Trawiąc życie na powszechnie monotonnych czynnościach: śniadanie, samochód/autobus, praca, zakupy, obiad (dużo spóźniony), rachunki, TV, kolacja, łóżko, etc., gubię się labiryncie rezygnacji. Wśród tej szarości są i poważne sprawy, które najczęściej rozwiązuje się dość szybko, ale jest kilka, które wloką się za człowiekiem od paru, parunastu lat. W tym miejscu umieszczam jakby sygnał, aby w przyszłych wędrówkach móc wrócić do nierozwiązanego problemu. Może, by nie błądzić jeszcze bardziej, niż już zabłądziłam? Wbrew pozorom, po każdym takim powrocie, problem jest bardziej wyszlifowany, bliższy rozwikłaniu. Dlaczego nie można spocząć na laurach ciut szybciej? Problem ów jest jak fach, majstersztyk, zawód taśmowo wyuczony, i tylko wielogodzinne powtarzanie predysponuje do zdobycia dyplomu.
Problem grozi monotematycznością, fachowością i zawężonym polem rozmów. Im człowiek dalej chce uciec, tym on powraca w dwójnasób, domagając się pracy nad sobą. Dużo wiem na temat Pana P., ale za mało, by go rozebrać do naga i wysłać na wyspę innego człowieczego rozbitka.
Sygnał ciągle łypie żółtym światłem i tylko czasem zastanawiam się, czy to nie jakiś obcy go tam umieścił. Ktoś, kto mniema, że nie jestem panią swojego losu, a symbol ma pomóc w drodze do wyjścia z labiryntu, z braku lepszego planu.
Zawsze mogę rozpocząć moją drogę od sygnału i wracać tylekroć, ile trzeba, póki wreszcie nie pojmę, że nadeszło wybawienie.

