
fot. incredi
Jest wiele książek, które czyta się, bo się dobrze czyta, a które niekoniecznie coś ze sobą niosą. Albo nie do końca rozumie się je, bo wątek krąży w dziwnych kierunkach. „Foe” J.M. Coetzee jest właśnie książką, której przesłanie rozumiem jak przez mgłę. Opowiadanie snuje kobieta która, po bezowocnych poszukiwaniach swojej córki, wraca do Anglii, ale w trakcie podróży zostaje wyrzucona na bezludną wyspę. Wyspę zamieszkują Kruzo i Piętaszek. Mieszka z nimi przez rok, poznając rytm odludnego życia. Po powrocie (Kruzo umiera w na statku) do Anglii, próbuje sprzedać swoją historię powieściopisarzowi, panu Foe. Co dziwne, kobieta widzi autora jej niedoszłej powieści tylko raz i wszystko, czego dowiadujemy się o jej teraźniejszym życiu, dowiadujemy się od niej samej. Tak jakby to ona była autorem książki Coetzee i spisywała historie, i Kruzo i niewolnika. Piętaszek nie mógł opowiedzieć jej o sobie ani mową, ani ciałem (ciało nieciekawe, niewiele z jego mowy dało się wywnioskować). Kobieta sama wkłada dialog w usta niemowy i Kruzo, którzy nie umieją zaprzeczyć jej słowom. Może opowieść jest wyimaginowana?
Nie jestem opowieścią, panie Foe. Owszem, jako opowieść mogę cię frapować, ponieważ rozpoczęłam relację o sowich dziejach bez słowa wstępu, zsuwając się za burtę i płynąc do brzegu. Wszelako życie moje nie zaczęło się na falach. Wodne bezmiary poprzedza żywot sięgający wsteczno mych samotnych poszukiwań w Brazylii, stamtąd do lat, gdy córka jeszcze byłą ze mną, i dalej do dnia moich narodzin. Wszystko to składa się na historię, której nie myślę opowiadać. Nie myślę opowiadać, widać, że jestem istotą z krwi i kości (…) Wolę raczej opowiedzieć wyspie, o sobie, Kruzo i Piętaszku, o tym, cośmy tam robili, albowiem wolną jestem kobietą, która dowodzi swej wolności, opowiadając własną historię tak, jak sama sobie życzy.
Może kobieta, zżymając się na sztywny szablon znanej historii o Robinsonie, podejmuje grę dodając rolę kobiecą? Wychodzi jej to pokracznie, w myśl jej własnym słowom: „Toż to nie kobieta, lecz dom słów, pusty, bez nijakiej treści”.
Jak odbierać tę książkę? Na pewno, w pierwszym rzędzie, jako satyrę na gadatliwość i wybujałą wyobraźnię kobiet.

Komentarzy: 8 do wpisu "Historyjka"
Mam wrażenie po przeczytaniu Ciebie, że książka nie przypadła Ci do gustu. Zadziwia mnie upór osób, które czytają książki do końca, mimo trudu;)
Kasiu, dam przykład. Przeczytałaś świetną książkę danego autora i sięgasz po następną jego pozycję, spodziewając się, że również będzie dobra. I rzeczywiście – dobrze się czyta, przemyślenia, zwroty akcji, itp. Aż tu w połowie książki – nic, bohaterowie umierają i zostaje jeden, który zrzędzi. To ta kobieta, o której pisałam. Powtarzająca się w słowach, nudna i upierdliwa. I człek do końca książki ma nadzieję, że to się zmieni. A tu powiem brzydko – dupa!
Z reguły czytam do 20ej strony, jeśli niczym mnie nie zaciekawi treść, żegnam się uprzejmie z lekturą
Aha zapomniałam się spytać: w jaki sposób nie chcesz, by komentować Twoje wpisy? I czy w ogóle zakładasz,że można coś od siebie dopisać?
Zen, jakbym nie chciała rozmawiać, tylko być czytaną, zamknęłabym komentarze.
.
Przestraszyłaś mnie… zakłądasz, że to, o czym psiszę, zamyka definitywnie temat? Ja dopisałabym tu przynajmniej parę wątków/myśli pobocznych, ale jak zwykle dziele włos na czworo
Oj… zadałam pytanie, bo dostałam reprymendę za komentowanie na innych blogach, że to ich osobiste wpisy, i że co mi do tego, a ja tylko właśnie dzieliłam włos na czworo;), więc postanowiłam pytać się od wczoraj, czy ktoś sobie życzy komentowania, zwłaszcza tam, gdzie aż mnie korci, by to zrobić;) i jakie ma preferencje;)… może w ten sposób uniknę… jakby to nazwać… delikatnie sugerowanych zjebek?;)
A tak na marginesie, pomyślałam sobie to, co Ty, że jeśli ktoś nie życzy komentarzy, to przecież są specjalne do tego opcje… więc dlaczego oni z nich nie korzystają? To oczywiście pytanie niemal retoryczne.
A to dziwne
, przecież pisząc blog chcemy pokazać nasze myśli i ewentualnie pogadać z innymi. Może piszesz o blogach z Onetu (tam, to wszystkiego można się spodziewać…)? Jeszcze nikt mi tu nie naspamował czegoś w stylu “Ala ma kota i ma Cię w dupie”, bo bym zaczęła dopiero zastanawiać się… nad tym o czym piszę
. Jest mi bardzo miło jeśli ktoś ślad swój zaznaczy słownie. Nie zakładam żadnych zjebek, na bluzgi odpowiadam w inny sposób.
Pytałaś dlaczego ci blogerzy nie zamykają komentarzy skoro pragną spokoju? Poradziłabym im zeszyt, długopis i ciemną szufladę.
Robinsona Crusoe przeczytałam w II klasie szkoły podstawowej…
Zakochałam się w tej książce…
Nie znoszę babskich ploteczek, spotkań przy kawce…
Wolę przemyślenia….jak Twoje ..
Blog to nie ploteczki…
Dzięki Kadarko.
Książki o której piszesz nie znam…
Od jakiegoś czasu całkowicie popadłam w Jonathana Carrolla
Idąc za Twoim “popadnięciem” wypożyczyłam “Zaślubiny patyków”. Nie mam pojęcia co to za rodzaj literek
Coetzee dorobił kilka faktów do Robinsona, dołożył kobietę (żeby feministki nie strzelały fochów) i zmienił scenerię. Przez to sens książki obrał inny kierunek. Odczytałam ją trochę jak dobudowanie balkonu do zakończonej budowli, balkonu z nowej epoki, spełniającego kaprysy rozwijających się czytelników.
Co do plotek, czasem sobie folguję i na blogu. Oglądam je przez kalejdoskop i próbuję znaleźć w nich coś prawdziwego i sensownego. Udaje się