiekiem. Nikt przed nim ani po nim nie umiał tak zadawać pytań, by rozmówca dostrzegł błędy w swym sposobie myślenia, by rozróżnił, co jest prawdziwe, a co nie. Bo my już nie rozmawiamy, my najwyżej coś sobie komunikujemy albo przekazujemy słowa-szyfry lub te puste, bez treści. Prawie już nie rozmawiamy, tak by podczas rozmowy, my lub ktoś, mógł zmienić zdanie, a zmianę zdania uważamy za wielką słabość. A Sokrates całymi dniami rozmawiał i rozmawiał i słuchał uważnie, co mówią inni, oczekując, że rozmówcy też go usłyszą. Dziś, nawet podczas rozmowy i tak siebie nawzajem nie słyszymy. Słuchamy tylko swojego głosu i swoich myśli. Może gdybyśmy naprawdę rozmawiali, pamiętali, jak się to robi, nie mielibyśmy czasu na wojny, przestępstwa, na krzywdzenie innych? Nie balibyśmy się. Gdybyśmy chcieli się zrozumieć…


Komentarzy: 28 do wpisu "Odjazd"
próba numer nie-wiem-który…
razrazrazzzzzz
i jak tu rozmawiać, jak blokuje coś moje komentarze?
auuuuuuuuuuu
spamuję, wiem
ale – jeszcze raz
wychodzi na to, że jak podam adres bloga – komentarz nie raczy wejść
hmm
Nic nie szkodzi, a nawet dobrze mi ze spamem
. Czasem WordPress nie akceptuje niektórych linków albo adresów email
. Nic to, wpiszę “pod Tobą” ręcznie, może się przyzwyczai. Nie krępój się, możesz potraktować go z czuba, ja mu poprawię! W razie czago masz mojego maila
Pamiętam podobną podróż na na walizkach pod stołem w Warsie. Bardzo podobną… i podobnie długą.:)
Gdybyśmy się chcieli zrozumieć. Ładnie brzmi ten grzeczny tryb przypuszczający, którego coraz mnie używa się w mowie codziennej, zamieniając go na tryb rozkazujący przyprawiający od razu o wzrost adrenaliny. Może to też jest przyczyną nieporozumień? Żądamy, zamiast poprosić… Roszczymy sobie do wszystkiego prawo tak, jakby ten drugi go nie miał.
dobrej nocy Kadarko:))) Dziękuje za życzenia dla synusia:)), który ciągle mi mówi, ty nie mówisz do mnie, ty mi ciągle rozkazujesz…;P
aha: ładne to zjeżone przeszkodami światełko w tunelu…;):)
Zen, bądź co bądź, ale miło wspominam ekstremalne warunki (niektóre nie nadają sie tu do opisania).
) ciut ciszej wyrażali swoje prośby, wyrażali sie bardziej po polsku (ciągle słyszę: fak ju, kurwa, ja pierdolę znów trója, ja pieprzę, znów makaron na obiad… ) dostrzegając w tym świecie jednak coś pozytywnego, to byłoby mniej nerwów. Lepiej lubilibyśmy siebie?
Gdybyśmy (znów przypuszczam
Czasem żałuję, że nie mamy wyłączności na kształtowanie naszych dzieci. Nie wiadomo gdzie spadnie nasze jabłko
P.S. Po drugiej stronie tunelu jest jeszcze niezdobyte. Pustostan słów jest przed
zdaża mi sie tęsknić do takich podróży… trafnie opisałaś relacje-rozmowy hmmm czasem naprawde juz niepotrafimy rozmawiać… a wystarczy do tego podobno tak niewiele… miłego dnia
Taka rozmowa nie jest prosta, a ludzie nie lubią się męczyć. Prowadząc dyskusje trzeba coś wiedzieć, na czymś sie znać, a cieżko w pociągu przez przypadek spotkać dobrego mówcę i tolerancyjnego człowieka. O kłótnie nie trudno…
O nie kochana… Mojemu w domu nigdy się jeszcze nie zdarzyło przeklnąć w domu, choć ten dialekt polskiej mowy codziennej ma świetnie opanowany, czego raczej się domyślam, niż znam ze słyszenia. W domu na kuwienie pozwalam sobie tylko ja, tłumacząc mu za każdym razem, że wyszłam z siebie i że nie jest to dobre, ale mi w ten sposób lżej strawić niektóre sytuacje. Wtedy on stara się mnie rozśmieszyć albo przeprowadza ze mną rozmowę o życiu – oczywiście na swoim poziomie, choć często z trafnymi spostrzeżeniami – i przyczynia się do poprawy mojego nastroju:).
Fakt, póki nie zobaczę mego syna za dwadzieścia lat, nie będę w stanie powiedzieć, gdzież to moje “jabłko” padło;))
Ale rękę na pulsie cały czas trzymać trzeba. Tym bardziej teraz. Od czasu do czasu, nie tak jak kiedyś, kiedy był mały;))
Świetny rysunek…. wpatruję się w niego i wypatruje jakichś znaków…
Zen, toć ja nie mówię o swoim domu, tylko o ulicy
. W domu uda mi się dość często rzucić mięsem, ale ja się nawet tłumaczyć nie mogę, bo młode lwy szybko podłapują. I kto zawinił? Znerwicowana kobieta!
Nie, pilnuję się, bo mnie lwiątka często z nerw obdrapują i nie są tak przytulne, jak Twój syn. Jest ostre ucięcie tematu, a lewki stają się owieczkami (czarnymi) i czakają na słabość matki, by znów przekląć. A za obronę mają: sama mówiłaś!
Co za pojętna nać!
Ech, ten zapach jaj na twardo w pociągu i obowiązkowo w autobusie na wycieczce szkolnej
To zapach chwilowej wolności, haha.
Prawda, że się ludzie zasklepiają, ale tym przyjemniej spotkać takich, którzy lubią się komunikować.
Magento, jajka uwielbiam, nawet przegotowane
. A ile się przy nich i o nich kawałów nasłuchało… Jak przyjemnie grało we “flirt”
.
O,o…Flirt towarzyski , jajka na twardo , kajzerki z żółtym serem i zatłoczony pociąg ! Dziewięć godzin w stukocie kół , cztery w starym autokarze Jelcz ( spaliny waliły do środka dziesiątkując pasażerów ) i wreszcie upragniony Bałtyk !
Pod koniec podróży to już nawet rozmawiać się nie chciało
Ale sentyment pozostał…
Serdeczności , Kadarko
Kadaarko? Czy dobrze zrozumiałam z komentarza pod pszczółką? Czyżbym miała już układać życzenia i składać się z kimś na bukiet???;):))
Oj tak, tak ! Ach te jaja na twardo
Ale zapomniałam wczoraj powiedzieć, że przepadam za zdjęciami tutaj. Naprawdę jest na czym oko zaczepić i tyle w nich zawsze gry wyobraźni.
Floro, Jelcze, a nawet wielkie ogórki, w których ludzie kisili się na małosolne
. Ten zapach i ścik, pary z ust nie dało sie wydobyć nawet w obronie własnej.
Pozdrawiam serdecznie
Zen, broń boże! Zwłaszcza to w nawiasie u Ciebie
. Jutro idę na wesele, stąd ten pośpiech i pichcenie. Państwo młodzi dostali od natury super prezent – dziecątko (dowiedzieli się 2 dni temu). A ja bym się jednak zastanawiała czy super.. Dzięki za szczere chęci, może w przyszłości ten bukiet
Magento, dzięki za uznanie dla mojego oka
. Zrobię ekspryment, wywieszę tu swoje zdjęcie, ciekawe czy oko oku równe i będziesz miała co zawieszać. Oby nie psy
Jaki mądry i jak fajnie napisany post. Poczułam normalnie że jadę tym pociągiem. Cóż mamy zrobić ? Najlepiej gdyby nam się udał – obudzić ze snu; ‘technologia was uszczęśliwia”. Niestety nawet ten tekst, mogłam przeczytać, rozrzewnić się dzięki … laptopowi który zamiast już dawno chrapać trzymam na kolanach i klikam
Pozdr….
Sorkis, dzięki
A nasze pociągi i ludzie nie zmieniły się tak bardzo od tamtych czasów. Ludzie przesiedli się w więkości do własnych aut i nie ma aż tylu podróżnych-wolnomyślicieli zza wsch. granicy.
Dzieci ery komputerów niedługo zapomną o swojej fizyczności
Pewnie nadrabiasz sen, a ranek taki rześki… era komuputerów
Czekam na przyjazd!
Sokrates pełnił funkcję akuszera dla wiedzy, którą mieli w sobie jego rozmówcy, lecz nie byli tego w pełni świadomi. On robił to skutecznie, acz nieco ślamazarnie, bo naraził się wielu. Dzięki temu jednak ma miejsce w historii filozofii.
Kasiu, już jestem, rozpakowuję się
Sadoq, Sokrates może i był nieco flegmatyczny, ale jako pierwszy akuszer był i tak bardzo dobry
. Wiedza wydana na świat rodzi się w bólach, a przecież to nie akuszerka rodzi dziecko. Po nim dopiero wielu nadawało szlif i metodom i formom.
Twój tekst, Kadarko, odjeżdża w przeszłość. Czy aby nie po to by objaśnić teraźniejszość?
Przyglądamy się sobie w przeszłości nie tylko po to, by poczuć nostalgię za “starymi dobrymi czasami”, by zawrócić nieco pędzący czas, pożałować nieco minionych, tudzież straconych chwil…
Także po to, by znaleźć klucz do samego siebie – do tego kogoś, kim jesteśmy teraz.
Tak mi się wydaje.
Po odwiedzinach spodziewałam się nowej notki
A tu co? Lenistwo panuje
Logosie, masz rację, szukam klucza. Już długo i nie mogę znaleźć. Może dlatego, że ciągle zaskakuje mnie życie i moje reakcje… Nie żałuję tego co było, przeszłość często hartuje
Magento, nie spodziewałam się
.. To, że u mnie wieczne lenistwo nie oznacza, że nie odwiedzam znajomych. Nie liczę na odzew u siebie, ale takie szpile… aż podskoczyłam do góry